09/2021

Zbigniew Dmitroca

Farciarze i pechowcy

Jasio Szyper
Stary kawaler. Mieszkał z matką przy drodze na kolejkę, w ostatnim domu we wsi, prawie nad łąkami. Elektryczność dotarła do nich dopiero w połowie lat siedemdziesiątych. Przychodził do nas, gdy ojciec był sołtysem. Powolny, małomówny blondyn. Wykupiony z transportu na Majdanek przez niemieckiego zarządcę folwarku. Po śmierci matki został sam. W latach dziewięćdziesiątych przyznano mu status Dziecka Zamojszczyzny, dostał wysokie odszkodowanie z Niemiec. Nie wiedział, co z takimi pieniędzmi zrobić. Za dużo na codzienne wydatki, za mało na nowe życie. Poza tym był w wieku, w którym człowiek obawia się zmian. Pił, stawiał i pożyczał wiejskim pijakom na wieczne nieoddanie. Pewnej jesieni pijany wracał po ciemku do domu, przewrócił się i zasnął na szosie. W nocy przejechał go samochód.


Jasiek Paszkiewicz
Trochę starszy od moich rodziców. Mieszkał pod dębowym lasem. W trzydziestym dziewiątym wziął do niewoli niemieckiego oficera. Potem sam dostał się do niewoli i został wywieziony na roboty. Pracował w gospodarstwie. Pewnego razu do niemieckiego gospodarza przyjechał na urlop syn. Okazało się, że to oficer, którego we wrześniu Jasiek wziął do niewoli. Jaśka obleciał strach. Gdyby Niemiec był mściwy, mógłby go pod byle pretekstem zastrzelić albo wysłać do obozu. Ale oficer okazał się ludzkim Niemcem. Załatwił przepustkę i Paszkiewicz przyjechał do domu do Niewirkowa. Tu zgłosił się do pracy w folwarku i na roboty już nie wrócił. To się nazywa: mieć szczęście.


Paruńka
Tak ją wszyscy nazywali. Szkolna koleżanka mojej mamy. Mieszkała w lichym drewnianym domu za rowem melioracyjnym, pośród pól i łąk. Miała kawałek ziemi, ale ani krowy, ani konia, ani nawet studni. Wodę brała ze źródełka w rowie naprzeciwko domu. Za to miała nieślubnego syna Heńka, w moim dzieciństwie już dorosłego. Heniek miał jedną nogę krótszą i chodził w bucie ortopedycznym, mieszkał w Warszawie. Paruńka żyła na kocią łapę z Marianem Szubą. Pili denaturę, jak się wtedy mówiło. Heniek był temu związkowi przeciwny i gdy się zjawiał na wsi, wyganiał konkubenta z domu. Po wyjeździe Heńka Marian znowu wracał. Mama czasem mówiła: Ach ta nasza Paraszka. Nie wiedziałem, co to znaczy. Po latach odkryłem, że to zdrobnienie od imienia Praskowia. Najprawdopodobniej była Ukrainką, jak wielu mieszkańców Niewirkowa i okolic, którzy przed wojną zostali zmuszeni przez władzę do przejścia na katolicyzm. To słowo ma także brzydsze znaczenie. Myślę jednak, że mama go nie znała. Choć kto wie?


Antek Palikot
Młynarz. Wcześnie owdowiał, zostając z czworgiem dzieci w wieku szkolnym. Z najmłodszą córką, gdy nie zdała, chodziłem do jednej klasy. Jeden z dwu bohaterów moich nienapisanych reportaży, które, gdybym je napisał, mogły zmienić bieg mojego życia.

W czterdziestym czwartym trafił z poboru do 2. armii, podobnie jak mój ojciec. Jednostka stacjonowała w Białce koło Krasnegostawu. W nocy z jedenastego na dwunastego października doszło do masowej dezercji. Wśród dezerterów był szeregowy Palikot. Sprawę znałem z podziemnych wykładów historii, w których uczestniczyłem w stanie wojennym. Co nieco wiedziałem wcześniej z wiejskiej historii szeptanej, bo o takich sprawach dzieciom się w PRL nie mówiło. W dziewięćdziesiątym, gdy zamierzałem napisać reportaż, ludziom rozwiązały się języki. Młynarz bez skrępowania o wszystkim opowiedział. Niestety, nie miałem reporterskiego magnetofonu, żeby to nagrać, a nie chcąc go spłoszyć, notatnika nawet nie wyjąłem z torby.

Po jakimś czasie większość dezerterów wyłapano. Palikot trafił do kompanii karnej. To było jak odroczony wyrok śmierci. Z brudu i zimna dostał niegojących się wrzodów na twarzy. Ciało zaczęło gnić. Wojskowy konował był bezradny. Zresztą kto by się przejmował żołnierzem z kompanii karnej? Wydawało się, że nie ma dla niego ratunku. Wtedy ktoś mu poradził, żeby smarował twarz towotem. Po jakimś czasie rany się wygoiły i Antek wyzdrowiał. Jeśli to nie był cud, to cudem było to, że nie zginął w kompanii karnej. Bo przeżyć wojnę w kompanii karnej to naprawdę cud.

Józio i jego dzieci
Bardziej pamiętam to, co się mówiło o nim, niż jego samego. Mieszkał przy gościńcu na Michałówce, przylegającej od wschodu do Niewirkowa. Kawał drogi od naszego domu, znajdującego się z drugiej strony wioski. Wieść gminna przemierzała tę odległość znacznie szybciej niż krótkie nogi podrostka. Najpewniej spotykałem go w kościele, do którego chodziłem w największą słotę, mróz i zadymkę. Był jedynakiem, synem bogatego gospodarza. Zwalisty i jowialny. Cieszył się opinią nieprawdopodobnego próżniaka. Ożenił się późno. Wyposzczony starokawalerstwem pośpiesznie spłodził sześcioro dzieci. Od czasu do czasu wieś obiegały budzące zgrozę i wesołość wiadomości.

– Józio spalił na pniu hektar zboża, bo nie chciało mu się go wykosić.

– Józio pali w piecu sztachetami z płotu…

Józio to, Józio tamto. Jednych to bawiło, inni z niedowierzaniem kręcili głowami.

– A jego ojciec był takim gospodarzem!

Chłopi nie mogli pojąć, jak można tak marnotrawić ojcowiznę.

Pewnego razu gruchnęła nowina:

– Józio nie żyje!

Wszyscy się zastanawiali, jak wdowa poradzi sobie teraz z sześciorgiem sierot. Bo Józio, jaki był, taki był, ale był! Chłop to chłop, nawet tak leniwy jak nieboszczyk Józio. Ale połowica nie zamierzała spędzić reszty życia we wdowieństwie. Ku zgorszeniu jednych, wesołości drugich niebawem przygruchała sobie nikomu nie znanego galopanta. Wkrótce pojawiły się kolejne dzieci. Nowy chłop, jak to często bywa, okazał się pod wieloma względami podobny do poprzedniego, tyle że młodszy i szczuplejszy. Za to trzpiotowaty.

Mieszkając z dala od rodzinnych stron, rzadko miałem okazję słyszeć świeże plotki o wdowie i jej konkubencie. Po powrocie na Lubelszczyznę pod koniec roku dziewięćdziesiątego drugiego wydałem pierwszą książkę, ściślej, książeczkę dla dzieci. Zostałem zaproszony na spotkanie autorskie w zamojskim domu dziecka. Po wieczorku, który nie wzbudził szczególnego zainteresowania wychowanków, wywiązała się rozmowa z wychowawcą. Wspólnych tematów nie brakowało, bo obaj ukończyliśmy zamojski plastyk. Zapytał skąd pochodzę.

– Z Niewirkowa.

– Mamy tu sześcioro dzieci z waszej wsi.

– Czyich? – aż się żachnąłem z wrażenia.

Padło nazwisko.

– Wiem, że jest ich sześcioro, ale nigdy nie widziałem ich na oczy.

– A chce pan zobaczyć?

Zanim zdążyłem zaprzeczyć, wysłał po nie dyżurnego.

Stacho
Rok ode mnie starszy. Uczeń słaby, zdolny piłkarz, zapamiętały gołębiarz. Z tych, co dla powiększenia stada nie zawahają się przed wsadzaniem ręki do cudzej klatki. Takich jak on było we wsi co najmniej kilku, a i w okolicy niemało. Któregoś lata wracając z zabawy w Cześnikach postanowił obrobić gołębnik Memego. Meme mieszkał z rodzicami na Kolonii. Niemowa lekko upośledzony umysłowo. Wysoki i postawny. Fama głosiła, że czasem dostawał białej gorączki i jedyną osobą, która potrafiła go udobruchać, był ojciec. W dzieciństwie panicznieśmy się go bali. Co Stachowi strzeliło do głowy, żeby tam się pchać? Może animuszu dodały mu wypite na zabawie jabole? A może rozzuchwaliły go wcześniejsze kradzieże i uznał, że i tym razem mu się upiecze? Tak czy owak zakradł się na podwórze i przystawił drabinę do obory, żeby dostać się do przybitych pod okapem klatek. Akurat wtedy Meme wyszedł na dwór się wyszczać. Na widok Stacha wyjmującego z klatki gołębia, dostał białej gorączki. Ściągnął go na dół, żelaznym łapskiem złapał za kark i zaczął wlec do pieńka z siekierą. Chciał go zarąbać jak koguta na niedzielny rosół. Na szczęście krzyki drącego się wniebogłosy Stacha usłyszał ojciec wielkoluda i kazał mu wypuścić złodzieja. Nie pamiętam, czy po tamtym zdarzeniu kiedykolwiek Stacha spotkałem. Kilka lat temu usłyszałem, że się powiesił.


Palikotka
Żona Antka Palikota. Osierociła czworo niedorosłych dzieci, najmłodsza córka była niewiele starsza ode mnie. Miałem pięć lat i stałem w tłumie czekającym na podwórzu na wyprowadzenie z domu zwłok. Kobiety wycierały płynące ciurkiem łzy, od czasu do czasu rozlegał się głośny szloch. To był pierwszy pogrzeb w moim życiu. Nie wiedziałem, co to znaczy umrzeć. Za mojego krótkiego życia nikt w najbliższym otoczeniu nie umarł. Dziadek Staszuk, wujek Bronek i wujek Szczur zmarli przed moimi narodzinami. Ktoś uspokoił mnie, że ona tylko śpi. Z błędu szybko wyprowadził mnie młodszy o rok Andrzej Młynarczyk, syn kierownika młyna, w którym pracował mąż zmarłej. Był bardzo wygadany i wszystko wiedział lepiej. Powiedział, że wcale nie śpi, tylko nie żyje i że zostanie pochowana w grobie na cmentarzu. Nie rozumiałem, co to znaczy nie żyć. Na cmentarzu chyba nigdy wcześniej nie byłem. Myśl o tym, że Palikotka zostanie w tej drewnianej skrzyni zakopana w ziemi, napełniła mnie przerażeniem. Przecież tam będzie jej strasznie ciasno! Chciałem, żeby to jak najszybciej się skończyło. Na szczęście kiedy kondukt przechodził koło drogi prowadzącej na łan, jak nazywano część wsi, gdzie znajdowało się nasze gospodarstwo, mama pozwoliła mi wrócić do domu, w którym nikt jeszcze wtedy nie umarł.


Kozłowska
Na imię miała Jasia albo Marysia. Później już tak dziewcząt nie nazywano, choć i ja miałem w klasie jedną Jasię i dwie Maryśki. To musiały być pierwsze lata podstawówki. Na którejś z przerw dziewczyny zaczęły szeptać:

– Kozłowska się rzuciła pod pociąg… Kozłowska się rzuciła pod pociąg…

Kozłowskich była spora gromadka. Mieszkali przy końcu starej wsi. Byli biedni, niscy i okropnie chudzi, najchudsi w całej szkole. Ta była najstarsza i uczyła się w szkole w Zamościu. Mieszkała w internacie. Przyjechała w jakiejś pilnej sprawie do domu. Rodzice nie chcieli, a może nie mogli jej pomóc. Poszła na stację do Miączyna, a kiedy nadjechał pociąg, rzuciła się na tory.

Potem wydało się, że była w ciąży.

Boguś
Zapamiętałem go jako uśmiechniętego bruneta w okularach. Poznaliśmy się w lutym osiemdziesiątego pierwszego na Sejmiku Wiejskich Zespołów Teatralnych w Tarnogrodzie, gdzie mieszkał. Organizator imprezy, prywatnie początkujący pisarz, zapraszał na nią znajomych literatów z Lublina i okolic. Nocleg był w bursie, wyżywienie w usytuowanej przy rynku geesowskiej knajpie. W dzień oglądaliśmy amatorskie spektakle, wieczorem robiliśmy zrzutkę i rozmawialiśmy o literaturze. Pierwszego wieczoru dołączył do nas Boguś. Podpuszczony przez starszych kolegów sypał wierszami jak z rękawa, zyskując aplauz całego towarzystwa. W pewnym momencie zorientował się, że poklask pobrzmiewa fałszywą nutą i zamilkł. Rozwój jego talentu zatrzymała pogłębiająca się choroba psychiczna. Wraz z chorobą rozwinęła się w nim dewocyjna pobożność. Religijne wiersze nie miały jednak tego powiewu świeżości, co wcześniejsze, i ostatecznie jego kariera poetycka skończyła się po kilku publikacjach.

Drugi raz spotkaliśmy się półtora roku później na ulicy w Zamościu. Jechał do Krasnobrodu na odpust świętego Rocha. Spytał, czy mogę mu pożyczyć na bilet. Odparłem, że mam pieniądze tylko na bilet powrotny.

– To nic – powiedział, ukrywając rozczarowanie odmową – jakoś sobie poradzę.

Rozmowa się nie kleiła i po wymianie paru zdań zamierzałem iść w stronę starego miasta. Wtedy stało się coś, co mnie zupełnie zbiło z tropu.

– Masz rozwiązaną sznurówkę – powiedział, patrząc mi w oczy.

Chciałem się schylić, żeby ją zawiązać. Delikatnie, lecz stanowczo mnie powstrzymał.

– Bracie, pozwól mi ją zawiązać.

W odpowiedzi na moje nieme zdziwienie klęknął na oba kolana.

– Jak Pan Jezus ukląkł przed swoimi uczniami, żeby umyć im stopy, tak ja klękam przed tobą, żeby zawiązać sznurówkę w twoim bucie.

W tym momencie nie miałem już najmniejszych wątpliwości, że żyjemy w światach równoległych.

[…]

[Ciąg dalszy w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.