01/2022

Szymon Wróbel

Ferdydurke albo porwanie

Ja (Oni)
Ten tekst powstał niespodziewanie1. Wyłonił się jako próba ponownego przemyślenia tego, co wydawało się już dobrze pomyślane. Tekst wyłonił się ze zwątpienia w moje przeszłe interwencje w Gombrowicza. Pomyślałem bowiem, że być może ważniejsza od filologicznej uczoności lub klinicznej adekwatności, tj. sztuki interpretacji i kliniki, jest sztuka praktykowania czegoś. Tym razem chodzi nie o adekwatność lub spójność, ale o wpływowość, tj. możliwość praktykowania Gombrowicza raczej niż jego pojmowania. Gombrowicz nie jest tu rozpoznany jako szansa interpretacyjna, ale raczej jako możliwość egzystencjalna. Tekst jest w pewnym sensie wyrazem oporu przeciwko dwóm sposobom czytania Gombrowicza – naturalistycznego zmierzającego w stronę psychoanalizy i politycznego – zmierzającego w stronę krytyki polskości.

Należy zacząć od pytania podstawowego: jak mówić o Gombrowiczu? Czy o Gombrowiczu w ogóle da się mówić? Gombrowicz powtarza: masz prawo mówić tylko w pierwszej osobie. Jak zatem opowiadać o kimś, kto na pierwszy rzut oka nie pozwala siebie potraktować jako banalny przedmiot wypowiedzi? Gombrowicz nakazuje zawsze i wszędzie mówić: ja. To poważny problem.

Moja próba zareagowania na tę trudność sprowadza się do propozycji, aby mówić o Gombrowiczu tylko poprzez upodmiotowienie siebie w Gombrowiczu i upodmiotowienie siebie przez Gombrowicza. Z pewnością nie należy imitować Gombrowicza, tj. udawać go, ale nie należy także mu mechanicznie zaprzeczać lub go diagnostycznie uprzedmiatawiać, tj. izolować się od niego, tworząc z niego „obiekt kliniczny”, wyliczając na przykład jego możliwe patologie, symptomy. Nie szukam zatem struktur, które działają przez unifikację, ani wolnych skojarzeń lub fantazmatów z dzieciństwa. Unikam dogmatycznego obrazu myśli Gombrowicza. Przyjmuję jedynie, że istnieje jakaś praktyka życia Gombrowicza. Pisarz nie jest wyłącznie człowiekiem piszącym. To człowiek eksperymentujący, który przestaje być sobą, by wypróbować się w innych rolach.

Z pewnością Gombrowicz pragnął skaleczyć nas swoim egocentryzmem. Dlaczego? Dlatego, że pisarz musi nieustannie bronić swoich granic. Gombrowicz wiedział jednak, że pisarz to także ktoś, kto powinien porzucić granice lub je sproblematyzować. Egotyzm jest warunkiem wstępnym wolności duchowej i intelektualnej. Jednak nie jest kresem wolności ani nawet jej treścią. Ktoś, kto pojmuje prawa kosmosu jako relacje oparte na rezonansie, podobieństwie, magii homeopatycznej, na nieustannym odziaływaniu rzeczy w nieuchwytnym środowisku – milieu, musiał doskonale zdawać sobie sprawę z wszechobecnego skomunikowania zjawisk, a nie z ich samotności. Czym jest środowisko – milieu? To przestrzeń grawitacji, która tłumaczy nam wzajemne oddziaływanie obiektów na odległość; to medium interakcji, w którym obiekty krążą, podlegają niewidzialnej przyczynowości, nieustannej cyrkulacji. Dlatego w refrenie lub przyśpiewce Gombrowicza – „ja… ja… Ja… Ja”, słyszymy także rezonans innych imion własnych. Gombrowicz zwraca się do ludu, który nadchodzi – przyszłych ferdydurkistek i ferdydurkistów.

Możemy czytać Ferdydurke bez końca, nic z niej nie rozumiejąc. Kiedy zaczynamy coś rozumieć? Zgodnie z proponowaną tu lekturą nie nauczymy się niczego od kogoś, kto mówi: rób tak jak ja. Naszymi nauczycielami mogą być wyłącznie ci, którzy mówią: ćwicz razem ze mną, tj. wysyłają nam znaki, które powinniśmy dalej rozwinąć samodzielnie. Tak potraktujemy właśnie Gombrowicza. Potraktujemy Ferdydurke jako powieść nie tyle ideową lub ideo-motoryczną, ile powieść senso-motoryczną. Potraktujemy ją raczej jako „zbiór bodźców”, a nie „abstrakcyjnych idei”. Będziemy ćwiczyć z Gombrowiczem, a nie na Gombrowiczu lub w jego obecności.

Kto mówi? (Przedmiot gotowy)
Ponawiam pytanie: kto zatem mówi, gdy mówi Gombrowicz? Może się wydawać, że literatura to porwanie przez moc tego, co bezosobowe, moc języka. Ta bezosobowa siła jednak nie wystarcza. Pisarz jest zawsze niczym „intruz” w języku, w jakim się wyraża, nawet jeśli jest to jego język ojczysty. Gombrowicz poszukuje „języka obcego” w języku macierzystym. Nakazuje językowi matki i ojca krzyczeć, jąkać się, bełkotać, szeptać. To dlatego usłyszymy od Gombrowicza w Ferdydurke prostą radę warsztatową: „[…] polecam wam moją metodę nasilania przez powtarzanie, dzięki której powtarzając systematycznie niektóre słowa, zwroty, sytuacje oraz części nasilam je potęgując zarazem wrażenie jednolitości stylu do granic nieomal maniackich”2. Doprowadzić język do obłędu – oto cel naszego pisarza. Nasilanie przez powtarzanie – oto zasadnicza praktyka.

Powtórzenie jest tu zarazem rodzajem działania, jak i wymuszaniem punktu widzenia, który dotyczy jednostkowości niepodlegającej wymianie ani zastąpieniu. Odbicia, echa, sobowtóry, dusze – należą zawsze do sfery intensyfikacji. Jak słusznie powiada Gilles Deleuze – „Powtarzać to odnosić się, ale odnosić się do czegoś wyjątkowego lub jednostkowego, co nie posiada niczego podobnego ani równoważnego”3. Powtarzać to poszukiwać echa bardziej ukrytej wibracji, rezonansu jeszcze głębszego powtórzenia. Powtórzenie nie jest prostą kontynuacją lub utrwalaniem, ale tworzeniem poprzez rozpad zastanych tożsamości.

Gombrowicz wybiera ekscentryczny ton, na granicy manii, szaleństwa, absurdu. Autor Kosmosu deklaruje: „Myślę, więc irytuję” i dodaje manierycznie – „Żyję, więc prowokuję”. Gombrowicz podbija nas, odwołując się do szalonych grymasów i póz. Praktyka Gombrowicza to w dużej części teatr gestów. W tym teatrze następuje rozpuszczenie wydarzeń w żywiole demonstracji. To nie tyle próby prezentacji lub komunikacji, ile sposoby nowego uporządkowania i złożenia gestów. Jeśli istnieje jakaś polityka Gombrowicza, to jest to polityka demonstracji gestów.

Ciało u autora Dzienników jest zawsze pierwsze. Za ciałem dopiero podąża język. Pismo nadchodzi jako ostatnia broń pisarza poszukującego gwałtownej i bezpośredniej relacji z czytelnikiem. Czego poszukuje Gombrowicz? Co konstruuje podczas demonstracji mocy ciała? No cóż, konstruuje, wedle jego własnej mowy – „koleżeństwo łydek”, „tajne porozumienie łydczane”, „patriotyzm nóg”, „zuchwalstwo gęby”, a zatem swoisty kult różnych części ciała, szatańskich części naszego wewnętrznego umeblowania. Ciało, tak jak język, u Gombrowicza nigdy nie jest jednością, zawsze jest złożeniem obiektów częściowych, tzn. nie tyle jest ciałem bez organów, ile orkiestracją organów bez ostatecznej organizacji i bez dyrygenta.

W rezultacie u Gombrowicza czytelnik jest nie tyle modelowany, urabiany czy edukowany, ile mobilizowany do uzmysłowienia sobie ciała tekstu. Oto pisarz upajający się fantazją wyrzeczenia się swoich przywilejów; pisarz, który wyobraża sobie możliwość ucieczki „w niedojrzałość”, „nieodpowiedzialność”, ucieczki przedstawionej jako porwanie, uprowadzenie, a nie „akt woli” lub „suwerennej decyzji”. Oto pisarz odrzucający swoje społeczne i klasowe przeznaczenie, odrzucający pewną wygodną formę życia, która na niego czeka niczym „obiekt-już-gotowy” (ready-made, objet trouvé), niczym „pisuar” Marcela Duchampa. Oto odwaga tego, kto mówi każdego dnia: ja.

Ten zaimek ja dopowiada jednak: „Żywiołem naszym jest wieczysta niedojrzałość”, a zatem jakieś przed‑ja. My mieszkańcy narcystycznych planet ośmielimy się jeszcze dodać: nadal nie wiemy, jak bronić naszej niedojrzałości przed szatanem ładu. I w naszym ponowoczesnym świecie kusi nas ład i skończoność, a chaos nadal pozostaje w złej sławie. Pragniemy przecież powrotu do normalności, pozostając w wiecznym stanie wyjątkowym. Szczególnie dzisiaj w czasach pandemii. Gombrowicz nadal infekuje, infekuje nasze ciało do rezonansów poszukujących własnego taktu.

Tytuł (Nonsens)
Gombrowicz zawsze wyłania się z nonsensu, który nie jest prostą negacją sensu, ale jego głębią. Spójrzmy na tytuł książki. Co on oznacza? W zasadzie nic. Oczywiście Bogdan Baran udowodnił, że chodzi o bohatera powieści Sinclaira Lewisa Babbitt: Freddy Durkee. To jednak niczego nie zmienia. Kim jest bowiem ów Freddy Durkee, czyli Ferdydurke? Nie wiemy. Przeczuwamy, że to imię to blaga i przed-sens. To jednak zaledwie przedsmak nadchodzącej brawury pisarza.

Z wnętrza Ferdydurke przemawia do nas bowiem autor pierwszej powieści Gombrowicza zatytułowanej Pamiętnik z okresu dojrzewania (1933). Gombrowicz wyłania się z Gombrowicza, który pisze: „Umysł nasz wyławia z rozbełtanego oceanu zjawisk jakąś część, dajmy na to – ucho albo nogę, zaraz na początku dzieła nasuwa się nam pod pióro – ucho albo noga i potem już nie możemy wybrnąć z części, dopisujemy do niej dalszy ciąg, ona nam dyktuje wszystkie pozostałe członki. […] Absolutna niemożność całości znamionuje ludzką duszę” (s. 108). Nie jest to prosty kult nonsensu, jest to raczej metodologia auto-determinacji, gdzie każdy wybór, tj. wybór dowolnego słowa przesądza o przyszłych losach powieści. Jest to także przeczucie nie-kompletności każdego dzieła. Elementy w serii słów są nie tyle niezdeterminowane, ile nad-determinowane, ściskane wielorakimi zależnościami.

Jest wielce prawdopodobne, że Gombrowicz nie wiedział, co robi, kiedy zaczynał pisać Ferdydurke. Mówiąc nieco ściślej, nie docenił możliwego przyszłego efektu performatywnego posłużenia się językiem. Być może chciał napisać tylko kąśliwą satyrę. Niewykluczone, że wybrane słowa poderwały się i pogalopowały ku groteskowemu szaleństwu z taką szybkością, że autor musiał je ciągle hamować i nieustannie przepisywać, aby nadać książce minimalny ład i nadążyć za swoim popędem tworzenia serii. Gombrowicz pogalopował na oślep. Nie oznacza to, że dobierał słowa czysto losowo. Szukał raczej swojej formuły.

Ferdydurke, rezonując z Boską komedią Dantego, zaczyna się wynurzeniem ze snu. Przebudzenie jest jednak uprowadzeniem do jeszcze bardziej bezdennego niż mara senna świata. W świecie Gombrowicza „duże” staje się „małe”, „mądre” – „głupie”, „odległe” – „bliskie”. Nie jest to jednak proste odwrócenie wartości, jest to raczej nasycenie świata nową energią, nowymi wartościami, nowymi sensualnymi sensami. Rozdział pierwszy Ferdydurke – Porwanie to nie jest akt pierwszy z Poszukiwania straconego czasu Marcela Prousta, gdy narrator traci pewność swego przebudzenia i przez początkowe akapity dryfuje między snem a przytomnością, szukając stale światła dnia w ciemności nocy, tj. pocałunku matki na dobranoc. Gombrowicz różni się od Prousta, dla którego wszystko jest światłem, a Mrok jest cieniem. Gombrowicz, przeciwnie w Mroku spostrzega matrycę, przesłankę, z której wyodrębnia się światłocień, barwa, światło samo. Głębię źródłowego mroku można nazwać jedynie bez-gruntem, otchłanią.

Gombrowicz staje się w Porwaniu świadkiem narodzin samego siebie. Jego przebudzona świadomość spostrzega, że „noc się już skończyła, ale świt nie zdążył się jeszcze zacząć na dobre”. Gombrowicz widzi siebie „w połowie drogi swojego żywota”. Odnajduje siebie „pośród ciemnego, choć zielonego lasu”. W jakim stanie się odnajduje? Otóż jest to stan wewnętrznego rozedrgania, demontażu, roztrojenia, w którym autor słyszy „krzyk biologiczny wszystkich swoich komórek”. Problem w tym, że dla Gombrowicza otchłań nigdy nie jest anonimowa lub bezosobowa, abstrakcyjna lub czysto konceptualna. Nie ma nic bardziej własnego niż otchłań, z której się wyłaniamy. Indywiduacja nie zakłada żadnego zróżnicowania lecz je powoduje. Jakości, rozciągłości, formy i materie, gatunki i części nie są czymś pierwszym; są one uwięzione w indywiduach niczym osobnych światach.

Gombrowicz jest podmiotem niewiedzy i niepewności, dezorientacji, nie wie, „czy jest człowiekiem, czy chłystkiem”, czy też, co najbardziej prawdopodobne, „nie jest ani tym, ani owym”. Czym jest zatem Gombrowicz? No cóż, jest „niczym”, choć nie jest nicością. Jest stawaniem się Gombrowiczem. Sam obserwując ten proces stawania się, zapisuje: „Z tumanu, z chaosu, z mętnych rozlewisk, wirów, szumów, nurtów, ze trzcin i szuwarów, z rechotu żabiego miałem się przenieść pomiędzy formy klarowne, skrystalizowane – przyczesać się, uporządkować, wejść w życie społeczne dorosłych i rajcować z nimi” (s. 13). Tak się jednak nie dzieje, Gombrowicz pozostaje w odmętach bytu, dalej rechocze z żabami na pastwisku. Nie szuka grzebienia do przeczesania rozwichrzonych włosów swojego istnienia. Gombrowicz godzi się z bytem zawirowanym i wielorako splatanym. Być może Gombrowicz tym sposobem zadaje nam pytanie: co to jest nieokreśloność? Czy nieokreśloność jest czymś bez jednoznacznych predykatów? Czy też jest czymś nie dającym się oznaczyć, skategoryzować lub nazwać? Czy też wreszcie nieokreśloność jest innym imieniem tego, co niepoliczalne, nieskończone?

[…]


[Ciąg dalszy w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.