06/2021

Grzegorz Supady

Finis Stettinis, czyli o tym,
dlaczego Hakenterrasse to obecnie Wały Chrobrego

W publikacji zatytułowanej W piastowskich grodach Pomorza Zachodniego, wydanej w Szczecinie w roku 1946 – tym samym, w którym kończy się narracja książki Confinium. Szczecińska opowieść Krzysztofa Niewrzędy – Stanisław Helsztyński tak opisywał miasto: „Wstąpiliśmy do wnętrza paru will. Drogocenne meble, lustra, pościel, bielizna rozrzucona, dzieła sztuki, Bechsteiny świadczą o wielkiej zamożności miasta. […] nie widać po mieszkaniach szczecińskich większego bogactwa książek. Meble i jeszcze raz meble, dobrze zaopatrzona kuchnia, nadmiar porcelany i utensyliów gastronomicznych, świadczą o materializmie, wygodzie i sybarytyzmie Szczeciniaków. […] ludzie bogaci, wygodniccy, ale bez zainteresowań artystycznych i naukowych. Żadnej wyższej właściwej uczelni. […] Towarzystwo historyczne na Krakutschstr. ubogie, muzeum krajowe bardzo przeciętne. Morze i handel morski zaprzątało tych ludzi. Ono dawało im bogactwo”.

Pokazana przez Helsztyńskiego dzielnica Quistrop Aue z czasem przybierze nazwę Jasne Błonia, a jeszcze później zostanie dookreślona imieniem Jana Pawła II. W Confinium również zajmie ważne miejsce, już choćby z racji wydarzenia o nazwie „Trzymamy straż nad Odrą”, które odbyło się na tym terenie w połowie kwietnia roku 1946. Ta z założenia patriotyczna manifestacja, zorganizowana w niecały rok po przejęciu Szczecina przez administrację polską, miała symbolicznie domknąć proces włączania tego miasta do Polski. W rzeczywistości Bolesław Bierut w wygłoszonym przemówieniu nie rozwiał całkowicie obaw nowych osadników odnośnie do trwania polskości w tym regionie, lecz jeszcze je pogłębił.

Powyższa informacja, a także wiele innych szczegółów związanych z tuż powojennymi dziejami Szczecina uwzględnione zostały w obszernej powieści, jaką jest Confinium. Wszystkie one zdają się być podane sine ira et studio. W dużej mierze wynika to z faktu, że choć jej autor urodził się w tym nadodrzańskim mieście, to patrzy na nie z pewnego oddalenia, gdyż od ponad trzydziestu lat mieszka w Niemczech. Do takiej, a nie innej percepcji przyczynił się także wyraźny dystans czasowy, dzięki czemu pisarz nie potrzebował już tak gorliwie udowadniać polskich praw do tego miasta, a nawet mógł pozwolić sobie na to, by zająć nieco prześmiewcze stanowisko dotyczące często nazbyt nachalnego „odniemczania” Stettina w sferze symbolicznej. Przedstawiając przybycie polskich osadników, pisał: „Kończyli swój exodus w rytm terkotu drewnianych kół po bruku alei Piastów – niedawnej Barnimstraße. Jakby dla nich wręcz przemianowanej. Kuszącej starą baśnią i wielkością. Mieszkiem kuszącej, Krzywoustym i Łokietkiem. Bo to ich właśnie wybrano na patronów ulic. Żeby wszyscy, którzy przybywali do Szczecina, nie mieli wątpliwości, iż jest to polskie miasto, żeby mieli wrażenie, że są u siebie”.

W długich dziejach Stettina/Szczecina najbardziej interesowało pisarza pokazanie jedynego w swoim rodzaju procesu, jakim było przeistaczanie się tego dawniej na wskroś niemieckiego grodu w położone co prawda na obrzeżach, ale zintegrowane już na dobre z resztą Polski miasto. Ta wymuszona przez historyczne wydarzenia metanoia Szczecina stała się asumptem do powstania książki traktującej jednak przede wszystkim o ludziach jako takich, z pominięciem ostemplowywania ich jako Niemców i Polaków. Niewrzęda nie próbował więc udowodnić tezy, która to z „drużyn narodowych” zdołała wówczas przeciągnąć ostatecznie linę na swoją stronę, czy też, trzymając się metafor sportowych, kto wbił decydującego gola do bramki przeciwnika. Decyzje dotyczące Szczecina zapadały bowiem głównie w gabinetach zwycięskich mocarstw. Mimo to w bardzo przejmujący sposób autor zdołał opisać wszystkie te liczne zbrodnie i nieprawości, jakie wydarzyły się w opisywanym przezeń przedziale czasowym. Nie popadł przy tym w populistycznie brzmiący, oskarżycielski ton, mający jasno podkreślać winę i odpowiedzialność tylko jednej strony. Nie oznaczało to skądinąd, że usiłował zdjąć odium ciążące na Niemcach, choć warto w tym miejscu przypomnieć, że nawet sam Mickiewicz w Konradzie Wallenrodzie napisał, że „Już dosyć zemsty – i Niemcy są ludzie”. W książce nie znajdzie się jednakże przejawów kolektywnego potępiania tej nacji, za to autor przywołał przykłady osób niepopierających nazizmu z racji swoich socjaldemokratycznych i komunistycznych poglądów.

Przedstawił też jakże klarownie brzmiącą wykładnię dotyczącą postępowania Armii Czerwonej w trakcie walk frontowych. Porucznikowi Sierowowi kazał wypowiedzieć takie oto słowa: „Ja nie mogę zakazać moim kałmukom, żeby oni nie gwałcili kobiet, bo oni przestaną wtedy cokolwiek rozumieć. Dla nich to akt sprawiedliwości. Zemsta na wrogu. Tak było zawsze, odkąd świat światem. Mężczyzn zabijano, a kobiety zapładniano, po to, żeby rodziły dzieci, które nie będą wrogami. U nas na Białorusi, jak Niemcy wchodzili do wsi, to rozstrzeliwali kogo popadło. Zabijali dla zabijania. Niemowlęta roztrzaskiwali o chałupę. Wydaje mi się więc, że moje kałmuki i tak są o wiele bardziej humanitarne”.

Ponadto autor tak umiejętnie skonstruował psychologiczny portret głównego protagonisty, aby ten nie był osobowością jednowymiarową. Tadeusz nieraz doszukuje się winy w sobie samym, chociaż przecież zarówno czas, jak i miejsce pozwalałyby mu na bezpieczne usprawiedliwianie się i rozgrzeszenie z niejednego czynu. Mimo to zadręcza się nieustannie, zadając sobie pytanie, czy to nie z jego powodu zginęli bliscy mu ludzie: Regina i Stefan. Dlatego też bije się w piersi, z których wydobywają się słowa ekspiacji: „Mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa”.

W wywiadzie udzielonym Brygidzie Helbig pisarz przypomniał, że jego rodzice przybyli do nadodrzańskiego miasta z Wielkopolski i Pomorza (co skądinąd zaskoczyło nie tylko rozmówczynię), a nie, jak to miało miejsce w przypadku większości szczecinian, z Kresów. Ale warto zauważyć, że okoliczności związane z pochodzeniem danego człowieka najwidoczniej z czasem stają się chyba czynnikiem rudymentarnym w jego biografii. W końcu zarówno w Szczecinie, jak i we Wrocławiu, Olsztynie czy Wałbrzychu żyją po prostu przedstawiciele rodzaju ludzkiego, a nie w pierwszej kolejności przybysze ze wschodnich rubieży dawnej Rzeczpospolitej.

Ale przecież nie tylko to rozpoznanie odcisnęło piętno na najnowszej książce Niewrzędy. Już na pierwszy rzut oka jej treść dowodzi bowiem, że przed przystąpieniem do jej napisania autor bardzo mocno w sens rzeczy wstąpił. Dzięki dokonanej przez niego analizie dokumentów i innych źródeł mogła ostatecznie powstać wiarygodnie brzmiąca story. W książce zacytowane jest nawet opublikowane 7 lipca 1945 roku obwieszczenie podpisane przez inżyniera Piotra Zarembę, niemal legendarnego już pierwszego polskiego prezydenta Szczecina, napisane bez polskich znaków diaktrytycznych, najpewniej na maszynie z niemiecką czcionką. Różnorodny jest gatunek prozy wykreowanej przez autora, który zdecydował się przytoczyć fragmenty utworów o charakterze stricte literackim (głównie proweniencji romantycznej), ale także paraliterackim (zapis ogłoszeń, dokumentów urzędowych). W połączeniu z pracami grafika Jarosława Eysymonta wszystko to razem wzięte przyczyniło się do stworzenia swoistego kolażu, przywodzącego na myśl na przykład dzieła malarskie ekspresjonistów niemieckich, szczególnie zaś Ottona Dixa. Spore wrażenie robi też zgrabna stylizacja „na Wyspiańskiego” zastosowana w scenie balu sylwestrowego roku 1945/1946. Tadeuszowi ukazują się wówczas przybyłe z zaświatów widma, w których nietrudno doszukać się rysów związanych z nim kiedyś osób. „Nawiedzony” prowadzi z nimi rymowany dyskurs, jakby żywcem wyjęty z Wesela, skutkiem czego czytelnik skłonny byłby nawet poszukiwać przypisu z podaniem odpowiedniej strony tego dramatu. Autor zdecydował się ponadto wpleść do tekstu nawet kilka anegdot, będących swoistymi signa temporum, uwiarygadniających narrację i dodających jej soczystości. Jedna z nich warta jest przytoczenia: „Na przykład o kolejarzu, który na każdej stacji podawał pasażerom nazwę miejscowości po polsku, informując jednocześnie jak nazywała się ta miejscowość wcześniej. Koszalin! – krzyczał – Dawniej Köslin! Białogard! Dawniej Belgard! Goleniów! Dawniej Gollnow! No i w końcu pociąg dojechał do Szczecina i on krzyknął: Szczecin! Dawniej Stettin! Jeden z pasażerów wychodząc z pociągu powiedział: Do widzenia. Dawniej Heil Hitler!”.

W efekcie tak urozmaiconych zabiegów powieść Confinium zyskała walor fabularyzowanego dokumentu o znaczącym ciężarze gatunkowym, a po jej przeczytaniu nawet osoba całkowicie postronna i na co dzień nieobeznana z historią miasta położonego w dolnym biegu Odry bez większego trudu będzie umiała złożyć sobie na własny użytek składające się z wielu części puzzle o nazwie Szczecin. Nie powstanie z tego jednak coś, co po naklejeniu na sztywny papier i oprawieniu w antyramę przypominać będzie jakąś wedutę, nadającą się do powieszenia na klatce schodowej, lecz wyłoni raczej coś przypominające czarno-białe kaprysy Goi lub gargantuiczną groteskę à la Duda-Gracz. Należy gwoli ścisłości przypomnieć fakt, że inne elementy tej szczecińskiej układanki już od jakiegoś czasu istnieją, a na odwrocie mają metryczki sygnowane przez takich pisarzy o miejscowym rodowodzie, jak Artur Daniel Liskowacki (Eine kleine…), Inga Iwasiów (Bambino) i Brygida Helbig (Niebko).

Historia niełatwej miłości łączącej Polaka i Niemkę, opowiedziana z weryzmem (a niekiedy wręcz z wojeryzmem) przez Niewrzędę, musi też nasuwać uzasadnione skojarzenia z powieścią zmarłego niedawno Rolfa Hochhutha Miłość w Niemczech, zekranizowaną swego czasu przez Andrzeja Wajdę, a ponadto z nieco zapomnianą dziś książką Tadeusza Nowakowskiego Obóz Wszystkich Świętych. Ten ostatni autor przedstawił związek uczuciowy pomiędzy internowanym w powojennych Niemczech polskim podporucznikiem Janem Grzegorczykiem a Niemką Ursulą Heinemann. Jak można się spodziewać, relacja taka musiała spotkać z ostracyzmem zarówno po stronie polskiej, jak i niemieckiej. Polsko-niemiecka para u Niewrzędy, której zresztą również nie udało się stać nowymi Ewą i Adamem, to Regina Jungfer (de domo Stettinensis!) i przydzielony jej jako robotnik przymusowy Tadeusz. Jak często w literaturze i w tym przypadku nomina sunt omina. Królowa (Regina) Dziewica (Jungfer) zostanie bowiem zabita przez pałających żądzą odwetu sołdatów po uprzednim bestialskim „ukoronowaniu” przez nich zardzewiałą puszką, natomiast Tadeusz, mimo przemożnej woli przeżycia, na długo pozostanie człowiekiem wyobcowanym i samotnym, podobnie jak jego realny imiennik, Tadeusz Borowski, na powinowactwo z którym powołuje się zresztą we wspomnianym wywiadzie sam autor.

Niczym Wergiliusz Dantego szczecińsko-berliński prozaik bez jakiejkolwiek bojaźni oprowadza po kolejnych kręgach Piekła, tym razem tego zlokalizowanego w konkretnym czasie i miejscu. Jednak nie jest to jakieś zindywidualizowane Piekło, gdzie pokutują Judasz i Brutus, lecz raczej inferno znane z budzących dreszcz i przerażenie malowideł Hansa Memlinga i Hieronima Boscha: „Na zewnątrz rozciągały się płonące zgliszcza i rozwaliny. Wznosząc się w hałdach przesłaniały ciasno ustawione, zabytkowe domy. A właściwie pozostałości po nich. Często tylko fasady zasypane cegłami do wysokości pierwszego piętra. Albo rozbebeszone kamienice z wnętrznościami na wierzchu, które jęcząc i zgrzytając, dogorywały w płomieniach chłoszczących ściany oraz sprzęty, żarzące się w rozpadających kształtach”.

Dzięki sugestywnym opowieściom włożonym w usta Reginy autorowi udało się natomiast odtworzyć całą specyfikę i atmosferę dawnego, mieszczańskiego Stettina. W procesie skutecznego zanurzania się w jeszcze niezniszczony w wyniku bombardowań świat, z pomnikiem cesarza Wilhelma i kinem o nazwie Ufa Palast, pomocne okazują się też mapy zamieszczone na wyklejkach książki. Stanowią one jakby rewers i awers tej samej monety, która niespodziewanie wytopiła się w zgliszczach miasta. Być może był to nieznany współczesnym numizmatykom „talar szczeciński”?

Jak pisała Wisława Szymborska: „po każdej wojnie ktoś musi posprzątać”. I taka rola przypadła w udziale ocaleńcowi o imieniu Tadeusz, który w dniach „pomiędzy czasami” zajmuje się między innymi wywożeniem trupów ze zrujnowanego miasta. I tym razem Niewrzęda zdaje się również odwoływać do obozowych doświadczeń Borowskiego, który przedstawił więźniów zajmujących się podobnymi czynnościami w Auschwitz. Powieściowy Tadeusz przywodzi też na myśl jedną z postaci, które do historii przeszły jako „robinsonowie warszawscy”.

Niezależnie od całej, jakże imponującej znawstwem przedmiotu warstwy o charakterze czysto poznawczym te kilkaset stron powieści zdają się także potwierdzać starą prawdę, którą tak trafnie wyraził starszy kolega po piórze Niewrzędy, Artur Daniel Liskowacki, w wierszu Kalt – Warm: „zimno zimno / gorąco / po całym mieszkaniu / po omacku / szukałem siebie”. Bo niewątpliwie jasne jest, że również autor Confinium ciągle poszukuje sam siebie, a jednocześnie każdym zdaniem zdaje dowodzić, jak silnie odczuwa empatię do swoich bohaterów, jak mocno utożsamia się z nimi i z tym jakże ważnym dla dziejów Szczecina dwuleciem.

I jeszcze jedna kwestia. Mimo tego, że ta misternie utkana powieść w reakcji na jej zawartość przywodzi na myśl takie słowa, jak „trauma”, „traumatyzacja”, „straumatyzowany”, „syndrom stresu pourazowego” etc., to jednak stan ducha autora – kreatora i administratora zarządzającego tymi wszystkimi pojęciami – różni się zdecydowanie od kondycji cechującej jego literacki wzór, jakim był autor Kamiennego świata. Chodzi bowiem o to, co Ernst Bloch określił jako „Prinzip Hoffnung”. I dlatego można by w tym kontekście życzyć sobie, aby również inni poszkodowani przez historię zadali sobie trud przepracowania własnych koszmarów związanych z tragiczną przeszłością – choćby tylko po to, by z nieco większym optymizmem popatrzeć czasem w przyszłość.

Krzysztof Niewrzęda: Confinium. Szczecińska opowieść.
Wydawnictwo Granda,
Szczecin 2020, s. 432.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.