Język w Love song jest o tyle istotny, że próbuje sobie poradzić z niemal niemożliwym zadaniem zapisania uczucia miłosnego. Autorka powieści musiała zmierzyć się z tym, co Roland Barthes nazywał we Fragmentach dyskursu miłosnego „złudzeniem wyrażalności”:
Osoba pisząca musi złożyć w ofierze cząstkę Imaginarium – pierwiastek swoich indywidualnych figur i wyobrażeń zapośredniczonych w kolektywnej świadomości – aby poprzez język przywołać odrobinę rzeczywistości. Pisać o miłości to jednocześnie mierzyć się z tym, że języka jest zbyt dużo (ze względu na nadmiar emocji) oraz zbyt mało (przez klisze, w które miłość go wpędza i w których go spłaszcza), narażać się na śmieszność i banalność, bo przecież kochanie zawsze wydaje się trochę głupie i naiwne z perspektywy zewnętrznej. Mimo tego Krasny podejmuje tę próbę.
Dlatego w tym tekście nie będzie miało znaczenia, czy główną wartością powieści są gry słowne, czy język jest ciekawy lub wyrafinowany, czy może zakrawa na grafomanię, co diagnozowano w niektórych wcześniejszych recenzjach. To wszystko jest zupełnie nieistotne, ponieważ chciałabym potraktować Love song jako kolejną cegiełkę w opisanym przez Barthes’a odwiecznym dyskursie miłosnym.
Taka perspektywa wymaga jednak krótkiego wstępu. Barthes sięga do pierwotnego znaczenia łacińskiego terminu discursus, co znaczy „bieganie tu i tam”. Właśnie w ten sposób zachowuje się zakochany: „biega bez ustanku w swej głowie, podejmuje nowe kroki i spiskuje przeciw sobie”. Jego dyskurs istnieje w postaci nagłych wybuchów w drobnych, przypadkowych okolicznościach. Jego szczątki to figury, które można sobie wyobrazić jako ciało uchwycone w działaniu. Stoją one po stronie znaków, a nie znaczonego; są słowem „śnieg”, a nie fizycznym śniegiem istniejącym w świecie. „Figury dają się wydzielić (niczym znak) i zapamiętać (niczym obraz albo opowieść)”.
Chciałabym zaproponować taką lekturę Love song, która skupia się na rozpoznaniu, wydzieleniu i interpretacji obrazów pojawiających się w powieści. Wybrałam te doświadczenia, które zostały już opisane przez Barthes’a, posłużę się także jego definicjami. Sama recenzja przyjmie kształt takich figur. Znajduje to uzasadnienie w tym, że Krasny również przedstawia nam relację zakochanych w formie krótkich scen, wyjętych nie tylko z życia, lecz także z czasu, zawsze z rozmytym tłem. Powołanie się na Fragmenty dyskursu miłosnego nie jest metodą wartościowania, a raczej sposobem myślenia, który, mam nadzieję, pozwoli o tej książce powiedzieć coś więcej. Nie będzie to oczywiście kompletna interpretacja; myślę, że z tej lektury można wyciągnąć jeszcze wiele figur, zarówno tych już opisanych przez Barthes’a, jak i zupełnie nowych, do czego zachęcam również czytelniczkę.
Drobne wypadki, błahe zdarzenia, figle losu, drobiazgi, małostkowe zachowania, błahostki, fałdy na miłosnej egzystencji; każdy zalążek zdarzenia rozrasta się i zakłóca dążenie podmiotu zakochanego do szczęścia, tak jakby to przypadek spiskował przeciw niemu.
Podczas drugiego spotkania ma miejsce kolejna nieprzewidziana sytuacja: Zet kaleczy się w dłoń, myjąc naczynia. Mimo przerażenia, jakie w XY‑u wywołał widok krwi – której jeszcze nigdy nie widział – samo to nie stanowi jeszcze zagrożenia dla relacji zakochanych. Dopiero gdy kobieta wsuwa chłopcu odłamek szkła pod język, wybucha w nim bezsilność – dobrze wiedziała, co zrobić, żeby skrzywdzić go najdotkliwiej. Bezsilność zamienia się w złość, którą XY nosi ze sobą tygodniami. Przestają się widywać, ale on nie może przestać myśleć o Zet. Dostrzega ją w każdej drobince świata, podświadomie znajduje wszystko to, co mogłoby o niej przypominać, byle tylko jej fizyczna nieobecność nie przekształciła się w całkowity brak. Nie może do niej jednak wrócić, przecież jeszcze żadna relacja go aż tak nie zabolała. Potrzeba następnego przypadku, spotkania w sklepie, aby tęsknota, która zastąpiła złość, pozwoliła im odnaleźć porozumienie.
Jest to sytuacja, która z perspektywy zewnętrznej wydaje się zupełnie błaha, przez swoje skutki może brzmieć nawet śmiesznie. Ale czy istnieją jakiekolwiek wydarzenia miłosne, które dla osoby trzeciej nie zdawałyby się płaskie i nieznaczące? By uciec od tej błahości, w czasie rozłąki zakochanych w książce pojawiają się fragmenty pamiętnikowe i dramatyczne. Opowieść cofa się do odległych wydarzeń – młodości Zet, jej pierwszego małżeństwa oraz dorastania XY‑a. Taka konstrukcja sprawia wrażenie, że między konfliktem a ponownym spotkaniem minęło bardzo dużo czasu. I jest to znaczące, że doświadczenia, które ukształtowały bohaterów, są przywołane właśnie w trakcie ich rozłąki – gdy miłość przestaje kreować każdy element ich rzeczywistości, muszą przypomnieć sobie, kim byli przed poznaniem drugiej osoby.
Poczucie nieobecności, oddalenie się rzeczywistości doświadczane wobec świata przez podmiot zakochany.
Nie sposób nie zwrócić uwagi na imiona bohaterów, które też są jakby substytutami – „XYZ” podpisywano się na szkolnych egzaminach, by zachować anonimowość. Taka pseudonimizacja jest dość typowym zabiegiem uniwersalizującym. Pomimo wszystkich niecodziennych zdarzeń mających miejsce w powieści, XY i Zet realizują typowy schemat relacji miłosnej. Od powolnego poznawania się, przez pojawienie się uczucia, aż po wspólne mieszkanie, przygarnięcie psa i oświadczyny. Zakochani mogliby być każdym z nas. Podmiot męski i żeński nie odbiegają od związanych z płcią ról społecznych – XY od początku chce chronić Zet i to on się jej oświadcza; zwykle to ona gotuje i zmywa naczynia. Nasuwa mi się jednak jeszcze jedno skojarzenie – literami „x” i „y” oznaczane są osie w układzie współrzędnych kartezjańskich, a literami „x”, „y”, „z” w trójwymiarowej przestrzeni euklidesowej. Sam XY jest jedynie płaską powierzchnią, sama Zet byłaby zaledwie linią prostą. Dopiero połączeni ze sobą zakochani stają się realni, trójwymiarowi i wiarygodni.
Podobnemu zniekształceniu co świat przedstawiony ulega różnica wieku między partnerami, która wraz z pogłębianiem się uczucia traci na istotności. Na początku powieści jest ona wyraźnie zaznaczana – XY, obserwując Zet, nazywa ją „staruszką” lub „starszą panią”, domyśla się, że „na pewno pamięta wojnę, świeże kartacze i brunatne jak ziemia pończochy”; studiując jej śpiące ciało, najbardziej zastanawia się nad tym, czy jej skóra jest pomarszczona i obwisła. Inność drugiej osoby jest jednocześnie ekscytującą i przerażającą tajemnicą. Mimo że różni ich fizyczność i doświadczenia, zakochani „dzielą ten sam smutek, na który on [XY] nie zna słów”. Gdy zaczynają dzielić ze sobą także miłość, różnica wieku się zaciera, XY i Zet stają się równi. Oboje mają „blade ciałka”, zdarza im się garbić i są podobnie niezgrabni.
Świat zakochanych jest nie tylko odrzeczywistniony (odległy od prawdziwego świata), lecz także nierealny (nieliczący się z rzeczywistością) – bohaterowie widzą wszystko przez pryzmat miłości. Podczas drugiego spotkania XY opowiada Zet o miejscu, w którym byłaby szczęśliwa, w którym „zamiast «kolor moczu» mówi się «kolor słońca»”. I faktycznie, gdy układają sobie wspólne życie, pies Zet zamiast barwy „rozgrzanych sików” ma już „kolor słońca”, a gdy drogi bohaterów się rozchodzą, staje się po prostu „żółty”.
Marzenie o całkowitym połączeniu się z kochaną osobą.
Do tej sceny mogłabym zaproponować także kilka innych figur: zrozumieć; ciało; chęć posiadania – tak samo jak Krasny dopisuje „pokrewne” wyrazy do tytułów rozdziałów w Love song. Te podtytuły mogą wydawać się na początku dziwne i nie na miejscu. Czytałabym je jednak przez pryzmat rozdziału gra w skojarzenia, gdzie dopiero dłuższe ciągi połączeń pozwalają wyobrazić sobie konkretne sytuacje, a sceny płynnie przechodzą jedna w drugą. Część z tych skojarzeń jest w miarę uniwersalna, na przykład „ból – biel”. Barwa ta jest jednym ze sposobów obrazowania urazów w filmach, gdy ekran rozjaśnia się, a scenie towarzyszy charakterystyczny pisk lub kiedy ukazana zostaje biel bandażu. Inne zestawienia mogą być nieco trudniejsze do odczytania lub bardziej wyczulone na indywidualną wrażliwość czytelniczki. Tak samo jest z „pokrewnymi”: niektóre przypominają moodboard, czyli obrazy zestawione ze sobą na podstawie podobnego nastroju lub skojarzeń estetycznych (jak „cekiny; pantofle; pełnia” w rozdziale, w którym pojawia się Silver), lub przywołują łatwe do wyobrażenia sobie obrazy („nocny pociąg; żółte światło”); część dotyczy prostych czynności łączących się z konkretnymi wrażeniami (jak „rozpuszczanie włosów przed snem”, do czego można by dopisać „ulgę” lub „wolność”); inne nabierają sensu dopiero w kontekście kolejnych wydarzeń.
Kilka zasygnalizowanych przeze mnie figur to zaledwie ułamek tego, co można odnaleźć w Love song. Mam też wrażenie, że potraktowanie powieści jako kontynuacji dyskursu miłosnego jest w pełni zasadne, nie tylko ze względu na tematykę. Zachęcają do tego także fragmenty oddzielone nawiasami kwadratowymi, w których do głosu dochodzi zewnętrzna wobec opowieści podmiotka. W swoich wypowiedziach wchodzi na poziom meta, ma świadomość, że książka jest książką i zwraca się bezpośrednio do czytelniczki: „Pomyśl o dniu, w którym wszystko było niebieskie. Albo o tym, w którym mokra trawa pogłaskała ci stopę. Pamiętasz?”– tak jakby za Barthes’em pytała: „Rozpoznajesz tę scenę języka?”. W pełni świadoma niewyrażalności doświadczenia miłosnego za pomocą słów, angażuje wyobraźnię czytelniczki i jej wspomnienia. Sugeruje przełożenie tego doświadczenia na obraz za pomocą znajomej, powtarzalnej czynności: „[t]a książka mogłaby być o kimś innym, a poradziłabym ci to samo: narysuj ją jako szlaczek, który każdy z nas wałkował do momentu, aż nauczył się słów i nazywania rzeczy”. I tak też w tej książce opowiedziana jest miłość – przez somatyczne, często nieoczywiste skojarzenia; zarówno przez dobrze znane w dyskursie miłosnym figury, jak i zupełnie unikalne sceny.
