10/2021

Valeri Szydlowska

Francja

Przemytnicy gniewu i piękna szansonistka


– Przez to okno wyglądali Ingrid Bergman i Humphrey Bogart. (Mia, Emma Stone)
– A Ty pracujesz naprzeciwko. (Sebastian, Ryan Gossling)

La la land, Hollywood, 2016,


La la land? Znów mamy bar i muzykę, muzyczny motyw powtarzany i powtarzający się uporczywie, to prawdopodobnie z psychoanalizy Freuda. A może z Woody’ego Allena? Zagraj to jeszcze raz, Sam, mówi w Casablance Ilza do ulubionego klezmera.

Niespodzianką na paryskim rynku wydawniczym stała się ostatnio saga nieznanego wcześniej autora, a właściwie autorki, pięknej i sławnej nieznajomej o egzotycznych korzeniach. Ukrywa się pod pseudonimem Victor Lazlo i ma wielu fanów na całym świecie, w listopadzie ubiegłego roku telewizja TV5 Monde zaprosiła ją do prestiżowego programu Sous couverture, co oznacza, że jej twórczość stanowi swoisty francuski „towar eksportowy”. Urodzona w Bretanii (1960), przypomina trochę z urody znaną w Polsce piosenkarkę Oceanę. Jej rodzice pochodzą z Karaibów. Sonia Dronier studiowała w Belgii historię sztuki i pracowała jako modelka. Pod pseudonimem Victor Lazlo odniosła sukces jako piosenkarka, największy hit wyśpiewała w 1987 (Breathless, „Bez tchu”). Wydała trzynaście płyt długogrających. Teraz tryumfuje jako powieściopisarka. Dodać należy w nawiasie, że związała się z paryskim wydawnictwem Grasset, jednym z wielkiej trójki francuskich książąt rynku książki. Grasset, obok Gallimarda i Seuil, to oficyna łącząca sukces komercyjny z wysokim poziomem publikacji, choć wśród rywali wyróżniająca się dawniej raczej tym pierwszym niż tym drugim kryterium. Ostatnio coraz częściej Grasset ma jednak do zaoferowania prawdziwe literackie perełki, Przemytnicy gniewu są jedną z nich.

Zaczyna się w Białymstoku, mury getta i ten napis:

Wohngebiet der Juden

betreten verboten

Otkuda ty? Skąd pochodzisz? Majdanek! Żołnierz odkłada broń i podaje mu manierkę. Zbawienie, jeden łyk, potem drugi, trzeci. […] Yest’? Jeść? Suchy chleb by wystarczył. Ale żołnierz nalega. Kiedy uciekł? Tłumaczy więc. Był więźniem obozu na Majdanku i uciekł, nie pamięta ile dni minęło. Nie może stać. Krew nie dochodzi już do czubka jego 190 centymetrów. […] Zawsze już tego kawałka historii będzie mu brakowało. […] Zobaczy znów Majdanek cztery miesiące później, pełen więźniów belgijskich, bułgarskich i polskich, czekających na transfer. Najpierw pokonani, potem zwycięzcy, alianci dzielą się sektorami obozu

(wszystkie fragmenty w moim przekładzie – VS).


Victor Lazlo zlitował(a) się nad czytelnikiem i wyrysował(a) całe to skomplikowane drzewo genealogiczne rodzin żydowskich z Białegostoku i okolic, które w większości zginęły.

W roku 1990 autorka odwiedziła Polskę; to był szczególnie dobrany historyczny moment odwiedzin, a okazję ofiarował występ na festiwalu w Sopocie. Pani Victor Lazlo w udzielonej nam specjalnie wypowiedzi mówi, że od tamtej pory nie przestała się fascynować Polską i czymś, co nazwała tous les mouvements géopolitiques de votre pays (wszystkimi geopolitycznymi wstrząsami waszego kraju).

Z polskiej perspektywy – to się wydaje bardzo odległe. Nawet trudne do zrozumienia – dlaczego piosenkarka, której rodzina pochodzi gdzieś z wysp Ameryki Środkowej, pisze akurat o polskich Żydach z Białegostoku? I bardzo dokładnie ten Białystok opisuje. Jest przedstawicielką bogatych, reprezentuje zachodni przemysł rozrywkowy, czego może szukać na Podlasiu? I jeszcze dobiera sobie pseudonim prosto z Hollywoodu: Victor Laszlo, ten, którego w najważniejszej choć retrospektywnej części filmu Casablanca nie ma, bo Ilsa grana przez Ingrid Bergman myśli (w Paryżu), że zginął. Wielki wróg III Rzeszy, jak mówią o nim w tym filmie niemieccy oficerowie. Postać zupełnie fikcyjna, doskonale skonstruowana, bez której cała Casablanca traci sens: to na niego Ilsa czeka w należącym do Ricka marokańskim barze, choć pewnie wolałaby zostać z Rickiem (Humphreyem Bogartem). Domyślamy się, że chodzi o Holocaust, bo w Casablance na czarnym rynku sprzedaje się wizy, które europejskim Żydom pozwalają wyjechać do wolnego świata, najpierw do Lizbony, potem do USA. Jednocześnie kwitnie przemyt, handel wszelkimi dobrami i ludzkim życiem. Za pieniądze lub inne korzyści (seks z piękną kobietą), a czasem i bezinteresownie, francuski szef policji przymyka oko na różne akty bezprawia, bo jego prawem są dekrety rządu Vichy współpracującego z III Rzeszą. Co to wszystko ma ze sobą wspólnego? Nic…?

– Tajemniczy pseudonim Pani przyjęła.. Victor Lazlo to imię i nazwisko jednego z bohaterów Casablanki… Czy to ma związek z tematyką Pani powieści?

– Nie zdawałam sobie z tego sprawy, dopiero mi Pani uświadomiła – mówi Victor Lazlo do telefonu. – Naprawdę nie pomyślałam dotychczas, że dobierając pseudonim z filmu Casablanca, instynktownie lgnęłam do tematyki Shoah. Czuję, że jestem naznaczona tym upamiętnianiem. Nie wiem dlaczego. Sama nie mam żydowskich korzeni ani żadnych więzi z judaizmem. Studiując w Belgii, spotykałam wielu aszkenazyjskich Żydów i dopiero z czasem zrozumiałam, że nie należę do ich świata.

Pracę pisarską Victor Lazlo rozpoczęła około 2010 roku, wydając debiutancką powieść La femme qui pleure (Płaczka), następnie zajęła się pisaniem sagi, by wydać pierwszy tom pod tytułem Passagers du siècle (Pasażerowie stulecia), Grasset 2018, drugi w 2020 – Trafiquants de colères. W pierwszym tomie Żydzi z polskimi nazwiskami to niejednoznaczne postaci, handlują żywym towarem, a niewolnicy afrykańscy, których tamci kupują – są raczej pozytywni. Afrykańska księżniczka trafia na Kubę, kupił ją polski Żyd. Górą nasi? Niezupełnie, bo ich córka czterdzieści lat później odnajdzie się w jednym z domów publicznych Gdańska. Drugi tom ma jeszcze głębszą treść, choć autorka podkreśla spoiwo pierwszego z drugim. Domyślamy się dlaczego: początek opowieści przypada na rok 1860, dokładnie sto lat przed przyjściem na świat Soni Dronier (o, znów te wątki autobiograficzne).

Czy główną ideę można streścić jednym zdaniem: Żydzi, Czarni, wszyscy się jakoś tułamy, a na drodze każdego życia czekają przygody, czasem wesołe, a czasem nie? Czy ruch Black Lives Matter z jednej strony i kommemoracja Holocausatu z drugiej to podobny wymiar społecznych motywacji?

Sainte-Marie, Martynika, wrzesień 2010. Przyjechałam za późno. To historia mojego życia. Od urodzenia, czego bym nie robiła, zawsze i wszędzie jestem spóźniona, jakby czas był moim nieprzyjacielem i wszystko robił, żeby mi wyrobić opinię dyletantki. Tym razem jednak, gdybym tylko wiedziała, co mnie czeka, nie podjęłabym się przedostania na drugą stronę oceanu.


– Czy to o Pani? – pytamy autorkę o powyższy fragment.

– Nie, wprost przeciwnie, zawszę przychodzę przed czasem. Ale w pewnym sensie może to dotyczyć spóźnienia, z jakim doceniłam moje własne pochodzenie. Archipelag Małych Antyli. Mama urodziła się na Grenadzie, to jedno z najmniejszych państw zachodniej półkuli w południowej części Morza Karaibskiego. Brytyjska wyspa pomiędzy Morzem Karaibskim i Oceanem Atlantyckim, na północ od Wenezueli, Trynidadu i Tobago, a tata pochodził z francuskiej Martyniki. Po przyjeździe do Francji byli bardzo biedni, mama nawet nie znała języka. Trwało dziewięć lat, zanim sytuacja się poprawiła i tata dostał pracę w międzynarodowej instytucji w Brukseli.

Powinnam uciec. Dokąd? Obojętne. Najdalej jak tylko można od tego, co wyrywa mi serce, odkąd widzę Nila za sterami. Moja niezdolność do udzielenia mu najdrobniejszej pomocy, chroniczna nieużyteczność, którą wykazałam w roli matki i która się materializuje z coraz większym cynizmem, doprowadziły mnie do wniosku, że oddalenie będzie lepsze od jałowego czekania.

Było jeszcze jasno, kiedy samolot lądował na lotnisku w Lamentin. Chmury wypluwały z siebie tygodniowe złogi suszy, deszcz walił i grzmocił z metalowym odgłosem, żaden turysta nie mógł się wydostać na zewnątrz. Zawsze lubiłam tropikalne fale. A ta na powitanie uspokoiła moje myśli. Wracam, a niebo potwierdza mój powrót. […] Taksówka dowiozłaby mnie pod sam dom, ale uparłam się dojść pieszo. Jak dwadzieścia lat temu. Wspiąć się pod górę, z lewej strony, odliczyć cztery domy, zanim znajdę dom babki, starej egoistki, której nie chciałam nigdy więcej widzieć, od kiedy powiedziała «nie». Nie, nie wezmę twojego dziecka, musiałaś zajść w ciążę? Radź sobie teraz. Ojciec ci nic nie powiedział? Nie mówił, że chciał cię tu zostawić po śmierci twojej matki? Porzucić i odjechać? Nie powiedział ci, że nie jestem dobrą mamusią? To teraz sobie wyobraź… wyobraź sobie pra-babcię? Dwadzieścia lat usiłowałam zapomnieć całą podłość, którą nosiła w sobie.


Cała historia Przemytników gniewu rozgrywa się w latach 1945–2010 na trzech kontynentach i między trzema generacjami. Ocalały z obozu Daniel Kaufman odnajduje syna i siostrzenicę, którą uratowały katolickie zakonnice. Wszyscy razem jadą do Palestyny. Zupełnie innego życia doświadcza Pierre Marie Isidore Gaudrèche, porzucony przez matkę prawnuk pięknej niewolnicy Yamissi. Splecione losy tych rodzin są okazją do zastanowienia, co w istocie dzieli, co różni jednych i drugich.

Narratorka Jo jest córką Pierre’a Gaudrèche’a, nazywanego Pipo, dlatego to w pewnym sensie główny bohater. Jego afrykańską prababkę Yamissi Żyd-handlarz uwolnił, Pipo zaś został porzucony przez perfidną Fleur, piękność à la Raquel Welch. Jako dziecko Pipo trafił na wychowanie do francuskiej rodziny chłopskiej z Ardèche, potem zostawił wieś, by wyjechać na studia do Paryża. Tam spotkał kobietę swego życia, zaangażowaną politycznie. Ich dalsze losy toczą się w Stanach Zjednoczonych.

Drogi dwóch rodów się krzyżują, a miłość wywołuje nieporozumienie, którego cenę płacą spadkobiercy. Indywidualne losy jednak jak prochy zamordowanych rozwiewa wiatr wielkiej historii: Holocaust, narodziny państwa Izrael i nadejście swobód obywatelskich dla potomków niewolników w Stanach Zjednoczonych Ameryki.

Od września 1954 do 1960. Paryż jest oczarowaniem. […] Pipo szedł z zadartym do góry nosem, łapiąc przelotne zapachy asfaltu, korytarzy metra, śpieszących się kobiet, ładne te paryżanki, takie kokietki, w spódniczkach pod kolano, kołnierzach z królika, kapeluszach, jakby ubrane galowo, o tam, całą grupka, razem wsiadają do wagonu pierwszej klasy […]. Po ośmiu latach spędzonych tam, gdzie nikt go nie przypominał, Pipo zapomniał, że świat jest bogaty i różnorodny a wszystkie kontynenty spotykają się w Paryżu i to jest pierwszy biały kamyk na otwartą drogę jego przyszłości. Kontynenty są tym dla miasta, czym Martynika jest dla Metropolii, niewyczerpaną rezerwą marzycieli, którzy budzą się ze snu jako siła robocza.


Trzeba przyznać, że oprócz doskonałego pióra, talentu pisarskiego i stylu, Victor Lazlo wykonał(a) imponującą pracę badawczą i bibliograficzną w archiwach Yad–Vashem, a także we Francji, Belgii, Niemczech i USA. Jest to podane jako spis wybranych źródeł (od powieściopisarzy raczej nikt tego nie wymaga ani nie oczekuje). Książka, a nawet cała saga, bo pani Victor Lazlo zapowiedziała już, że dalszy ciąg ukaże się wkrótce, zasługuje na uwagę polskiego czytelnika. I przekład tej powieści należałoby wydać razem ze starym materiałem filmowym Casablanki. Niech trzeszczy.

Viktor Lazlo: Trafiquants de colères.
Wydawnictwo Grasset,
Paryż 2020, s. 400.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.