10/2023

Agnieszka Kumor

Francja

Festiwal w Awinionie 5–25 lipca 2023. Z bliskiej perspektywy i z lotu ptaka
Dobrzy artyści „wąchają czas”. Lub w mniej animalistycznym wydaniu: „czują swój czas”. W Awinionie, jak w probówce, mieszają się powierzchowne trendy i prawdziwy, głęboki nurt teatru osadzony w danej nam rzeczywistości. Tym, co wysunęło się na plan pierwszy 77. Festiwalu w Awinionie, była tematyka społeczna, miejscami nawet polityczna, jak również ta widziana oczami jednostki.

Julie Deliquet przeniosła na monumentalną scenę Dziedzińca Honorowego Pałacu Papieży dokumentalny film Fredericka Wisemana Welfare z 1973 roku. Spektakl ten zainaugurował festiwal. Czterdziestotrzyletnia reżyserka jest dyrektorką Théâtre Gérard Philipe, Narodowego Centrum Dramatycznego położonego w Saint‑Denis na północnym tzw. trudnym przedmieściu Paryża. Lokalizacja teatru w pewnym sensie zobowiązuje. „Sięgam po tematy społeczne, słowa takie jak demokracja czy kolektyw prześladują mnie, intrygują, inspirują do tworzenia”, wyznaje Julie Deliquet. Tematem filmu Wisemana przeniesionego przez nią na scenę jest dzień z życia nowojorskiego ośrodka pomocy społecznej. Jeszcze zanim rozbłysną światła rampy, rozebrana zostaje ogromna noclegownia: łóżka polowe zostają poskładane, pościel zwinięta i wrzucona do brudów, poskładane w kostkę koce lądują wraz z poduszkami na wózkach. Ledwie odkryliśmy, że noclegownia to hala do gry w koszykówkę, gdy przeobraża się ona ponownie, tym razem w tytułowy ośrodek pomocy społecznej, do którego zaczyna ściągać cała nędza ludzka światowej metropolii: bezdomny, nielegalna imigrantka, samotna matka z dziećmi i kolejnym w drodze, były skazany próbujący odnaleźć się w normalnym życiu poza murami więzienia, weteran wojny w Korei i z Wietnamu, a w istocie rasista i zagorzały zwolennik Ku‑Klux‑Klanu… A każdy z przygotowaną opowiastką, prawdziwą lub zmyśloną, przywołaną z luk niepamięci, ażeby udowodnić przed pracownikiem administracji swoje prawa do socjalu.

Spektakl zadziwił grą aktorów, niektórzy mieli nawet w sobie coś z postaci Becketta; reżyserce udało się z nakreślonych scenek wykrzesać głęboką prawdę ludzką, a nawet wyższe przesłanie (brawurowa, tragikomiczna potyczka słowna między rasistą a czarnoskórym agentem ochrony). Niestety spektakl trwał za długo (dwie i pół godziny bez przerwy), kilkunastu widzów wyszło przed końcem, a u tych, którzy wytrwali, pojawiły się pierwsze oznaki zniecierpliwienia ludzkim cierpieniem. Chyba nie o to chodziło reżyserce. Nie jest też do końca powiedziane, czy dokument Wisemana podpatrujący kamerą prawdziwe życie jest przekładalny na scenę, która jest tego życia jak najwierniejszym, ale jednak przetworzeniem. Nasuwała się refleksja, że aktorzy i widzowie rozejdą się do hoteli, domów, restauracji, gdzie spożyją spóźnioną kolację, podczas gdy bohaterowie filmu Wisemana nie mają dokąd pójść. W rezultacie dialogi ocierały się o fałsz, a spektakl wypadł nieprzekonująco.

Paradoksalnie kolejna inscenizacja festiwalu „in”, również odwołująca się do dokumentu, wyszła z podobnej próby zwycięsko. Spektakl Baldwin i Buckley w Cambridge (Baldwin and Buckley at Cambridge) w reżyserii Johna Collinsa został oparty na dźwiękowym zapisie debaty publicznej, która odbyła się 18 lutego 1965 roku na uniwersytecie w Cambridge w stanie Massachusetts. Wzięli w niej udział słynny amerykański pisarz i działacz na rzecz praw obywatelskich James Baldwin oraz William F. Buckley Jr., dziennikarz, eseista, konserwatysta i zwolennik doktryny politycznej zwanej libertarianizmem, uznającej wolność jednostki za wartość nadrzędną. Pytanie postawione obu prelegentom brzmiało następująco: „Czy amerykański sen istnieje kosztem czarnych Amerykanów?”. Urodzony w Harlemie, zamieszkały na południu Francji Baldwin dowodził prawdziwości tej tezy, utrzymując, że amerykański dobrobyt wyrósł na czterech wiekach bezpłatnej pracy czarnych niewolników. „Osoby o białym kolorze skóry, które rzucają pod moim adresem obraźliwe słowo «czarnuch», powinny się zastanowić: do czego to słowo jest im potrzebne. Dlaczego je wymyślili? Nie jestem «czarnuchem», lecz człowiekiem. Ale im z jakichś powodów to słowo jest do czegoś potrzebne. Do czego? Przyszłość tego kraju zależy od tego, czy to pytanie zostanie postawione, czy też nie”, mówi pisarz. Jego przeciwnik próbuje tę tezę obalić, twierdząc, że samorealizacja życiowa zależy wyłącznie od nas samych. A jeśli określona grupa społeczna nie może jej osiągnąć, to winić za to może jedynie samą siebie. Dysponująca świetnymi aktorami kompania Elevator Repair Service sprawiła, że postawione tezy (trudne do pogodzenia) zabrzmiały nader współcześnie. Przypomnijmy rozruchy, jakie wstrząsnęły Francją po zabójstwie przez policjanta siedemnastoletniego Nahela M. Wiele się potem mówiło nad Sekwaną o chybionej polityce wobec tzw. trudnych przedmieść w zderzeniu z rzeczywistością. Albo, na gruncie amerykańskim, hasło „Czarne życia mają znaczenie” (Blake Lives Matter), które zyskało ogólnoświatowy rozgłos w 2020 roku wraz z rozprzestrzenianiem się zamieszek i protestów po śmierci George’a Floyda. I jeszcze jedna refleksja: debata Baldwin – Buckley utrzymana została na wyśrubowanym intelektualnie poziomie. Chciałoby się rzec – niemożliwym do osiągnięcia w dobie dzisiejszych debat politycznych. Nie sądzę, by wszystkie niuanse amerykańskiej rzeczywistości dotarły do francuskich widzów, ale poruszone w tym spektaklu kwestie z pewnością zainspirowały ich do refleksji, o czym świadczyły żywe reakcje w czasie trwania spektaklu i burzliwe oklaski na jego zakończenie.

Podobnej, by tak rzec, „wibracji” sceny z widownią zabrakło w inscenizacji Pauline Bayle Napisać życie (Ecrire sa vie). Spektakl wystawiony w malowniczej scenerii dziedzińca klasztoru karmelitów oparty został na powieści Virginii Woolf Fale (The Waves). Wydana w roku 1931 powieść wykorzystuje technikę swobodnego strumienia świadomości, wplata w prozę elementy poezji, przeciwstawia temu, co indywidualne, to, co przeżywane kolektywnie dało „stracone pokolenie”, próbujące żyć z traumą wyniesioną z I wojny światowej. W ogrodzie nadmorskiej willi grupa przyjaciół z dzieciństwa przygotowuje przyjęcie na cześć Jakuba. Nie widzieli go od roku, pewnie się zmienił, zgadują młodzi ludzie. Wieczór wypełni im czekanie na przyjaciela, który, jak beckettowski Godot, nigdy się nie pojawi. Powracają za to w nowej konfiguracji zwietrzałe wspomnienia, plany życiowe urzeczywistniają się, choć w mniej ambitnej konfliguracji, złudzenia nieuchronnie przemijają, młodzi starzeją się, a ich drogi rozchodzą. Spektakl podążał w miarę wiernie za oryginalną akcją, reżyserka wprowadziła swoich bohaterów w ekstatyczny taniec, żeby wyrazić ich rozpaczliwą ucieczkę od rzeczywistości, z głośnika rozległ się alarm przeciwlotniczy zwiastujący nowy konflikt światowy. Całość przemyślana i scenicznie atrakcyjna, niestety reżyserka użyła niewłaściwego klucza do odczytania powieści. W grze aktorów zabrakło lekkości, dystansu, wyczucia absurdu i podwójnego znaczenia tak charakterystycznego dla angielskiego humoru. Francuscy artyści podeszli do sprawy z nieznośną dosłownością, fałszywą naiwnością i tak ciężką powagą, że na całej linii minęli się z dramatem „woolfowskich” bohaterów. Dobry to pomysł, żeby przypomnieć genialną brytyjską autorkę, gorzej, że artystycznie chybiony.

Wspomnieliśmy o polityce. Gdzieś na pograniczu historycznej rekonstrukcji i interwencyjnego dokumentu umieścił swoją wersję Antygony Sofoklesa Milo Rau. Spektakl zatytułowany Antygona w Amazonce odwoływał się do masakry członków brazylijskiego Ruchu Bezrolnych (MST) z 1996 roku. Niestety pełen dobrych intencji spektakl szwajcarskiego reżysera, dokumentalisty i aktywisty „nie zdołał wyjść poza zachodni punkt widzenia i oddać głosu autochtonom, wiarygodnym świadkom i uczestnikom tamtych wydarzeń”, napisała Callysta Croizer („Les Echos”, 17 lipca 2023).

Podobnie chybiona i niepotrzebna okazała się adaptacja Snu nocy letniej Szekspira w reżyserii Gwenaëla Morina i szóstki aktorów, na których głosy reżyser rozpisał wszystkie role i w których wykonaniu zobaczyliśmy męczące, nudne (za to długie!), przypominające szkolny wygłup wypociny artysty, który zaszczyci festiwal przez cztery kolejne lata na zaproszenie dyrektora Tiago Rodriguesa, racząc nas adaptacjami sztuk zaczerpniętych z różnych językowo obszarów. W tym roku język angielski gościł na festiwalu w Awinionie, stąd Szekspir.

„Spektakl nie odbywa się w teatrze, ale w głowie widza; akcja sceniczna ma tylko jego wyobraźnię zapłodnić”, twierdzi brytyjski aktor i reżyser Tom Crouch. Zaprezentował on w Cloître des Célestins w ramach festiwalu „in” sztukę własnego autorstwa pod tytułem Dąb (An Oak Tree). Ukazuje ona mężczyznę, który przekracza progi teatru, w którym odbywa się pokaz hipnozy. Mężczyzna świadomie przechodzi kolejne etapy reality show, bo chce poznać odpowiedź na dręczące go pytania. Jest ojcem, który stracił w wypadku samochodowym córkę. Od tego czasu błądzi w pobliżu feralnego miejsca, wyobraża sobie, że córka żyje w stojącym tam dębie. (Nadmieńmy, że wyrosłe na dziedzińcu klasztornym, gdzie odbywał się spektakl, dwa wyniosłe platany, z każdym rokiem coraz grubsze, stanowiły niesamowite tło dla tej sztuki). Sięgając po trudny problem żałoby, Tom Crouch zastanawiał się (jak niegdyś Pedro Calderón de la Barca): co jest teatrem, a co rzeczywistością, co dzieje się na jawie, a co jest tylko snem. Każdego wieczoru artyście towarzyszył inny aktor lub aktorka. Crouch zapoznawał ich z akcją sztuki dopiero na godzinę przed rozpoczęciem spektaklu. Później na oczach widzów podpowiadał im kwestie, prowadził niczym reżyser lub terapeuta. Było to niezwykłe doświadczenie teatru, ale i poniekąd manipulacji, jakiej zostaliśmy poddani (za naszym przyzwoleniem) przez brytyjskiego artystę wraz z partnerującą mu tego wieczora aktorką, Cynthią Loemij.

Zgadzamy się na tego rodzaju eksperymenty (a nawet ich poszukujemy), w miarę jak odkrywamy nowe teksty. I niekiedy trafiamy na żyłę złota. W morzu propozycji zamieszczonych w programie off‑u, który w swej wersji drukowanej z każdym rokiem waży coraz więcej, znalazłam dwie takie inscenizacje. Trafione w dziesiątkę!

Kompania Du Jour au Lendemain (Z dnia na dzień) zaprezentowała w awiniońskim Théâtre des Halles Sceny z egzekucji (Tableau d’une exécution) Howarda Barkera w reżyserii Agnès Régolo (w świetnym tłumaczeniu na francuski Jeana‑Michela Déprats). Polscy widzowie mogą pamiętać ten dramat z inscenizacji w krakowskim Teatrze Słowackiego lub warszawskim Teatrze Ateneum z lat dziewięćdziesiątych XX wieku.

Autor wziął na warsztat postać włoskiej artystki, Galactii, której przedstawiciele Republiki Weneckiej powierzają namalowanie bitwy morskiej pod Lepanto. Doża oczekuje płótna gloryfikującego zwycięstwo chrześcijan, malarka pokaże masakrę. Oczywiście niemożliwe było w roku 1571 powierzenie tak ogromnego dzieła, w sensie rozmiarów i tematyki militarnej, kobiecie. Galactia jest postacią zmyśloną, zainspirowaną tyleż życiem słynnej malarki Artemizji Gentileschi, co Tycjana czy Caravaggia. Barker ukazuje na scenie własną wizję włoskiego renesansu, w którym konflikt bezkompromisowej artystki z władzą polityczną kończy się klęską tej pierwszej. Teatr Howarda Barkera to wedle jego własnego określenia „teatr katastrofy”, opisuje ludzi okrutnych z natury, ale i pełnych przenikliwej inteligencji. Tacy są aktorzy w tym spektaklu: prawdziwi, bez fałszywej nuty, zaskakujący, zmuszający do spojrzenia w głąb siebie. Reżyserka Agnès Régolo prowadzi ich zdecydowaną ręką, pozwalając niekiedy na przerysowanie, ale zawsze w ramach jasno zaznaczonego konfliktu, co nie znaczy, że nie ma tu półcieni czy nawet mroku. Muzyka Guillaume’a Saurela, niczym przyśpieszony oddech czy bicie serca, nadaje spektaklowi rytm. Spektakl wiele zawdzięcza funkcjonalnej scenografii i światłu Ericka Priano, który ustawia dekoracje z drewnianych praktykabli i palet. Ostatecznie, po homeopatycznej dawce więzienia i tortur, Galactia załamie się. Choć zarówno jej wrogowie, jak i przyjaciele uznali ją za geniusza wszechczasów, jej dzieło zostanie wbrew jej intencjom wykorzystane politycznie, a ona sama ulegnie zapomnieniu.

Kolejny spektakl off‑u pokazany został w równie zawodowym wykonaniu, choć był nieporównanie lżejszej natury. A właściwie, gdyby mu się bliżej przyjrzeć… Sztuka o długim tytule Rwijmy radość z dni, tak szybko płyną (Il nous faut arracher la joie aux jours qui filent) pióra i w reżyserii Agnès Larroque opowiada historię współczesnej rodziny, w której umiera ojciec. Schodzi z tego świata nagle w dniu swoich osiemdziesiątych urodzin, podczas meczu rugby Francja–Walia. Kochał ten sport tak mocno, że kazał się po spaleniu umieścić w urnie w kształcie owalnej piłki do gry w rugby. Pozostaje matka cierpiąca na alzheimera i opiekujące się nią trzy córki: religijna pielęgniarka, ateistka nauczycielka i obojętna światopoglądowo aktorka. Jest jeszcze zmarły przed trzydziestu laty brat, regularnie nawiedzający domowe ognisko. Nietrudno pojąć, że całość jest świetnie napisaną tragikomedią. Autorka nie cofnęła się przed poważnymi pytaniami (postawiła nawet trzy siostry wobec dylematu eutanazji, o którą prosi je matka), ale nawet w najtrudniejszych emocjonalnie chwilach udało jej się wywołać na widowni salwy śmiechu. Spektakl kompanii teatralnej du Détour (Objazd) błyszczał inteligencją i rzetelną, czystą grą aktorów. Wiele par oczu zaszkliło się, kiedy zapalono światła. Wzruszenie pokryte zostało rzęsistymi oklaskami.

Tylko spektakl odbywający się „na żywo” może wzbudzić w tym samym momencie tak skrajne uczucia. Hołdem złożonym teatrowi odbywającemu się tu i teraz była niezwykle ciekawa wystawa zdjęć ze spektakli awiniońskich w Maison Jean Vilar, na której zgromadzono dzieła Christophe’a Reynaud de Lage’a. Od ponad dwóch dekad fotograf ten wślizguje się ze swym obiektywem za kulisy, do garderób aktorskich, na scenę i na widownię, aby ze zbliżenia albo z lotu ptaka przyjrzeć się twarzom aktorów i publiczności, pokazać tę niezwykłą symbiozę, jaka tworzy się między nimi, kiedy spektakl trafia do umysłów i serc widzów. W tym kontekście nietrudno zrozumieć obawy aktorów filmowych wobec rozwoju sztucznej inteligencji. Technologia deep fake już dziś pozwala wskrzeszać zmarłe gwiazdy na srebrnym ekranie. Artyści hollywoodzcy nie chcieli, aby ich twórczość była wykorzystywana bez ich zgody lub bez odpowiedniego wynagrodzenia i dlatego dołączyli do protestu scenarzystów. Echa tego historycznego strajku dotarły na południe Francji. Przybyła tłumnie, jak co roku, do Awinionu publiczność pokazała, że istnieje duże zapotrzebowanie na „żywą” sztukę. Pragniemy jej jak ziemia wody w dobie globalnego ocieplenia. W Awinionie po raz pierwszy temperatury sięgnęły za dnia 38 stopni Celsjusza, a noce były ciężkie i męczące. Jeśli nie pomożemy klimatowi, to z każdym rokiem będzie coraz gorzej…

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2022 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.