12/2025

Dawid Kujawa

Go mental!


Man stopped us at corner
He had a bloody nose
And then he opened his denim jacket
It was under his vest made out of tracing paper
Chest scars portrayed Aztec life in his horrible…

The Fall Paintwork


Wszyscy kochamy historie alternatywne, więc na początek wskoczymy w bagniste jeziorko spekulacji: gdyby Grzegorz Wróblewski nie był konsekwentnie marginalizowany przez menedżerów kultury w latach 90. ubiegłego wieku, prawdopodobnie jego twórczość weszłaby do polskiego mainstreamu razem z futryną, na fali nowej kontrkultury i rock’­n’rolla, totartowców, yassu i kolorowych dziwaków z telewizji publicznej. W roli punkowego barda Wróblewski wyparłby może nawet Marcina Świetlickiego, który buntował się przeciwko inteligenckim elitom i co rusz wykpiwał ich zaśniedziałe systemy metafizyczne, ale koniec końców w swoim buncie zawsze pozostawał neurotyczny na sposób… krakowski? Oprócz wielkiej błyskotliwości, anarchistycznej energii i gitary Tomasza Radziszewskiego Świetlicki ciągnął za sobą chandlerowski ciężar egzystencjalny, a co ważniejsze – bardzo go lubił, więc stawiał kołnierz czarnego płaszcza i rozmawiał z papierosami.

Wróblewski, którego wychował Mokotów pełen git‑ludzi, hippisowskich złogów i doświadczonych kompociarzy, który od czasów szkolnych trzymał się z późniejszymi założycielami Deutera i Brygady Kryzys, był bliżej innej kontrkultury, trudniejszej do oswojenia i bardziej edgy. Nigdy nie dał się ponieść melancholii noiru, przez wiele lat uprawiał sztuki walki i w dostawaniu od życia po mordzie nie widział nic szczególnie romantycznego. O wiele bliżej było mu do tkliwego Lorki z Romansów cygańskich. Nie przejawiał żadnych regionalnych sentymentów, bo przez sporą część życia podróżował po świecie i nieustannie szukał porozumienia w nowych środowiskach artystycznych (Londyn, Nowy Jork, Tokio). Zamiast ostentacyjnej, świadomie przerysowanej megalomanii, która stała się znakiem rozpoznawczym Świetlickiego, wybierał metodyczne eksperymenty z depersonalizacją – siła jego osobowości tkwiła więc w tym, że nie był do niej przywiązany. Jak pisze Wróblewski w tekście oznaczonym numerem 11: „Nie musi się zbyt wiele dziać, żeby pracowały ośrodki dowodzenia, tzw. JA (dusza, wrażenie jej posiadania), o ile w ogóle coś takiego istnieje”.

Wszystkie te kwestie dobrze oddają ogólny zarys planu kompozycyjnego wierszy Wróblewskiego, jednocześnie mrocznych i zabawnych, „obiektywistycznych” i paranoicznych. W nie mniejszym stopniu określają jednak jego publiczną personę – charyzmatycznego, starego punka osiadłego w kopenhaskiej dzielnicy Amager, ulicznego poety, nieokrzesanego erudyty, malarza abstrakcyjnego wystawiającego w galeriach na całym świecie, antropologa, który od dziesięcioleci obsesyjnie wręcz rozprawia o spotkaniu Fernando Corteza z Montezumą II.

Magnetyzm tej postaci i jej „niefrasobliwy” sposób przeżywania świata („ssak” ma swój krótki pobyt na Ziemi, a potem „pakuje się na Andromedę”) sprawiają, że lektura jego eseistycznych/felietonistycznych/kronikarskich kawałków stanowi pierwszorzędną przygodę intelektualną i estetyczną. Tak było z Miejscami styku wydanymi przez warszawskie wydawnictwo Convivo w roku 2018, tak jest i ze Spartakusem. Pierwszy z tych tomów mieścił się w serii wydawniczej Jeden esej, drugi ma w podtytule „szkice”. Obydwa zaś mają bardzo podobną strukturę, ale w gruncie rzeczy wymykają się jakimkolwiek, nawet luźnym definicjom gatunkowym. W większości składają się z publikowanych wcześniej tekstów: lekturowych wskazówek dla młodych twórców, reprodukcji autorskich płócien, przenikliwych relacji z bezpośredniego kontaktu z arcydziełami sztuki, palety gorzkich słów rzuconych w stronę „puszystych ptaków wieczoru” i „poczciwych zbieraczy rosówek” (to nigdy się nie nudzi!), lekko niepokojących i enigmatycznych wstawek autobiograficznych, rekomendacji książkowych (wśród nich Krzysztof Jaworski, Karola Zielińska), podsumowań dotyczących duńskiej i anglosaskiej recepcji wierszy, a nawet długich wywiadów z autorem (w Spartakusie są to rozmowy przeprowadzone kolejno przez Mariusza Sambora, Karinę Obarę i Rafała Gawina).

Poszczególne ścieżki „narracyjne”, choć tak zróżnicowane formalnie, zbiegają się ostatecznie w typowej dla tego autora „teorii wszystkiego”, w której buddyjska aksjologia towarzyszy krawędziowym przygodom z życia bohemy (orgie i domowa amfetamina w wieżowcu na Górnym Mokotowie), a ontologiczny nihilizm kwantowy rozrzedza ból kolejnych rozczarowań ludźmi, miłością i cywilizacją:

Czy coś się zmienia? Przecież nic się nie zmienia. (8.)

[…] nasze duchowe modyfikacje nigdy donikąd (nikogo) nie doprowadzają. (11.)

Moje życie nadal trwa. Nie dostrzegam w nim żadnych dramatycznych amplitud. (11.)


Rudymentarne treści owej „teorii wszystkiego” wysuwają się na pierwszy plan szczególnie wyraźnie w tych passusach, w których autor komentuje powstawanie powieści dialogowej Nowa kolonia oraz poematu Cukinie, inspirowanego hinduistyczną Mahabharatą. Książki te dzieli niemal ćwierć wieku, ale, jak pisze Wróblewski w tekście 11., „obie można czytać trochę jak antyksiążkę, która jest o poszukiwaniu (celowym/bezcelowym) czystej świadomości. Jest próbą przedostania się poza naszą kwadratową i podłużną planszę, mogą tam się odnaleźć fachowcy od egzystencjalizmu, baranków bożych, Niebocentryzmu, szkół Shingonu lub Rinzai”. Głęboka fascynacja czystą, niedyskursywną świadomością bez wątpienia jest czymś, co wyróżnia Wróblewskiego na tle „borowikowego lasu” i „Piwnicy pod Baranami”. Jego jednoznaczna skłonność ku metafizyce rozumianej na sposób wschodni bardzo długo pozostawała niezrozumiana na polskim gruncie. „Dlaczego nie biblia?”, pyta poetę Karina Obara, „Wąż i Ewa to jednak za małe, zbyt trywialne zapodanie. Nie ta gęstość, parabola”, odpowiada poeta. Tymczasem w Polsce od dekad nieustannie trwa mecz ping‑ponga między napuszonymi, quasi‑romantycznymi wizjami transcendencji i zwulgaryzowanym, mechanistycznym materializmem. „Debatę niech rozstrzygnie (rozpłaszczony walcem) android. Życzę mu tego z całego serca. Android jest odporny na wirusa i filologów… Niech ufunduje nagrody i pozakłada pisma” (5.). Wróblewski woli pozostać na drodze środka: „Plansza jest jednak dość przewidywalna. Mistyczna, ale zarazem posiadająca określone warianty, pełna zrozumiałych (po czasie) osobliwości” (15.).

Stawiam dolary przeciw orzechom, że w tym wątku należałoby szukać odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak znakomity autor, doceniany w Europie i za oceanem, nad Wisłą stał się istotnym punktem odniesienia dopiero dla twórców młodszych od niego o pokolenie i więcej (nie liczę wyjątków potwierdzających regułę, jeśli chodzi o urodzonych w latach 70. i 80. XX wieku). A przecież nie jest aż tak trudno zrozumieć, co Wróblewski ma na myśli, gdy pisze, że „irracjonalność to tylko źle przełknięta wiśnia. Rozgałęzienie czegoś jak najbardziej normalnego”. Gdy wspomina o „ma­rze­ni[u] o oddechu w przestrzeni równoległej”, o „zapodaniu komunikatu z równoległego poligonu”, o zaburzeniach czasoprzestrzennych, które towarzyszą nam, gdy patrzymy na Panny dworskie Diega Velázqueza, Portret małżonków Arnolfinich Jana van Eycka lub płótna Hansa Memlinga. „Lekarz zawaliłby nas z miejsca kolorowymi pastylkami… Coś się z pewnością nie zgadza, więc tego typu «projekcje» potrafią skutecznie zgnębić podczas ziemskiego pobytu”. Estetyka, teologia, ontologia i etyka są tu zatem traktowane bardzo serio i tylko w ścisłym powiązaniu: istotne odkrycia w zakresie tych sfer egzystencji pozwalają spekulatywnie przekraczać zastane okoliczności, co może być zarówno źródłem życia, jak i przyczyną całkowitej destrukcji. Nierozważny stosunek do ekstatyczności zmiata zawodnika z planszy w ciągu kilku minut. Autorzy urodzeni na przełomie wieków XXXXI wiedzą doskonale, że najciekawsze jest to, co poza barierką – w ryzykownych pozach wychylają się i odkrywają przepiękne krajobrazy, z pełną świadomością, że asekurować muszą się sami, żaden mit nie zrobi tego za nich. Jestem przekonany, że gdyby nie Wróblewski, wcale nie byłoby to dziś tak oczywiste.

Podstawą trwania i siłą napędową twórczości pozostaje jednak u autora Ciamkowatości życia nieustająca, choć tak słabo oparta w empirii, wiara w możliwość skomunikowania się z drugą istotą, bo „[…] jeśli istnieje jakaś nadzieja w ludzkiej samotności, to jest nią sygnał wysłany przez kogoś innego, kto nas zrozumie”. Porozumienie nigdy nie będzie pełne, szum komunikacyjny jest absolutnie nieunikniony, „ty kochasz ptaki, ja tarantule…”, „[k]ażda wyspa to samotność, a wyspa z wyspą to samotność pomnożona”. W tym kontekście domyślną figurą rozmowy jest wspomniane już spotkanie Corteza z Montezumą: obcości nie można przezwyciężyć. Nawet najbliższy człowiek zawiera w sobie zalążek odległej cywilizacji. Rzecz w tym, że właśnie dzięki temu oddaleniu możliwa jest też cyrkulacja idei. Dlatego nawet kilka sekund uniwersalizmu, zupełnie przypadkowego dostrojenia częstotliwości dwóch ssaków warte jest największego wysiłku: „Ludzie, z którymi następowała intensywna wymiana sygnałów, przestają istnieć. Poligon to konkretne nadajniki/odbiorniki. Zmienna”. To właśnie przyjaźnie zawiązywane na trudnej i wyboistej drodze stają się w ujęciu autora najcenniejszym kruszcem. W Spar­takusie pojawią się więc między innymi Paweł „Kelner” Rozwadowski i Marcus Slease, Anna Matysiak i Krzysztof Jaworski, Wojciech Wilczyk i Doris Bloom. „Trzeba mieć obok siebie kogoś zawodowego, osobę, która nas poprowadzi, a nie «wyprowadzi»”.

Spartakus z pewnością będzie lekturą trudną dla tych, którzy nie odbierają na częstotliwościach Wróblewskiego, ale będzie też lekturą niezwykle pobudzającą i inspirującą dla tych, których odbiorniki nastawione są na drapieżne idiomy, religijne koncepcje uniwersalnej świadomości, „rozszerzony” materializm i sztukę brutalnego przekraczania kondycji jednostkowej. Dyskursywne wypowiedzi Wróblewskiego są jak wielki worek idei, które mogłyby wykarmić ze cztery pokolenia buntowników. Jeśli ta książka zasieje choćby kilka ziarenek, z których w przyszłości wykiełkują ciekawe postawy twórcze, to wierzę, że będzie dobrze.

Grzegorz Wróblewski: Spartakus. Literatura – sztuka – estetyka. Szkice z pobytu na ziemi
Państwowy Instytut Wydawniczy,
Warszawa 2024, s. 200.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.