To pierwsze dlatego, że Komar spróbował czegoś, czego wcześniej raczej nie robił: wziął się za skomentowanie naszego tu i teraz, wybierając formę gatunkową zwaną powieścią współczesną. Owszem, w komentowaniu rzeczywistości politycznej i kulturowo‑społecznej przez długie dekady się specjalizował, ale na ogół poza fikcją i fabułą. I tu odsłania się odpowiedź negatywna (że Józefem, czyli… nas nie zaskoczył). Otóż Komar – mówiąc najprościej – pozostał sobą. Zawsze pociągało go pisarstwo erudycyjne, mądrościowe gawędziarstwo to jego znak firmowy. Toteż nie wypada się dziwić, że jego najnowszą powieść mniej więcej w połowie wypełniają wątki dyskursywne. W planie tematycznym są to odwołania do historii idei i dziejów sztuki (te dominują, ale repertuar odniesień jest o wiele szerszy). A ponieważ owe uczone spostrzeżenia i wywody, rozmaite erudycyjne rozbłyski znalazły się w powieściowej ramie i podane zostały w formie dialogów, musimy przyjąć, że tak właśnie w świecie Józefa, czyli… się rozmawia. Czy to restaurator Boguś, czy eksprostytutka Flora pisma św. Augustyna, filozofię Platona, mity greckie bądź dramaty Szekspira mają w małym palcu. Raz mowa jest o Midasie i Sylenie, kiedy indziej o Savonaroli i Beate Uhse (tak, to ta, twórczyni imperium erotycznego) – i w ten deseń od pierwszej od ostatniej strony. Do tego dochodzą narracje wtrącone, na przykład genealogiczna opowieść niejakiego Leoparda F. Leoparda Moja rodzina a Sejm Czteroletni, rozwlekła gawęda rzekomo czytana przez tytułowego bohatera z pendrive’a (tu wyjątkowo poza dialogiem).
Michał Komar jako dostarczyciel intelektualnego dobra nie rozczarowuje. Jasne, że zaciekawia, tu i ówdzie uwodzi, i to nawet wówczas, gdy serwuje anegdoty niewiele różniące się od opowiastek (ciekawostek) zdeponowanych w internecie. Cóż, nie da się ukryć, że w epoce cyfrowej figura erudyty nieco się, mówiąc delikatnie, zmieniła. Zostawmy tę kwestię na boku – wszak z powieścią mamy tu do czynienia. Skoro tak, to pierwsze pytanie, jakie należałoby po lekturze Józefa, czyli… sformułować, brzmi: czy obrazowanie groteskowe jeszcze działa? Mam na myśli realizm groteskowy użyty jako narzędzie diagnostyczno‑krytyczne. Coś jak w Małej apokalipsie Tadeusza Konwickiego, gdzie z gruntu absurdalna i odpowiednio „podkręcona” fabuła kierowała nas właśnie ku diagnozie (powiedzmy, nastrojów społecznych) i była podporządkowana krytycznemu namysłowi nad zastaną rzeczywistością (powiedzmy, drugiej połowy lat 70. ubiegłego wieku). Przywołałem tutaj być może najbardziej udaną rodzimą realizację tej formuły, a przecież w ciągu ostatniego półwiecza mniej udanych było mnóstwo. I jeszcze jedno, w zasadzie pokrewne pytanie: o wyporność dystopii, konwencji niezwykle w naszej prozie popularnej, zwłaszcza w wariancie demaskującym opresję nacjonalistyczno‑religijną (Plankton Mariusza Sieniewicza, Miłość Ignacego Karpowicza, Czarne słońce Jakuba Żulczyka i wiele innych tytułów). Nie rozstrzygam, czy groteska nadal działa i czy dystopia ciągle jest wyporna – jedynie ujawniam wątpliwości.
Zajrzyjmy wreszcie do środka. Oto jesteśmy we współczesnej Warszawie. Nawet bardzo współczesnej, ponieważ idzie o rok 2025. Tytułowy bohater, rówieśnik naszego pisarza, ma 79 lat, jest uznanym, ale chyba jednak umiarkowanie, reżyserem teatralnym. Dlaczego „umiarkowanie”? Ano dlatego, że Komar nieustannie i na ogół subtelnie ironizuje. Józef bowiem od lat 50. ubiegłego wieku związany jest z teatrem lalkowym. Zgodnie z profilem Teatru Pinocchio realizował sztuki dla dzieci, choć podsumowaniem jego drogi twórczej – co układa się w odrębną intrygę – ma być kukiełkowa wersja Burzy Szekspira. Dowcip polega na tym, że w całej Warszawie mieszka tylko jeden człowiek, który jest w stanie należycie rozpoznać doniosłość ideowo‑artystyczną tego przedsięwzięcia – Patron Państwa, kolega z ławy szkolnej Józefa, demoniczny i najbardziej wpływowy polityk w kraju, na pewno ważniejszy od prezydenta. Zresztą pogawędki, jakie ucinają sobie bohaterowie (nie tylko Józef i Patron) na temat meandrów i smaczków arcydzieła Szekspira, układają się w jeszcze jeden, jakoś tam uprzywilejowany przez pisarza, wątek dyskursywny.
Wypada podać dwie istotne informacje. Po pierwsze, przebywamy w świecie ogarniętym nacjonalistycznym (nieledwie faszystowskim) szałem. Z silnym, co ważne, komponentem teokratycznym. Właśnie organizowane są Dni Narodowego Czytania Apokalipsy św. Jana oraz jeszcze większe wydarzenie: Międzynarodowy Kongres Cywilizacji Życia i Prawdy. Stołeczne place i ulice zostały opanowane przez konkurujące ze sobą bojówki (Legion Komandosów Zbawiciela i Chorągiew Husarzy Maryi). Pierwszoosobowy narrator, nasz Józef, na różne sposoby wprowadza wiedzę o aktualnym stanie spraw publicznych, na przykład „cytując” newsy telewizyjne: „Pokazano prezesa banku centralnego biorącego udział we mszy świętej przebłagalnej do Maryi Matki Nieustającej Pomocy o obniżenie inflacji o 15,2 procent”. Tego typu obrazków czy komunikatów jest tutaj co niemiara. Po wtóre, trzeba mieć świadomość, w jakim położeniu znaleźli się główni bohaterowie Józefa, czyli…, przynajmniej ci tworzący tzw. środowisko artystyczne. Oto opowieść Komara zaczyna się serią migawek ze stypy po samobójczej śmierci Waldemara, kompozytora, malarza i poety. Żałobnicy – jak o nich czytamy – są ludźmi „niegdyś ważnymi i sławnymi. Niegdyś. Bardzo niegdyś”. Co im zostało z dawnego blasku? Przede wszystkim poczucie wyższości oraz snobizm – dlatego tyle tu dysput o kulturze wysokiej, dlatego namiętnie rozprawia się tu o rozkładzie akcentów w kreacjach Prospera, Kalibana, Ariela (nic, że kukiełkowych!). Sam Józef – podkreślmy: nadrzędny opowiadacz, jego optyka dominuje – jest człowiekiem resentymentu. Można odnieść wrażenie, że kiedy przytacza idiotyzmy typowe dla doby TikToka (jak słowno‑muzyczne produkcje Iwonki Biedronki czy rapera Zbyszka z Bogdańca) nie tyle kpi, ile autentycznie cierpi.
To, co Michał Komar zrobił w Józefie, czyli…, znamy skądinąd. Mam na uwadze szyderczo‑groteskową reakcję na świat, który wypadł z form, ale którego się też nie rozumie. Wiele lat temu pojawiła się cała seria tego typu reakcji na transformację ustrojową i restytucję w Polsce kapitalizmu (proza Edwarda Redlińskiego, liczne utwory Marka Nowakowskiego, niektóre kawałki Piotra Wojciechowskiego, by wymienić tylko najważniejszych zrozpaczonych szyderców). Józef, czyli… wpisuje się w ten resentymentalny nurt, a to znaczy, że również jest wyrazem – nie bójmy się słów – bezradności. Ba!, w powieści Komara pojawiają się figury jak gdyby przeflancowane z tamtej „donosicielskiej” prozy – choćby Longinus Lucifuga Boruta, przewodniczący Rady Nadzorczej Koncernu Promise, śliski karierowicz Radek, parszywy prałat, co to chce uchwalenia nowego prawa podatkowego faworyzującego Kościół.
Podsumowując: najnowsza powieść Michała Komara nie mówi nam niczego, o czym byśmy nie wiedzieli. Jako diagnoza, jako lustro przechadzające się gościńcem w moim odczuciu zawodzi. Jednak ma sporo zalet: jest dowcipna, błyskotliwa, no i bardzo kulturalna (w sensie zakotwiczenia w kulturze wysokiej, co dziś jest wyjątkowe). Pokazuje też, że pisarz potrafi się świetnie bawić, zręcznie żonglując konwencjami zarówno prozy popularnej (political fiction, trochę sensacji, trochę, choć doprawdy niewiele, romansu), jak i prozy wysokoartystycznej (powieść o artyście). A skoro bawi siebie, to i my niemało na tym zyskujemy. Osobiście poczułem się więc uczestnikiem dobrej zabawy. I jestem za to pisarzowi wdzięczny.
