Coś jakby nie tak było z tym pogrzebem.
Jakby to nie był pogrzeb.
Słońce, bezwietrznie,
Łysy przyjechał ze swojej działki nad Wartą
oderwany od grabi, w dresie –
ręce w kieszeni, oczy zamknięte.
Na ławce przed domem pogrzebowym
wyglądał, jakby przysypiał albo się opalał.
Mowa pożegnalna była taka,
że ludzie porozchodzili się palić papierosy
i rozmawiać w grupach.
Potem standard –
piach, kwiaty, świece.
Matka Grubego płakała,
ale nie mam pewności dlaczego.
Góral udawał, że mnie nie poznaje –
wprawił sobie nowe zęby,
od stóp do głowy w ciuchach od Gucciego.
I dobrze, bo co mielibyśmy wspominać –
jak zaczynał od włamów do sklepów z RTV?
