04/2022

Andrzej Dziurawiec

Historia o naszym do nieba wstąpieniu

Kiedy teraz człowiek patrzy w dół, tam, gdzie wcześniej Siedliszczki były, a gdzie teraz tylko czarny ugór jest, nic więcej, więc kiedy tak człowiek patrzy, to się zastanawia, od czego to się zaczęło. Dlaczego teraz wszyscy w górze, pomiędzy chmurami siedzimy i wcale za tamtymi Siedliszczkami nie tęsknimy. I tak sobie myślę, że to wszystko się od nudy strasznej zaczęło. Bo trzeba wiedzieć, że nic się w naszej wsi nie działo. Zupełnie nic. Nawet do karczmy nie chciało się iść, bo od czasu, jak mu żona z jakimś sztukmistrzem do Lublina uciekła, Szlomo miał taką ponurą minę, że i gorzałki odechciewało się pić. Nasz dziedzic też ze skwaszoną miną chodził i co rusz na drugą stronę rzeki spoglądał. Po prawdzie to trudno mu się było dziwić, bo co tam spojrzał, to widział pałac w Brzezicach. Gdzie tam było jego dworkowi do białego, brzezickiego pałacu! Tak jak i naszemu dziedzicowi do właściciela tego pałacu, hrabiego Scipio del Campo od rzymskich Scypionów ród swój wiodącego.

W Brzezicach to i owszem, tam to się działo! Hrabia był dobrym gospodarzem, pola u niego odrobione, pszenica wysoka jak las. Stajnie, obory, spichrze, wszystko z białego kamienia murowane, błyszczały w słońcu, bo i słońca w Brzezicach było więcej niż u nas. A jakby tego było mało, to jeszcze miał hrabia kuzyna Michała. Też hrabiego. A ten kuzyn był jakimiś awiatorem czy innym diabłem i jak przyjeżdżał do Brzezic, to aparatem latającym fruwał nad giełczewskimi łąkami i nasze bydło płoszył. Aż raz Wilkołków jałówka całkiem piękna w torfowisku się utopiła. Hrabia Michał za szkody zapłacił, ale zadra pozostała. Nic więc dziwnego, że gdy w naszym lesie zabawa była i brzeziczaki jakieś się na niej pokazali, to nie było mowy, żeby o własnych siłach do siebie wrócili. A na zabawy przychodzić musieli, bo nasze dziewuchy na całą okolicę z nadzwyczajnej urody znane były. Za to chłopy, ech, nawet nie ma co mówić.

I jakby tego było mało, to u Scypionów trzech synów jak młode dęby rosło, a u naszego dziedzica córeczka tylko jedna, od ziemi jeszcze nie odrosła. Aniela jej było na imię.

Tak więc żyły Siedliszczki we wstydzie, nudzie i zgryzocie. Żyły tak aż do lata 1915 roku. Ostatni dzień lipca tego roku pamiętny był to dzień w dziejach naszej wsi. Od Lublina, chełmską szosą, przyszli Austriacy i Niemcy, car batiuszka przestał być naszym carem, a w starą Kiełbasinę piorun wziął i strzelił. Dla naszej wioski nastały wreszcie dobre czasy.

I dziwna rzecz, szlag Kiełbasiny od tego pioruna wcale nie trafił. Może dlatego, że niemal trafił ją trzy dni wcześniej, kiedy do jej obejścia zaszedł Grigorij Siergiejewicz Walijew, żandarm z miasta. Ten mniejszy. Bo na posterunku w Piaskach dwóch żandarmów było i zawsze jeden był mniejszy, a drugi znowu większy. Długo nie mówił, z czym przyszedł, tylko się swoimi skośnymi, chytrymi oczkami po chałupie rozglądał. Za bardzo się po czym nie miał rozglądać, bo u Kiełbasów raptem jedna izba była. No to jak się już narozglądał, to o męża Kiełbasinę spytał, czy w domu. Walerka w domu nie było, bo jak wszystkie chłopy w sposobnym wieku w ruskim wojsku służył. No właśnie, może służył, a może nie służył. Bo dopiero co pod Kraśnikiem wielka bitwa była, nasi w dupę mocno od Niemców wzięli, a Walerek zaginął. I nie wiadomo, czy poległ uczciwie za cara batiuszkę, czy do niewoli się dostał, czy może, nie daj Bóg!, wziął i zdezerterował. Kiełbasina klęła się na Przenajświętszą Panienkę i wszystkich świętych na dodatek, że męża od roku wcale nie widziała, ale Grigorij Siergiejewicz i tak całe obejście sprawdził, w każdy kąt zajrzał. Nie po to tłukł się cztery wiorsty z miasta, żeby nie zajrzeć. Ale ani w chałupie, ani w ogóle w obejściu Walerka nie było. Żandarm szklankę samogonu wypił, chlebem z solą zakąsił, odbeknął dyskretnie, poszedł. A Kiełbasina dopiero zaczęła się zamartwiać. Bo co by nie mówić, mąż to jednak mąż jest i pewnie szkoda jej chłopa było. Tym bardziej że stara Kiełbasina jeszcze bardzo stara nie była, dwadzieścia parę wiosen jej było i może wcale nie chciała być wdową. Bo co to za przyjemność samej pole uprawiać, całą gospodarkę mieć na głowie. Inna sprawa, że jakaś wielka to ta gospodarka nie była, trzy morgi wszystkiego, i to lichej ziemi, pod samym lasem. Ale krowę całkiem dobrą mieli i kobyłkę niczego sobie, sadu kilka prętów i nawet kawałek lasu własnego. Robić było co, a Kiełbasina cały rok bez męża żyła i nie chciała już dłużej. Akurat czas był południowego udoju, poszła więc Kiełbasina do obórki. Doiła i płakała, a mleko i łzy do cebrzyka się lały. I skarżyła się na swój los Krasuli, no bo komu się miała kobiecina poskarżyć.

Tymczasem całkiem niepotrzebnie Kiełbasina łzy z mlekiem mieszała, bo wtedy jeszcze wcale wdową nie była. Walerek żył i pił gorzałkę ze Szlomo karczmarzem. Do domu bał się wracać, bo z ruskiego wojska uciekł i wiedział, że żandarmi będą go szukać, a do karczmy, wiadomo, nikt ostatnimi czasy nie zaglądał. Niewesołe to było picie. Sami w izbie siedzieli, gorzałkę pili i nic do siebie nie mówili. Walerek napatrzył się na wojnie, oj napatrzył, że i słowami nie opowiesz, a Szlomo, wiadomo, za żoną tęsknił, chociaż ona niecnotliwie z innym do miasta wielkiego odeszła. Więc milczeli, bo jeden wiedział, co drugiego boli, to i o czym było mówić.

Dopiero ciemną nocą Walerek do domu wrócił i żonę tak wystraszył, że mało co nie osiwiała. Ale nie osiwiała wtedy, dopiero następnego dnia, kiedy pod figurą piorun wziął i ją strzelił.

Walerek wstał rano, kwas wypił i wrócił do łózka, kaca odsypiać. Kiełbasina śniadanie mu naszykowała, postała chwilę nad mężem. Ledwo go poznawała, wychudł jej Walerek, zmizerniał. Śniło mu się chyba coś niedobrego, może i ta wojna straszna, bo jęczał okropnie i rzucał się przez sen. Kiełbasina przyłożyła mu kompres zimny na rozpalone czoło i poszła gadzinę oporządzić. Później pokręciła się po chałupie, na śpiącego niespokojnie męża znowu popatrzyła, kompres mu zmieniła. Jeść wcale nic nie mogła. Nie wiedziała, co ze sobą począć, więc z tego wszystkiego poszła pomodlić się pod figurę, Panu Najwyższemu za szczęśliwy powrót męża podziękować. Wcale się nie oglądała, że już burza nad lasem krążyła, chustkę na głowę zarzuciła, żeby włosami rozpuszczonymi diabła nie kusić i poszła. A włosy Kiełbasina miała piękne jak rzadko. Złote jak lipcowa pszenica, grube, gęste, długie do pół pleców. Więc modliła się Kiełbasina pod figurą na rozstaju, a burza nad nią krążyła, krążyła i nie chciała odejść. Odmówiła różaniec, skład apostolski i trzy zdrowaśki i już miała do chałupy wracać, kiedy piorun świetlisty wziął i ją strzelił. Strzelił, ale nie zabił.

Nie wiedzieć, jak długo Kiełbasina bez świadomości na rozstaju pod figurą leżała, a kiedy się przebudziła, to wcale nie wiedziała, co się z nią stało i dlaczego tak pod figurą leży. Pod wieczór już było, gdy do siebie wróciła. Walerek przed domem siedział głodny i zły, ale jak żonę zobaczył, to wcale na nią ręki nie podniósł, oczy tylko wybałuszył i jąkać się zaczął. A później krzyczeć zaczął strasznie i do chałupy uciekł, drzwi za sobą zatrzasnął. Kiełbasina nie wiedziała, co się mężowi stało, dlaczego przed rodzoną ślubną ucieka. Dopiero później, kiedy Walerek zza zazdrostek przez okno ostrożnie wyjrzał i uwierzył, że to nie zjawa jakaś z pól bitewnych doń przyszła, tylko jego własna żona do drzwi się dobija, wpuścił ją i bez słowa lustro jej pokazał. Nie poznała siebie Kiełbasina, dopiero po chwili zrozumiała, że to jej własna głowa w lustrze się odbija i wtedy to ona krzyczeć zaczęła, głośniej nawet niż przedtem Walerek. Bo od tego pioruna Kiełbasina ze szczętem osiwiała i w jednej chwili starą Kiełbasiną się stała, a nad nami wreszcie zaświeciło słońce. Nasza wieś miała się teraz czym przed ludźmi pochwalić, a ludzie z najdalszych stron, aż spod Łysołaj i Cycowa zaczęli do Siedliszczek pielgrzymować.

Bo piorun nie tylko włosy Kiełbasinie pobielił, ale w ogóle ze szczętem ją odmienił. Już wcześniej trochę dziwna była. Mówiła mało co, nie tak jak inne baby, i do lasu często sama chodziła, zioła, a może nie tylko zioła zbierała. Inna rzecz, że gdzie miała chodzić, jak oni pod samym lasem żyli, sąsiadów żadnych nie mieli, a do wsi, do dworu, do karczmy dalej mieli niż do tej figury na rozstaju. Już dobrych kilka lat po ślubie z Walerkiem była, a dzieci żadnych nie mieli. Mimo to Walerek prawie że jej nie bił, a po tym, jak ją ten piorun strzelił, to już wcale nie. Może i dlatego, że on się własnej żony bał. Bo Kiełbasina nagle widzieć zaczęła. Piorun świetlisty jej ten dar, a może i przekleństwo podarował. Więc zaraz się po wsi rozniosło, że Kiełbasina widzi. Mietka od Ściembarów zawodzić zaczęła, że to siły nieczyste Kiełbasinę widzieć nauczyły i że z tego wielkie nieszczęście na naszą wieś spadnie. Mało kto jej wierzył, bo Mietka zawsze tylko samo zło wszędzie wietrzyła i nigdy nic dobrego ludziom nie powiedziała. Ale stało się, że tym razem wykrakała Mietka, oj wykrakała!

Zaczęło się od tego, że Walerek nadal się ukrywał i tylko na noc do chałupy wracał, aż żona mu powiedziała, że nie musi całe dnie w lesie siedzieć, bo w mieście ruskich żandarmów już nie ma. Skąd to mogła wiedzieć, jak ona wcale do miasta nie chodziła, a już na posterunek to w ogóle nie? I tak suszyła Walerkowi głowę, żeby zamiast po lasach się szlajać do roboty się wziął, że ten wreszcie nocą do karczmy poszedł zwierzyć się Szlomo ze swej zgryzoty. Bo trzeba wiedzieć, że po tym, jak sobie bez słów swoje bóle opowiedzieli, to oni najwięksi przyjaciele byli. Szlomo podjął się do miasta na przeszpiegi pojechać, tym bardziej że nazajutrz środa akurat wypadała i w Piaskach targ był, a on i tak zakupy do karczmy musiał zrobić. Pojechał więc Szlomo do miasta i pokazało się, że stara miała rację, ruskich żandarmów już tam nie było. Byli austriaccy, niemieccy znaczy się, a na ścianie posterunku nie wisiał już portret cara, tylko austriackiego cesarza. Szlomo mówił, że ten austriacki starszy i brzydszy był od naszego i tak jakoś groźnie na człowieka patrzył, całkiem nie tak jak ten nasz batiuszka. Nowi żandarmi też się Szlomo nie spodobali. Niby Niemcy, a nazwiska wcale nie niemieckie mieli: Vaculik i Zadworny, a otczestwa to już w ogóle nie mieli. No i jak tu takich szanować? Jedno tylko po staremu zostało: jeden był większy, a drugi mniejszy. I tak już się przyjęło, że na posterunku w Piaskach zmieniały się portrety, zmieniali się żandarmi, ale zawsze dwóch ich było i jeden był większy, a ten drugi mniejszy.

No to jak się pokazało, że Kiełbasina naprawdę że widzi, to Szlomo jeszcze tego samego dnia do Walerka przyszedł. Po prawdzie nie do Walerka samego, tylko do jego żony. Poczęstunek przyniósł, litrę gorzałki porządnej i karpia po żydowsku. Kiełbasina chleba, ogórków i smalcu ze skwarkami dołożyła. Niby widząca, a nie wiedziała, że Żydzi za smalcem to nie bardzo… Ale nic, usiedli, wypili, zakąsili. Szlomo wypił, karpiem zakąsił, smalcu nie tknął, tylko zapytał, czy jego Rachel żyje jeszcze i gdzie się ona bidulka poniewiera. No to Kiełbasina powiedziała mu, że niedługo już za nią tęsknił będzie, że i miesiąc nie minie, jak Rachel do domu powróci. Szlomo aż pokraśniał z radości, zerwał się, poszedł, nawet drzwi za sobą nie zamknął. Pobiegł dom na powrót żony szykować. Do karczmy życie powróciło. Szlomo już nie snuł się po izbie z miną zawziętą i ponurą, że i największego pijusa odstraszyć musiała. Przeciwnie, w różowym humorze od rana biegał, z gośćmi wesoło gadał, a bywało, że i gorzałkę na borg im dawał. Nic więc dziwnego, że znowu pełno tam było, a kobiety ze wsi swoich chłopów to już prawie nie widywały i zatęskniły za tym dawnym, ponurym jak sama noc Szlomo i za pustkami w jego karczmie.

Miesiąc mijał, Szlomo coraz mocniej się niepokoił. Wrócił do Kiełbasiny upewnić się, czy na pewno Rachel do niego wróci.

– Wróci, wróci. Jeszcze dosyć zgryzoty będziesz z nią miał. – Burknęła stara i tak jakoś dziwnie na Szlomo popatrzyła, całkiem jakby mu czegoś współczuła.

I rzeczywiście, wróciła Rachel do domu i wcale się Szlomo z powrotu żony nie cieszył. Bo ona z brzuchem do niego przyszła, zapłakana cała. A Szlomo, jak ten jej brzuch zobaczył, to razem z nią zapłakał i dla karczmy znowu złe czasy nadeszły. Strach było tam zajść, w oczy Szlomo spojrzeć.

A jak się pokazało, że Kiełbasina naprawdę że widzi, to i sam dziedzic do niej poszedł. Nocą, żeby nikt nie widział, ale nie było u nas tak, żeby to, co ukryte, odkryte się nie stało. Następnego dnia cała wieś już wiedziała, że dziedzic nocą wróżychę nawiedził, ale dlaczego nawiedził, tego nie wiedziano. Kiełbasina słowem się nie zająknęła. Dopiero później jakoś tak samo wyszło, o co dziedzicowi mogło chodzić. Bo i kryć już się nie dało, że rodzona żona porzuciła dziedzica i tak jak Rachela karczmarza w daleki świat uciekła. Może z jakimś innym sztukmistrzem. Z początku mówiono, że dziedziczka do wód pojechała, niby nerwy wojną skołatane leczyć. Ale jak już rok jej nie było, a ich córkę Anielkę różne nianie musiały chować, to i ukryć się prawdy nie dało. Jak więc Rachela do Szlomo wróciła, to dziedzic miał nadzieję, że i jego ślubna też do dworu powróci, i do Kiełbasiny poszedł, pociechy szukać. Ale nie znalazł, żona nie wróciła. Anielka się bez matki chowała. A piękne to to było od samej maleńkości, wdzięczne takie, kochane, że ludzie mówili, że nie bez przyczyny Anielka jej było, że sami aniołowie na świat ją sprowadzili. Dopiero później wyszło, że to nie byli jaśni aniołowie, tylko tacy, co czarne skrzydła mają.

[…]

[Ciąg dalszy w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.