Jest rano i słońce nie zdążyło zapuścić się głęboko między drzewa. Powietrze jest gęste. Cały świat wydaje się nieprzyjazny. Drzewa nie są głuche i nieme w poranek jak ten. Mówią coś naprawdę głośno, szurając coraz słabszymi rękami w przestrzeni. Jest jesień i ściółkę pokrywa pierzyna liści, owoców oraz pyłu z pobliskich pól. Drzewa chowają mnie w sobie. Chodziłem po tej ścieżce często, tym bardziej zastanawia mnie wyniosłość na drodze, gdy kopię coraz mocniej w ziemi. Wykrawam glebę koncentrycznymi ruchami. Pracuję nożem już dobrą chwilę. Pot schodzi z całego ciała. Wiatr począł zacinać po plecach, a z twarzy spadają krople na nóż. To, nad czym pracuję, jest na pewno metalowe i spore. Wiem, że ktoś musiał się napracować, aby zakopać to tak głęboko. Tym bardziej muszę to odkopać. Kanka to na pewno nie jest, raczej beczka lub coś podobnego. Żal mi ostrza, więc zaczynam odgarniać ziemię rękami. Z każdym ruchem widzę coraz wyraźniej owalny pojemnik. Jest w kolorze brudnej pomarańczy i ma bruzdy na całej powierzchni. Wygląda jak Słońce, uznojone potem i krwią, schodzące z pola bitwy po najdłuższym dniu swego życia. Silnie szarpię i pcham beczkę na wszystkie strony, aby rozepchać ziemię wokół. Dół jest pełen chrząszczy i gąsienic, zwabionych słodkim aromatem. Odgarniam kolejne partie ziemi, przecinając korzenie pobliskiego drzewa, zaczepiające z dwóch stron o metal. Udaję mi się przechylić alembik delikatnie w niszy, po czym wyciągam go na powierzchnię. Jest naprawdę ciężki i przelewa się w nim ciecz. W dole nie ma już nic, nie licząc mocy robactwa, które nerwowo szuka swojego skarbu oraz gęstej mazi zmieszanej z ziemią. Odkręcam korek zasobnika, po czym zbieram na skrzyżowane dłonie cały smak prosto do ust. Uderza mnie po twarzy zacier do bimbru. Głowa odchodzi rażona od szyi i pada na wznak tuż obok ciała, które traci władzę. Krew odpływa ze wszystkich członków, kołysząc bezbronną sylwetkę na ziemi. Perspektywa się chybocze, a przez nos przechodzi gorzkość. Ostatni raz świat zabełtał mi tak przed oczami, gdy spadłem z konia na gospodarce u ojca. Byłem kilkunastoletnim chłopakiem, który porwał konia w środku nocy na włóczęgę po okolicznych polach. Szło mi świetnie do czasu, aż koń spłoszył się warkotem silnika na drodze, wyrzucając mnie z siodła na glebę. Leżałem może godzinę bez władzy nad mięśniami, patrząc coraz słabiej w przestrzeń. Niebo raziło jasnością księżyca, bijąc zza chmur blaskiem pełni. Poczułem mrowienie na całym ciele, odchodzące od drugiego kręgu szyjnego. Oddech mi zwolnił, a świadomość uciekła gdzieś. Na szczęście koń pogalopował do domu, sprowadzając ojca.
[…]
[Całość można przeczytać w numerze.]
