3/2026

Radosław Domazet

Ilinx

Uderzyłem w coś butem. Wytrąciło mnie to z myślenia, a myślałem naprawdę intensywnie i dobrze mi szło, aż do tej chwili. Przystanąłem i patrzę z ukosa na chropowatość znad runa leśnego. Spod bezładnie rzuconych liści coś nienaturalnie odbija światło. Ugniatam ziemię punkt po punkcie, starając się odnaleźć przeszkodę. Grunt jest nienaturalnie mokry. Chociaż ostatnio okolicę przypieka, a deszczu nie było od tygodni, pod palcami czuję wilgoć jak pod łęgami. Zbliżam brudne opuszki do nosa, starając się wyczuć jakąkolwiek woń. Czuję słodycz. Schyliłem się, próbując palcem wskazującym i kciukiem wyjąć to coś, co wreszcie udało mi się złapać po krótkim telepaniu. Ani drgnie. Szarpię, popycham, ale bez skutku – jest zakopane naprawdę głęboko. Milczę minutę dwie, w kuckach w środku puszczy. Dawno przecież nikt tędy nie chodził – pomyślałem, starając się odtworzyć wszystkie ostatnie wyjścia do lasu. Odgarnąłem rękami całą martwą naturę. Widzę złotą linię metalu, spozierającą znad poziomu. Stukam w przedmiot. Miedź. Próbuję dostrzec choćby obrys, aby wiedzieć, jak zacząć wyciąganie tego z ziemi. Ktoś wykopał naprawdę solidny dół, po czym przykrył to po sam szczyt. Przycupnąłem, rozglądając się po okolicy. Nagle zatrzymało się na mnie czyjeś spojrzenie. Ściągnąłem energicznie broń z pleców. Nikogo się tutaj nie spodziewam i nie wiem nawet, co może czyhać w wysokiej trawie. Jestem przysłonięty szpalerem smukłych drzew, a zieleń wokół jest wyniosła niczym kostrzewa. Próbuję odłowić oczy. Trwam zawieszony w tym stanie dobrą chwilę, po czym prostuję się, by prześledzić okolicę. Oddech z głębi lasu popycha kosmki trawy. Nagrzana gleba paruje na tyle intensywnie, że do kolan można dostrzec coraz cieńszą tkaninę mgły. Przyroda wydaje się wracać do pierwotnego stanu. Chowam broń, po czym wypijam z żeliwnego kubka wodę. Z tylnej kieszeni wyjmuję długi, ząbkowany nóż, w typie łopatki. Obnażam go z pochwy i patrzę na srebrny blask. Dostrzegam swą ogorzałą twarz na tle pobliskich krzewów. Cholera, zestarzałem się. Dopiero teraz zauważyłem, jak skóra nienaturalnie układa się na prawym policzku. Od kiedy wypadły mi dwa zęby, grymas zaczął stopniowo zapadać się do środka, tworząc nieprzyjemną asymetrię. Jak się przestanę golić, to może nikt nie zauważy – wtrąciłem po cichu, kręcąc łbem przed niewyraźnym odbiciem.

Jest rano i słońce nie zdążyło zapuścić się głęboko między drzewa. Powietrze jest gęste. Cały świat wydaje się nieprzyjazny. Drzewa nie są głuche i nieme w poranek jak ten. Mówią coś naprawdę głośno, szurając coraz słabszymi rękami w przestrzeni. Jest jesień i ściółkę pokrywa pierzyna liści, owoców oraz pyłu z pobliskich pól. Drzewa chowają mnie w sobie. Chodziłem po tej ścieżce często, tym bardziej zastanawia mnie wyniosłość na drodze, gdy kopię coraz mocniej w ziemi. Wykrawam glebę koncentrycznymi ruchami. Pracuję nożem już dobrą chwilę. Pot schodzi z całego ciała. Wiatr począł zacinać po plecach, a z twarzy spadają krople na nóż. To, nad czym pracuję, jest na pewno metalowe i spore. Wiem, że ktoś musiał się napracować, aby zakopać to tak głęboko. Tym bardziej muszę to odkopać. Kanka to na pewno nie jest, raczej beczka lub coś podobnego. Żal mi ostrza, więc zaczynam odgarniać ziemię rękami. Z każdym ruchem widzę coraz wyraźniej owalny pojemnik. Jest w kolorze brudnej pomarańczy i ma bruzdy na całej powierzchni. Wygląda jak Słońce, uznojone potem i krwią, schodzące z pola bitwy po najdłuższym dniu swego życia. Silnie szarpię i pcham beczkę na wszystkie strony, aby rozepchać ziemię wokół. Dół jest pełen chrząszczy i gąsienic, zwabionych słodkim aromatem. Odgarniam kolejne partie ziemi, przecinając korzenie pobliskiego drzewa, zaczepiające z dwóch stron o metal. Udaję mi się przechylić alembik delikatnie w niszy, po czym wyciągam go na powierzchnię. Jest naprawdę ciężki i przelewa się w nim ciecz. W dole nie ma już nic, nie licząc mocy robactwa, które nerwowo szuka swojego skarbu oraz gęstej mazi zmieszanej z ziemią. Odkręcam korek zasobnika, po czym zbieram na skrzyżowane dłonie cały smak prosto do ust. Uderza mnie po twarzy zacier do bimbru. Głowa odchodzi rażona od szyi i pada na wznak tuż obok ciała, które traci władzę. Krew odpływa ze wszystkich członków, kołysząc bezbronną sylwetkę na ziemi. Perspektywa się chybocze, a przez nos przechodzi gorzkość. Ostatni raz świat zabełtał mi tak przed oczami, gdy spadłem z konia na gospodarce u ojca. Byłem kilkunastoletnim chłopakiem, który porwał konia w środku nocy na włóczęgę po okolicznych polach. Szło mi świetnie do czasu, aż koń spłoszył się warkotem silnika na drodze, wyrzucając mnie z siodła na glebę. Leżałem może godzinę bez władzy nad mięśniami, patrząc coraz słabiej w przestrzeń. Niebo raziło jasnością księżyca, bijąc zza chmur blaskiem pełni. Poczułem mrowienie na całym ciele, odchodzące od drugiego kręgu szyjnego. Oddech mi zwolnił, a świadomość uciekła gdzieś. Na szczęście koń pogalopował do domu, sprowadzając ojca.

[…]


[Całość można przeczytać w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.