5/2026

Paweł Sołtys

Iść

Idę Wichą. Staram się sobie przypomnieć, jak stawiał kroki. Jak przekrzywiał głowę, gdy patrzył uważniej. Idę naśladowczo Powiślem, tak jak on chodził Kamionkiem. Wypatruję naszych wspólnych przyjaciół: kłosów miejskich traw między płytami chodnika, zgrubień asfaltu, tam gdzie nabrzmiał korzeniami drzew, przetarć w miejscach, gdzie w któryś z upalnych dni, gdy żył jeszcze Marcin, stał się miękki i czepiał się podeszew i potem nosiliśmy bezwiednie, przez kilka dni, fragment drogi, którą przeszliśmy.

Idę Smolną, grube, przysadziste odbojniki w bramach jak kopuły podziemnych zapomnianych cerkwi. Luksfery w budynku po drugiej stronie ulicy, tym szarym i jakby wykutym z biurokracji. Kwadrat obok kwadratu nad kwadratem. Malewicz dla pana Malusińskiego. Niby coś przez nie widać, ale patrzy się w mgłę. Przywodzą na myśl wspominanie. Niespełnione obietnice bycia znowu gdzieś, gdzie dawniej się było, z kimś, z kim się dawniej szło. Park Karola Beyera przechodzi stu trzydziestoma siedmioma stopniami w skwer Anki Kowalskiej. Policzyłem je jeszcze raz. Od fotografa do poetki. Od obrazu do słów, jakby Wichową ścieżką. Tuż za tabliczką z nazwiskiem Kowalskiej ławki wokół dziesięciu drzew. Ale te narastają na siebie, niektóre jakby tańczyły wokół tych prostszych, trudno się rozeznać, czy to dziesięć czy pięć drzew, a może nawet jedno, połączone pod piaskiem wspólną plątaniną korzeni. Kawałek dalej, przez ogrodzenie, ze skarpy widać zieloną zaśniedziałą sygnaturkę zwieńczoną kogutkiem. Gdzieś pod nią w zgromadzeniu modlą się szarytki. Od czasów Marii Gonzagi. Przychodzą do nowicjatu, przyjmują święcenia, potem umierają, a modlitwa toczy się przez trzysta lat z okładem, od lat kilkudziesięciu flankowana muzyką z nieodległej Akademii Muzycznej. Teraz ktoś gra Chopina, ćwiczy mazurki. U wyjścia na Okólnik na ławce siedzi szczupła mała kobieta. Po siedemdziesiątce, w lewej dłoni ma papierosa, w prawej smycz. Na końcu smyczy tańczy na mój widok pies wielkości wilczura, kobieta kiwa mi głową i po chwili już wiem, jak puszyste jest jego futro, jak ciepły jest jego język. Kątem oka dostrzegam już budynek Biblioteki Ordynacji Krasińskich. Tam spalono setki tysięcy map, starodruków, rycin i innych cymeliów. Niemiecką ręką w czterdziestym czwartym. Zaczynam rozumieć, że kobieta i pies są strażnikami tego grobowca ksiąg. Mówi mi się w głowie zdanie: każda litera płonie inaczej, ostatni raz znaczy: ogniem i popiołem. Na Okólniku staję przed tą mogiłą książek i wpatruję się chwilę w herb Krasińskich, w Ślepowron. Ci, którzy nie umieją się modlić, mogą mówić w głowie wiersze i wpatrywać się. Ślepowron to i korona, i srebrna podkowa, ale przede wszystkim dwa kruki z pierścieniem w dziobie. Idę do Ordynackiej, końcówka słonecznego światła łowi mnie, by powstał cień.

Nie da się być kimś innym. Ale w marszu, przy odpowiednim wiosennym słońcu, nawet znikającym, w przygarbieniu, można mieć czyjś cień przez chwilę, choćby i ten ktoś nie żył. Idę z cieniem Wichy, mijamy kamienicę, która by mu się spodobała. Przysyłał mi czasem zdjęcia z różnych miast, kiedy wiedział, że budynek złapany w migawce podobałby mi się. Był dobry. Więcej było podziwu między nami niż przyjaźni. Zbyt późno się poznaliśmy, nie starczyło czasu. Kiedy myślę o podziwie, myślę oczywiście o moim dla niego. Choć powiedział mi sporo dobrych słów, na pewno więcej, niż na to zasługiwałem. A ja czuję ten podziw i dziś: to, jak nizał drobiny, to, jak umiał jednym krokiem, jednym zdaniem, przejść od widzianego do opisanego, to, jak awangarda, rozpacz i śmierć układały się u niego w skromne świetliste litanie. To, jak umiał śmiać się ze świata, nie gubiąc zachwytu, zostanie we mnie do końca. Czuję podziw i czuję, że mam dług. Że jestem mu winien. Dlatego staram się iść tak, jak szedłby on. Skręcam w bramę. Zawsze powinno się skręcić w bramę, zobaczyć podwórze, przejść obok oficyn. Tam jest inna prawda niż przed fasadą. Myślę, że był człowiekiem oficyn, tak jak ja jestem człowiekiem śmietników ukrytych w cieniu oficyn. No właśnie, czuję dług, jestem mu dłużny. Dług w Ikonologii Cesarego Ripy to „Młodzieniec zamyślony i smętny, w odzieniu poszarpanym, w berecie zielonym na głowie. Na obu stopach i szyi nosi żelazne kajdany w kształcie grubej, okrągłej obręczy, w ustach trzyma koszyk, w dłoni bicz o rzemieniach zakończonych ołowianymi kulkami. U jego stóp kica zając”. Nie jestem już młodzieńcem, za to jestem zamyślony i smętny. Odzienie mam poszarpane, w moim płaszczu brak dwóch guzików, kieszeń wewnętrzna dawno się podarła i teraz monety, chusteczki i wizytówki na zawsze znikają w podszewce. Zamiast zielonego beretu mam czapkę z daszkiem, z wyobrażeniem Kazika Deyny. Kajdany widzialne dawno porzuciłem. W ustach mam gorzki smak tytoniu, w dłoni papierosa. U moich stóp przebiega warszawski szczur, biegnie od śmietnika restauracji do jakiegoś ukrycia.

We Wrzeniu Świata na Gałczyńskiego ostatnia książka Marcina. Proste rzeczy. Naprzeciw niej po drugiej stronie przejścia do baru mój Monolok. Książki nie mogą na siebie patrzeć, nie w tym świecie. Ale ktoś idący zamówić kawę może je omieść jednym roztargnionym spojrzeniem. Mignie mu żółć i czerń. W Egipcie żółty jest kolorem żałoby.

Dochodząc do Foksal, poczułem krople deszczu na twarzy. Ale nie padało. Nie da się bezkarnie iść Wichą przez Powiśle i tyły Nowego Światu. Tam minąłem dwóch nosicieli języka Miltona, którzy bardzo próbowali dostać się do teatru‑rewii Sabat. Ochroniarz rozmiarów drzwi grzecznie im tłumaczył, że tak pijani mogą co najwyżej pójść dalej do miejsca, gdzie kobiety tańczą na rurze, a drink kosztuje dwa tysiące złotych. Rozczarowani skupili się na mnie, gestykulowali i używali słów jak dżokeje splunięć. Nie wiedzieli, że idę niezdarnie, ale idę podwójnie, idę za kogoś. Gdy jeden z nich zwymiotował, powlokłem się dalej.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.