Nie zna życia, kto nie pływał na masowcu, lecz znajomość życia nie jest konieczna, jeśli ma się wiedzę o budowie tego typu statków. O ich, nazwijmy to, wewnętrznej konstrukcji. O tym, że mają drugie dno. Tak na wszelki wypadek. Żeby szczury miały gdzie uciec, kiedy statek tonie. Albo żeby masy w ładowni nie zamokły, jeśli rekin wygryzie dziurkę w powłoce dennej. Zapewne jest wiele innych powodów, dla których dno musi być podwójne, lecz ani Laubzega, ani Stary Pierdziel nie miał o nich pojęcia, choć pod innymi względami życie nie miało dla nich tajemnic. Z zadowoleniem odnotowali wprawienie w ruch silników okrętowych, atoli towarzyszące temu wibracje niemile ich zaskoczyły. Również ciągłe opady różnego rodzaju substancji sypkich przeszkadzały im w rozmowie, choć przewidując możliwość opadów, zabrali z plaży potężne parasole, które rozpięli nad swoim koczowiskiem na górnym dnie statku.
Stary Pierdziel obawiał się, że Laubzega zanudzi go opowieściami o służbie w Legii Cudzoziemskiej, w której służył przez trzy dni, zanim go wyrzucono, choć potem upierał się, że były to trzy lata, i wymyślał najdziwaczniejsze historie o życiu na pustyni, pośród wielbłądów, Beduinów i etnografek z Oksfordu, które chciały zmierzyć tym nomadom pewne części ciała. Laubzega obawiał się, że Stary Pierdziel nie oszczędzi mu ani jednej ze swojego repertuaru sprośnych anegdot o życiu w zakładzie karnym we Wronkach, gdzie zamknięto go niesłusznie za rzekome niepłacenie alimentów. Milczenie, teoretycznie złote, nie wchodziło w grę przy rejsie z Gdyni do Manili, w końcu Hulagula to nie Bornholm, i ciągle coś się dzieje, na górze albo na dole, choć przez dłuższy czas nasi podróżnicy żyli w przekonaniu, że to oni są na dole, na samiutkim dnie nawy. Aż coś zastukało, czy ktoś zastukał, w stalową powierzchnię, na której zasiedli i z czasem zasnęli.
Laubzega śnił o kobiecie, której Stary Pierdziel rzekomo nie płacił alimentów, o refleksach wiosennego światła na jej złotych zębach, jej budzącym zaufanie, solidnym korpusie i perlistym śmiechu, rozlegającym się w środku nocy, gdy dużym palcem u nogi łaskotał jej podeszwę. Stary Pierdziel śnił o przypiekaniu pięt poganom pojmanym przez ekspedycję karną do zakazanego miasta na pustyni, o swądzie spalenizny i wrzaskach torturowanych innowierców.
– Łiii hii hii hi ha! – krzyknęła kobieta, której Stary Pierdziel rzekomo nie płacił alimentów.
– Jalla, jalla, zara ci chuja przypiekę, zasrańcu! – krzyknął Stary Pierdziel, tak jak jego niedofinansowana kobieta – przez sen.
Nazajutrz, co może zabrzmieć dziwnie w spowitej w mroku ładowni, Laubzega wyruszył na drugi jej koniec, żeby załatwić poranne potrzeby w miejscu odległym od ich kryjówki za hałdą orkiszu. Świeczkę przykleił do stopionego wosku na cynowym talerzyku z uchwytami, przez które przewinął wstążkę i zawiązał ją pod szyją. Dzięki temu przymocowany do jego głowy talerzyk trzymał poziom, a świeczka pion. W jej nikłym świetle Laubzega dostrzegł kant czegoś, co wyglądało jak metalowa skrzynia i co właśnie obsikał. Pomyślał, że miejscem właściwym dla metalowych skrzyń jest drobnicowiec, więc obecność takowej na masowcu może wzbudzać niepokój. Taksonomiczny z pewnością, lecz niewykluczone, że również egzystencjalny, po krótkim namyśle. Poczłapał z powrotem za hałdę orkiszu obudzić Starego Pierdziela i podzielić się z nim niepokojem.
– Bez łomu nie dam rady – powiedział Stary Pierdziel, kiedy już zbadał zewnętrzną część skrzyni, skrzyni bardzo ciężkiej, najpewniej militarnej proweniencji, wydzielającej niemal niewyczuwalny odór uryny.
– Pokaż mi okręt bez łomu, a dam ci buzi na dobranoc – odparł Laubzega.
Stary Pierdziel odparował: – Obiecanki, cacanki. – Jednak tylko dla fasonu, ponieważ groźbę Laubzegi potraktował poważnie i po krótkich, gorączkowych poszukiwaniach wzdłuż ścian ładowni wrócił z łomem i młotem i zabrał się do dzieła.
– O ja cię – stęknął po wyłamaniu zamka i uniesieniu wieka skrzyni. – Toż to czterdziestki!
– Jakie czterdziestki?
– No, normalne, perełki, wańki, nie kumasz?
– Wybacz, w chwili obecnej nie kumam.
– ET‑40! Nic ci to nie mówi?
– Zabij mnie, nie mówi mi to nic. I co to w ogóle są za słoiki? Puszki?
– Granaty, ty nimfomanko! Filipinki!
– Nie jestem nimfomanką ani Filipinką, za wcześnie wstałeś, idź spać i zamknij tę skrzynię, żeby się nie powysypywały, bo jeszcze nas zaleją jakimś przeterminowanym kompotem.
Stukanie w pokład stało się natarczywe, choć nie przybierało na sile, czyli głośności, tylko było coraz częstsze i rozleglejsze, sięgając od skrzyni aż po hałdę orkiszu, za którą Stary Pierdziel zdążył już zasnąć, zostawiając Laubzegę samemu sobie i lękom, nie tyle egzystencjalnym, ile sanitarno‑estetycznym. Śnił o dziewczętach z wianuszkami tropikalnych kwiatów wokół szyi, strzaskanych na heban i błyskających perłowej barwy uzębieniem. Laubzegę również zmorzył sen, kamienno‑krwisty, o sierżancie z Legii Cudzoziemskiej, nabijanym na pal całkiem jak ten, na który nabijano Azję na filmie o panu Wołodyjowskim.
Zbudziła naszych podróżników nagła eksplozja światła, dziennego i elektrycznego. Przez właz do ładowni schodzili po drabince brytyjscy celnicy i policjanci, zbrojni w latarki i reflektorki, pałki i kajdanki, paralizatorki i lassa, Browningi, Beretty, Remingtony, gazy wszelakie w spryskiwaczach, strzykawki naładowane tym, co najlepsze, dyktafony i nitrylowe rękawiczki. Nie zbliżyli się do hałdy orkiszu, za którą przecierali oczy Laubzega i Stary Pierdziel, tylko od razu otworzyli właz do dolnego pokładu i znikli w jego czeluści. Przy włazie zatrzymał się prowadzący Brytyjczyków kapitan statku Euzebiusz Tarło. Spoglądał w dół, skąd dochodziły krzyki i piski kobiet przemycanych z odmętów Azji do nocników Europy. Stary Pierdziel powiedział, odrobinę za głośno: – Po kiego grzyba im te dyktafony? – I właśnie to ich zgubiło, jego i Laubzegę. Kapitan Tarło ruszył dziarsko w stronę koczowiska gapowiczów, wytargał ich za uszy i oddał w ręce brytyjskich buldogów.
Z portu w Hull odstawiono ich do aresztu deportacyjnego, po przesłuchaniu odwieziono na lotnisko, a w Warszawie ponownie aresztowano. Zwolniono ich z aresztu śledczego, ponieważ ich opowieść doprowadziła do poważnych uszkodzeń psychosomatycznych u wielu osadzonych tam osób, niebędących w stanie powstrzymać śmiechu długo po tym, jak początkowe paroksyzmy kazały im tarzać się po posadzce: nawroty histerycznej wesołości uniemożliwiały im normalne funkcjonowanie w warunkach penitencjarnych. Filipinki, dodajmy dla porządku, dotarły do miejsca przeznaczenia i posłużyły niejednej szczytnej sprawie.
