04/2022

Przemysław Dakowicz

Jakby miłość.
O dialogach Miłosza i Różewicza

W drugiej połowie lat siedemdziesiątych minionego stulecia na Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury miało szansę kilku polskich pisarzy. Na giełdzie literackiej wysoko notowane były, między innymi, książki Jarosława Iwaszkiewicza, Witolda Gombrowicza, Jerzego Andrzejewskiego i Zbigniewa Herberta. Liczącym się kandydatem, zgłaszanym przez środowiska zagraniczne, był pięćdziesięciokilkuletni Tadeusz Różewicz1. Od kilku lat trwała również, niewidoczna dla „szarego” odbiorcy kultury, kampania na rzecz Nobla dla emigracyjnego poety Czesława Miłosza. Nazwisko Miłosza, byłego dyplomaty komunistycznego państwa polskiego, stało się na Zachodzie głośne na początku lat pięćdziesiątych XX wieku za sprawą książki Zniewolony umysł, w której podjął on próbę analizy mechanizmów uwikłania (się) intelektualistów i artystów w komunizm. Teraz miał się objawić publiczności międzynarodowej jako jeden z najważniejszych poetów epoki. Już w 1978 roku Konstanty Jeleński donosił Miłoszowi z Francji: „«Twój Nobel» zaczyna się precyzować”2 (o korespondencji Miłosza i Jeleńskiego pisałem na tych łamach przed dekadą3). Sukces przyszedł, jak wiadomo, w październiku 1980 roku – to właśnie wtedy, niespełna sześć tygodni po podpisaniu w Gdańsku tzw. Porozumień Sierpniowych, ogłoszono, że laureatem Nagrody Nobla został Miłosz. W grudniu 1980 roku Józef Trypućko, profesor uniwersytetu w Uppsali, niegdysiejszy wileński przyjaciel noblisty, zwierzał się listownie drugiemu z polskich kandydatów do nagrody, Tadeuszowi Różewiczowi:


Mój stosunek do wyróżnienia Miłosza […] jest całkiem obiektywny. Że jest na miarę tych, co zasłużyli na wyróżnienie, nie ulega wątpliwości. Ale czy był najwybitniejszy, tego nikt nie potrafi rozstrzygnąć. Było w tym roku ok. 150 kandydatów do palmy pierwszeństwa. Wszyscy się cieszymy, że tym razem wybór padł na Polaka. Sprawa osoby jest raczej sprawą drugorzędną. Byłbym równie rad, gdyby pierwszeństwo przypadło Panu, jako że od szeregu lat wysuwałem Pańską kandydaturę. Czy kto inny w Polsce właśnie teraz mógłby się równać z Miłoszem i Panem – nie wiem. Herberta utwory znam, ale nie są w moim guście. Za wiele aluzji, która zasłania wielkość powołania poety. Kiedyś Wyka w liście do mnie obok Pana wymieniał Mrożka („gdyby Akademia Szwedzka nagradzała nie tylko za to, co zrobili, lecz również za to, co obiecują na przyszłość”). Na kandydaturę Andrzejewskiego jest już za późno, innych naprawdę wielkich na miarę światową nie dostrzegam4.


Wspominam o mechanizmach okołonoblowskiego lobbingu nie dla sensacji, lecz byśmy raz jeszcze mogli uświadomić sobie – potwierdzaną oficjalnymi i nieoficjalnymi werdyktami zagranicznej krytyki literackiej – rangę pisarzy, o których traktować ma niniejszy tekst. Przed laty, pisząc o starszym z nich, Jan Błoński posłużył się formułą „Miłosz jak świat”. „Miłosza jak ogarnąć?… – pytał – siedemdziesiąt lat twórczości, książek niewiele mniej, jeśli uwzględnić przekłady, bardzo ciekawą korespondencję, w której wyraża się autentyczne, niczym nie cenzurowane odczucie czy przeżycie bieżących lat… Krótko mówiąc, słowna energia i bujność, której nie ma chyba równych w polskiej poezji”5. Gdyby autor Romansu z literaturą żył do dziś, być może zestawiłby Miłosza nie tylko ze Słowackim, jak to uczynił w cytowanym tekście, lecz także z Tadeuszem Różewiczem. Dlaczego? Bo między rokiem 1998 a rokiem 2014 Różewicz napisał i wydał kilka spośród swoich najistotniejszych tomów (m.in. zbiory Matka odchodzi, nożyk profesora, Wyjście), w ostatnich zaś latach jego życia i po jego odejściu ukazało się wystarczająco wiele książek z tekstami dotychczas niepublikowanymi, byśmy raz jeszcze mogli uświadomić sobie, że i jego twórczość cechuje niepowszednia wielość gatunków i form oraz „słowna energia i bujność”. Różewicz objawił się w dwóch dekadach otwierających nowy wiek przede wszystkim jako wytrawny i konsekwentny epistolograf – wśród wydanych tomów na wyróżnienie zasługuje korespondencja z Karlem Dedeciusem, z Zofią i Jerzym Nowosielskimi oraz, pod wieloma względami z niczym innym nieporównywalna, wymiana listów z Ryszardem Przybylskim.

Nie byłoby chyba błędem odniesienie następującej opinii Błońskiego: „Jak świat, Miłosz nie pozwalał zamknąć się w najcelniejszych nawet formułach” także do Różewicza. W owych dwóch odrębnych literackich światach ukazuje się głębia dwudziestowiecznej kultury, skonfrontowanej z historią i ideologią, prowadzącej dialog z etyką, religią i polityką. W naturalny, a zarazem w zaskakujący i niepojęty sposób ta między-biografijna i między-tekstowa rozmowa poetów staje się (kto wie, czy nie ostatnim w naszej kulturze) pogłosem Rzeczypospolitej wielu narodów i kultur, unicestwionej ostatecznie wspólnym wysiłkiem Hitlera i Stalina w latach II wojny światowej.

Trudno nie pomyśleć, że biografie autora Ocalenia i autora Niepokoju to swoiste „żywoty równoległe” czy może raczej „żywoty komplementarne” (jako kontekst i wzorzec dla takiego postrzegania związku między oboma twórcami i ich dziełami wskazałbym książki Aleksandra Kopińskiego o Miłoszu i Trzebińskim oraz Emila Pasierskiego, redaktora omawianego tu Braterstwa poezji, o Miłoszu i Putramencie). Dzieli ich dekada, przynależą do odrębnych pokoleń. W chwili wybuchu wojny Miłosz jest już człowiekiem i twórcą w zasadzie ukształtowanym – potrafi zdefiniować własne miejsce na skomplikowanej mapie frakcji artystyczno-ideowych, określić indywidualną pozycję wśród twórców kultury (rozumianej jako przestrzeń wolności) przemocą wrzuconych w historię (która jest sferą przymusu i konieczności), dysponuje wyrazistym światopoglądem, wreszcie – „ustawionym” głosem poetyckim. Między Miłoszem (ur. 1911) i jego rówieśnikami a młodzieńcami urodzonymi około roku 1920, którzy właśnie wchodzą w przestrzeń literatury, zachodzi zasadnicza różnica. Młodsi angażują się, rzucają w wir konspiracji, walczą, stawiają na szali własne życie i, nazbyt często, składają je w ofierze (odnosząc się do zaangażowania Krzysztofa Kamila Baczyńskiego w podziemną działalność dywersyjną, Stanisław Pigoń powie: „Cóż, należymy do narodu, którego losem jest strzelać do wroga z brylantów”) – starsi zajmują postawę wyczekującą, stają się obserwatorami i surowymi recenzentami okupacyjnej „gorączki” (zadziorny Trzebiński ujmie ów dystans w sarkastyczną formułę wywiedzioną z refleksji Norwida i Brzozowskiego: „Udajmy, że istniejemy gdzie indziej”). Tę pokoleniową odrębność doskonale uświadamiał sobie i Tadeusz Różewicz (ur. 1921). W 1964 roku pisał w liście do Artura Międzyrzeckiego (ur. 1922):

…nasze wszystkie książki, to wszystko, co piszą ludzie – naszego pokolenia – to jedna wielka książka […] Borowski, Baczyński, Wirpsza, Czeszko, Słucki, Konwicki, Braun, Bratny, Gruszczyński, Zalewski, Stolarek, Piórkowski […] dziwna podróż, której nie mogą, nigdy nie będą mogli zrozumieć ludzie z pokolenia Przybosia i Słonimskiego… […] to tylko nasza wędrówka, o której nic nie wiedzą krytycy… a która trwa…6


Ponieważ twórczością Miłosza i Różewicza intensywnie zajmowałem się przed laty, ponieważ – mimo upływu czasu – obaj pozostają dla mnie twórcami najwyższej rangi, wiele sobie obiecywałem po Bratestwie poezji, o którym po raz pierwszy usłyszałem bodaj od Agnieszki Kosińskiej, autorki cennego tomu Miłosz w Krakowie i kilku innych doniosłych prac z osobą noblisty związanych. Wypatrywałem książki, zadając sobie pytanie przede wszystkim o zawartość tej partii korespondencji, która wykracza poza drugą połowę lat czterdziestych XX wieku (wcześniejsze listy upublicznił Miłosz w zbiorze Zaraz po wojnie). Znając korespondencję Różewicza z Przybylskim, Nowosielskimi czy Voglerami – dopuszczałem myśl, że jego epistolarny dialog z autorem Światła dziennego objawi się jako jedno z najdonioślejszych świadectw naszej dwudziestowiecznej kultury. Zresztą, gdyby nawet okazał się tak nieobszerny, jak wymiana listów Miłosza z Thomasem Mertonem, lecz posiadał podobną intelektualną czy egzystencjalno‑duchową intensywność, musielibyśmy go uznać za rewelację.

Pamiętałem, jak poeci wyrażali się o sobie nawzajem w zapiskach intymnych – od przytoczenia odpowiednich fragmentów rozpoczynała się w 2011 roku moja rozmowa o Miłoszu i Różewiczu z Janem Stolarczykiem, wydawcą obu poetów:

Spotkałem wtedy w Paryżu [w roku 1957] poetę Czesława M., spotkaliśmy się trzy razy. On przejrzał na wylot moją martwotę, powiedział w pewnej chwili „patrzę na pana i martwię się o polską poezję… przecież Pana nic nie obchodzi… Pan nie widzi Paryża…” mówił to z troską, ze współczuciem… mówił do mnie jak Starszy Brat. M. nigdy się nie dowie, że był dla mnie Starszym Bratem… to była miłość braterska, jedyna w swoim rodzaju miłość, na którą składają się podziw zazdrość oczekiwanie rywalizacja duma…7


[W] Polsce mieszka poeta nieznany poza swoim krajem, Tadeusz Różewicz. Ró-że-wicz. Dla mnie wcale nie abstrakcja, jego nos, jego oczy, jego ramię, przeciąga się teraz, płucze zęby czy je śniadanie. I od wielu, wielu lat pomiędzy mną i nim więź szczególna, taka że w różnych okolicznościach zapytuję siebie: a co w tej chwili robi Różewicz, nawet dzieląca nas przestrzeń mało przeszkadza, jakby miłość, choć rozmawiałem z nim nie więcej niż dwa razy.8


Znając te fragmenty niemal na pamięć, od razu pojąłem sens tytułu, który wybrał Emil Pasierski: Braterstwo poezji. Więcej – skłonny byłem go uznać za niewystraczający, bo (tak myślałem) nie wychodzi on (dlaczego?) poza pisarski wymiar spotkania dwóch wielkoludów naszej literatury.

Po lekturze całości – zrozumiałem. Albowiem (nie potrafię pozbyć się tego wrażenia) owa znakomicie zestawiona, wzorcowa pod względem edytorskim, zaopatrzona w wieloaspektowe objaśnienia i komentarze księga, poprzedzona w dodatku obszernym wstępem (prawda: tu i ówdzie – zapewne ze względu na niedostatek historycznoliterackiego „konkretu” – przeobrażającym się w jakąś quasi-antologię cytatów i komentarzy do nich), ten okazały tom – gdy spoczywa w księgarskiej witrynie – zapowiada więcej, niż ofiarowuje. Jakby stać się mógł zaledwie kolejną ilustracją słynnej Różewiczowskiej formuły: „zawsze fragment”.

Chciałbym być dobrze zrozumiany: nie jest to zarzut pod adresem pomysłodawcy, redaktora, nakładcy czy autora przedmowy. Oni wykonali swoją pracę jak należy, ba – z naddatkiem.

Winni są… Czesław Miłosz i Tadeusz Różewicz.

Gdyby nie ich epistolograficzna powściągliwość, pewien niepojęty (a może przeciwnie: zrozumiały i nieunikniony) wstyd uczuć – listów nie trzeba by obudowywać Dialogami poetów, Wierszami i zbiorem wypowiedzi Poeci o sobie nawzajem. Broniłyby się same. Niekonieczne (więcej: zbędne) byłoby również „dociążanie” tomu liczącą sześćdziesiąt stron bio-bibliograficzną przedmową.

Jest to paradoks relacji Miłosza i Różewicza: bliskość nieobjawiona, sytuująca się (przynajmniej do pewnego stopnia) poza sferą werbalizacji. Ślady, szczątki, rudymenty jakiejś wyobrażonej, fantazmatycznej całości – którą my, czytelnicy Braterstwa poezji, chcielibyśmy zrekonstruować.

Dzięki wysiłkom antologisty, edytora, autora komentarzy i autora przedmowy dostrzegamy jej zarysy.

Zasadniczą część książki, jej tekstowe centrum tworzą siedemdziesiąt trzy numerowane listy, pocztówki i dedykacje (jeśli wyłączyć z tego zbioru wpisy w książkach, pozostanie czterdzieści osiem kartek i listów). Poprzedzone zostały słowem wstępnym Miłosza do tekstów znanych z książki Zaraz po wojnie: „Nasza korespondencja nie wymaga długiego komentarza i może służyć za przykład, myślę, poprawnych stosunków pomiędzy starszym i młodszym poetą”. Da się owo stwierdzenie zastosować do większości spośród epizodów tego epistolarnego dialogu – Miłosz dość długo występuje tu jako twórca starszy i bardziej doświadczony, jako protektor i ktoś, kto z wprawą diagnozując problemy współczesnej poezji, dostrzega pułapki czyhające na autora Niepokoju. Już od samego początku, choć dyskretnie, obsadza się również w roli inspiratora „dykcji różewiczowskiej” – omawiając kilka wierszy adresata wydrukowanych na łamach „Kuźnicy” w roku 1949 i nawiązując do własnej myśli o kryzysie literatury i sztuki, którego przyczyną jest charakteryzująca człowieka współczesnego „atrofia pewnych […] wewnętrznych organów” oraz upadek „teologii i filozofii klasycznej”, stwierdza: „Poezja może jeszcze przez pewien czas znajdować pokarm w procesach likwidacji. Wiem to z własnego doświadczenia, bo sam sporo takich wierszy napisałem”. I wskazuje Pieśni Adriana Zielińskiego z tomu Ocalenie. Echa tych rozpoznań i przeświadczeń brzmieć będą nawet w późnych próbach definiowania przezeń odrębności Różewicza.

Do pierwszego zauważalnego odstępstwa Miłosza od tonu oficjalnego dochodzi dopiero w roku 1993, kiedy w jego ręce trafia tekst Tylko tyle, umieszczony przez Różewicza w książce Nasz starszy brat. W tekście tym znalazło się cytowane już wyznanie młodszego (mającego wtedy siedemdziesiąt jeden lat!) poety o „miłości braterskiej”, jaką darzył autora Ocalenia („Nie umieściłby tego wpisu – stwierdza autorka zasługującej na publikację rozprawy doktorskiej9 – w książce tak dla niego bolesnej, wydobytej i złożonej tyle lat po śmierci brata, gdyby chodziło tylko o określenie literackich zażyłości”). Reakcja Miłosza brzmi następująco: „przysłano mi z Polski Pana posłowie do wierszy Pana brata, bardzo przejmujące, i za to co Pan o mnie pisze, dziękuję”. I w kolejnym akapicie: „W ciągu wielu lat był Pan w moich myślach”.

List z tymi słowami napisany został po przeszło siedmiu latach od poprzedniego. Zresztą, pauz jest w tej korespondencji wiele – najdłuższa z nich to przeszło dekada milczenia (list Miłosza z Paryża, 15 VII 1965; kartka pocztowa Różewicza z Nowego Jorku, 31 XII 1975). Teraz jednak, 1 marca 1993 roku, otwiera się w relacjach poetów nowy rozdział. Wolno się domyślać, że na list, którego fragmenty przytoczyłem wyżej, Różewicz odpowiada w tonie niezwykle osobistym – prawdopodobnie rozwija i tłumaczy własne słowa z Tylko tyle o „miłości braterskiej, jedynej w swoim rodzaju miłości, na którą składają się podziw zazdrość oczekiwanie rywalizacja duma”, zapewne pisze o stanowiącym rdzeń jego osobowości, jedynym w swoim rodzaju splocie kwestii psychicznych, duchowych, religijnych. Dlaczego „prawdopodobnie” i „zapewne”? Bo prosi adresata, by list zniszczył. O jego treści wnioskować można jedynie z odpowiedzi Miłosza, który jeden jedyny raz posługuje się w nagłówku słowem „Kochany”, dalej zaś pisze:

List dostałem i bardzo się wzruszyłem, po czym spaliłem, jak Pan sobie życzył, ale z wielkim żalem […]. Myślę zresztą, że ta chęć zniknięcia jest u Pana jakoś funkcjonalnie złączona z samo-negacją całego polskiego społeczeństwa, które, po zbyt wielu rozpaczliwych przeżyciach, jest, jak rzekł ktoś z zagranicy, trochę kopnięte. Te tendencje śledziłem w Pana poezji, ale w niej rozpacz jest zrównoważona przez wielką czułość. A co do Pana niewiary, to przecie Simone Weil powiedziała, że ateista jest może najbliżej Boga.


Otwartość Miłosza, posunięta aż do ujawnienia osobistych zmartwień (złe relacje z Herbertem, które autor Nieobjętej ziemi przeciwstawia „naszym przyjacielskim stosunkom”) oraz kłopotów zdrowotnych, wywołuje bliźniaczą postawę korespondenta. „Kochany Panie” – pisze Różewicz – „zawsze z Panem rozmawiałem przez te wszystkie lata… po przeczytaniu nowej książki albo wiersza w czasopiśmie”. I on skarży się na Herberta, by na koniec skonstatować „dziwne powinowactwo” w zakresie „naszych” chorób. W maju z Berkeley nadchodzi odpowiedź i jest to ostatni z pięciu (jeden spalony + cztery ocalałe) listów, które uznać można za punkt kulminacyjny w epistolarnym dialogu obu poetów.

W roku 1994 następuje pierwsze po trzydziestu siedmiu latach spotkanie. Mimo to Różewicz wciąż będzie wyrażał nadzieję na istotną rozmowę. Nie dojdzie już do niej – ani w listach, ani twarzą w twarz (bo chyba nie da się uznać za nią dialogów przeprowadzonych i zarejestrowanych w 1999 roku przez Renatę Gorczyńską – choć jest w nich jedno miejsce szczególne; o tym za chwilę). Pozostanie korespondencyjne „dzielenie się opłatkiem” (16 XII 1995, 23 XII 1997, 30 XI 1998, 16 XII 2002, 21 XII 2003), rzadkie telefony oraz spotkanie w przestrzeni poezji, z tomem Wyjście (pierwotny tytuł: To i owo) jako odpowiedzią na Miłoszowskie ToDrugą przestrzeń10.

By wyjaśnić istotę relacji między tymi tomami (i – w ogóle: aby ukazać wspólny element w twórczości obu poetów), wracam do wspomnianego miejsca z pierwszego z dialogów zaaranżowanych przez Gorczyńską, które w Braterstwie poezji przedrukowano. Czesław Miłosz mówi w nim o „wynalezieniu form poetyckich, w których mogłaby przemawiać świadomość”, lokując ów proces w epoce powojennej, kiedy poezja „zmierzała do uchwytu za świadomość”. Za poetów świadomości uznaje siebie, Różewicza i Gombrowicza (sic!). Zaskakujące wydaje się tu dopowiedzenie autora Niepokoju, krytycznie oceniającego awangardowy technicyzm i wspominającego o „świadomości, jaką miał Eliot”. Przywołanie autora Środy popielcowejCzterech kwartetów mniej jednak dziwi, kiedy zestawić je z fragmentem rozmowy z Richardem Sokoloskim z początku lat dziewięćdziesiątych – zapytany o wiersz bezPłaskorzeźby, w którym padają słynne słowa: „życie bez boga jest możliwe / życie bez boga jest niemożliwe”, Różewicz odpowiada: „Materialista, racjonalista, sensualista tkwiący we mnie patrzy nieufnie na proces, który we mnie obecnie zachodzi. Próbuję nawet go zahamować, moja świadomość staje w poprzek czemuś, co wydobywa się z podświadomości, co pozostało we mnie z młodości, tej najpierwszej”11. Gdy kilkanaście lat później z ust Krystyny Czerni usłyszy: „Maria Janion prawie z triumfem oznajmia, że «Pan nie wierzy w zmartwychwstanie» i kropka”, zareaguje niemal z furią: „Co to za triumf! Ja ciągle powtarzam, że wiara jest niezwykłą łaską. Kto jest nią obdarzony, jest człowiekiem szczęśliwym. To w ogóle nie jest takie proste. Dla mnie Nietzsche – syn pastora wychowany bardzo bogobojnie – był człowiekiem wierzącym”12.

Friedrich Nietzsche – Simone Weil – Dietrich Bonhoeffer. Konstruuję ten szereg, mając głębokie wewnętrzne przekonanie, że na cytowaną już myśl Miłosza: „A co do Pana niewiary, to przecie Simone Weil powiedziała, że ateista jest może najbliżej Boga”, odpowiedział Różewicz wierszem nauka chodzenia z tomu Wyjście. Bohaterem jest tu Dietrich Bonhoeffer, twórca teologicznej koncepcji chrześcijaństwa bezreligijnego. Czy utworu tego nie można by uznać za zwornik dialogu między dwoma poetami? Czy nie jest to Różewiczowska „Elegia o winie i chlebie”, o której – nawiązując, w tonie żartobliwym i żałobnym zarazem, do Hölderlina – pisze poeta w wierszu poświęconym pamięci Czesława Miłosza?

Kwestie tego rodzaju znacznie trudniej byłoby stawiać, gdyby Emil Pasierski nie skomponował Braterstwa poezji – tomu, na który składają się niemal wszystkie świadectwa (nie tylko poetyckiej) bliskości dwóch wielkich pisarzy. Warto książkę tę czytać – by lepiej zrozumieć losy naszej dwudziestowiecznej literatury, by skuteczniej zbliżyć się do odpowiedzi na pytanie o mechanizmy, za sprawą których pojedyncza ludzka świadomość, skonfrontowana ze skomplikowanymi procesami historycznymi, społecznymi i kulturowymi, wydaje z siebie dzieła tak niezwykłe jak poezja Czesława Miłosza i Tadeusza Różewicza.

Czesław Miłosz, Tadeusz Różewicz: Braterstwo poezji. Korespondencja, wiersze i inne dialogi. 1947–2013.
Wstęp Andrzej Franaszek.
Zebrał, opracował, przypisami i notami opatrzył Emil Pasierski.
Wrocławskie Wydawnictwo Warstwy, Wydawnictwo Literackie,
Wrocław – Kraków 2021, s. 358.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.