A przecież nie było tak, że pewnego poranka pod koniec listopada 2017 roku przyszło ono do niego ni stąd, ni zowąd, że zjawiło się jak najmniej spodziewany gość albo jak złodziej, przenikając przez ekran komputera. Dotychczas nie raz i nie dwa starał się wskazać, skąd w jego głowie znalazło się takie, a nie inne pragnienie; orzec, kto je w niej umieścił, tak jak do skarbonki wsuwa się banknoty. Bywało nawet, że odpowiedź znajdywała się – albo przynajmniej: zdawała znajdywać – w zasięgu ręki. Ba, kiedy później o tym myślał, miał wrażenie, że tego listopadowego ranka w 2017 roku schwycić było ją stosunkowo najprościej, bo, w końcu: kiedy człowiek ma orzec, raz i na zawsze, co rządzi jego marzeniami, jeżeli nie wówczas, gdy te ostatnie przeistaczają się w rzeczywistość? Kiedy, jeśli nie w momencie, gdy na coś albo kogoś, co albo kto mu dotychczas kazało bądź kazał marzyć, może machnąć ręką i stwierdzić, że czym albo kim owo coś albo ów ktoś jest, to wiedza niewarta funta kłaków, bo już, tu i teraz, posiada to, o czym niedawno fantazjował? Jednak: czy w istocie posiadał?
To była wątpliwość, w której zebrały się wszystkie inne, jakie go ogarnęły tamtego listopadowego poranka: czy to naprawdę, ale tak naprawdę było jego. Przyszła, kiedy się obudził i, jak zwykle, jeszcze pod kołdrą, kliknął na telefonie w „Indeksy” – a potem zerwał się z tapczanu i dopadł komputera. Login. Przeglądarka. Palcami Kasacki z podniecenia nie mógł trafić we właściwe klawisze; wyglądało to, jakby w ich opuszkach i w klawiaturze zamontowane były magnesy, które wzajemnie się odpychały.
Początkowo zdawało mu się jasne, że to, co zobaczył w aplikacji, to musiał być błąd. Co prawda aplikacja była płatna, jednak czy płatne aplikacje się nie mylą? I cóż zmieniał fakt, że, jak obwieścił komputer, w amerykańskim „Business Insider” i w ogólnoświatowym „Wall Street Journal” pisano o tym zdarzeniu nie jako o błędzie? Ktoś – tak Kasacki uważał, wstukując adresy kolejnych portali – w całym wielkim internecie musiał jednak światu ogłosić, że tym właśnie ono jest: pomyłką. Na portalu numer jeden nikt wszakże tego nie uczynił; na drugim i na trzecim też nie; gdy zaś wszedł na czwarty, to nie była już informacja, której poszukiwał. Od tej chwili interesowały go nie słowa, lecz kolory, i jego wzrok wszędzie tam, gdzie miał nadzieję ją napotkać, stykał się z wesołą zielenią. Był przekonany, iż przywita go karmazyn, ale robiła to zieleń. Czy nadzieja jest podobna do marzeń? Bywa, lecz nie stanowi ich rodzaju. Przepełniała Kasackiego już wówczas, gdy odwiedzał pierwszą ze stron, i już wówczas nie mógł marzyć o tym, o czym marzył niedawno, jego marzenie zostało bowiem ziszczone.
Przyszło mu do głowy, że dlatego nie potrafi być pewny, że się to wydarzyło, bo nie widział, jak się dzieje. Zresztą: być? Mieć! Pewność: ją się ma. Jaką on więc mógł mieć? Przecież – tak to argumentował – gdy stawało się to, co się stawało, on spał. Miał zamknięte oczy i dopiero kilka godzin później je otworzył, nie zobaczył więc, jak o trzeciej nad ranem czasu polskiego walutowy indeks skacze. Za wielkim skokiem przyszły mniejsze, które – niecierpliwie wcisnął opcję: minuta po minucie i przybliżył twarz do ekranu – kicały do szóstej czterdzieści; o tej godzinie indeks, niczym zmęczony pasikonik, zastopował, ciągnąca się w poziomie linia wcale zaś nie oznaczała, że stało się coś złego. To różni waluty od ludzi: podłużna kreska nie jest w ich przypadku symbolem niepożądanego.
Za oknem świt wstawał nad blokami Ursynowa. Jesienne niebo było jeszcze szare, jednak stopniowo się rozwidniało, jakby ktoś dolewał do niego mleka. Kasacki jeszcze raz spojrzał na ekran laptopa i wyświetlającą się na nim kwotę, i jeszcze raz pomyślał: Ale – że to, to: to moje? Jeszcze nie – zrozumiał. Kliknął w punkt: „Wymień na PLN”, a ekran poinformował, iż operacja zostaje wykonana już teraz, wedle wartości z dokładnie tego dnia i tej a tej godziny, jednak środki dostępne będą do wypłaty dopiero w piątek rano. Ach, więc to oszustwo – tak brzmiały ostatnie słowa, które tamtego środowego poranka powiedział do samego siebie, i już je bezgłośnie wypowiadając, nie wierzył, że tak jest. Zamiast wierzyć, wiedział: stało się. Czekał tyle lat i w końcu się wydarzyło; w końcu – zostało wydarzone.
– Chciałbym – powiedział po chwili kłopotliwego milczenia – by wszyscy zniknęli. – Nauczycielka nie zrozumiała, spytała: – Kto ma zniknąć? – a Kasacki poczuł, że jego policzki i uszy w ekspresowym tempie robią się gorące. Odparł, głosem mniej pewnym niż przed chwilą: – Wszyscy.
Był inny listopadowy poranek, także zimny i szary, a za oknem osiedlowej podstawówki zacinała ulewa. Później, gdy starał się sobie przypomnieć tę chwilę, odkrywał, że to nie jedyne szczegóły, które potrafi wymienić, a poza nimi jest ich całe mnóstwo. Jeśli podobne zdarzenia się pamięta – to pamięta się je całe. Kasacki potrafił więc przywołać wyklejone na bristolach formatu
Nauczycielka również tego nie pojmowała: – Ale, że rodzeństwo…? – spytała. Kasacki nie miał ani brata, ani siostry. – Nie – powiedział. Teraz jego głos znów brzmiał pewnie, dobiegając jakby z głębszych partii brzucha. – Nie rodzeństwo. – Zamilkł, czekając na jej reakcję. Nauczycielka jednak, skapitulowawszy, zwróciła się do innego rzędu: – Zosiu, a twoje…?
Nie powiedział o tym zdarzeniu rodzicom i na najbliższym szkolnym zebraniu też ich o nim nie poinformowano. Co miało miejsce w listopadowy poranek, prędko zostało zapomniane i przez nauczycielkę, i przez pozostałych uczniów i uczennice z jego klasy – jednak nie przez Kasackiego.
Pamiętając to w najdrobniejszym szczególe, pytał samego siebie: skąd mu to przyszło do głowy? Skąd ośmioletniemu chłopcu w ogóle może przyjść do głowy coś podobnego? Przecież nigdy przed tym listopadowym porankiem nie myślał, że chciałby, aby wszyscy zniknęli, i chciałby być na świecie sam jeden. Tamtego poranka powiedział to, co powiedział, a przecież pragnienie, które wówczas tylko ubrał w słowa, musiało już w jego głowie wcześniej tkwić. Musiało być tak, że tamtego poranka po prostu je sobie uświadomił, jakby otworzył szufladę, w której polegiwało, czekając na właściwy moment. Kto je w niej umieścił? Kto odkrył albo co jako pierwsze odkryło, iż ta szuflada w głowie Kasackiego istnieje, otworzyło ją i wsunęło tam to, co wsunęło? I przede wszystkim: kto zdecydował, że to marzenie wetknięto nie w formie zdania, które Kasacki powiedział? Jedyne, co zrobił tamtego poranka w trzeciej klasie podstawówki, to opisał pewien obraz. Pewnie nie był w tym oryginalny i zapytanej o jej największe marzenie Zosi również stanęły przed oczami kolory i kształty, w jej wypadku należące do gromadki koni… Kasacki jednak nie ujrzał wówczas czegoś, co było. Zobaczył siebie, on jednak w tym obrazie, który nagle się rozpowił, był najmniej ważny. Dużo istotniejsze pozostawało to, co go otaczało, a tym było nic. Nie czerń, nie szarość – nic, które pożarło wszystko i wszystkich i zostawiło go samego.
Nie było jednak tak, że odpowiedź tę wymyślił od razu jako kłamstwo. Przeciwnie: wybierając w gimnazjum profil biologiczno‑chemiczny, uważał, że faktycznie to, co robią jego mama i jego tata, jest także tym, co on pragnie robić. Szanował rodziców, nie trzeba było jednak wiele czasu, aby pojął, że tak naprawdę wcale nie szanuje ich za to, za co darzą ich tym afektem inni dorośli: że bardzo długo się uczyli, pojmując tajemnice ludzkiego organizmu, że od ich decyzji zależy, czy ktoś, kto trafił na operacyjny stół, przeżyje… Jego szacunek budziło raczej to, jak prędko przeprowadzili się z dwupokojowego mieszkania na Imielinie do czterech pokoi w Alei Komisji Edukacji Narodowej, domu na willowym osiedlu niedaleko stacji metra Kabaty, potem z kolei – okazałych dwóch pięter na Wilanowie. Podziwiał i szanował rodziców, gdyż jego rodzice zarabiali pieniądze – z czasem: coraz większe.
Że właśnie w tę stronę kieruje się jego podziw, nie było wówczas w Polsce wyjątkowe, przynajmniej wśród równolatków Kasackiego. Kiedy jego koledzy i koleżanki odpowiadali na pytanie o profesje, które wkrótce podejmą, na jednym wdechu wymieniali te, które kojarzyły im się z sowitymi wpływami na konto. Najczęściej były to zawody, w których wpływ ów dotyczył każdego, kto wszedł na pewien, związany z wiekiem, poziom; niektórzy, nieco bardziej oryginalni, stwierdzali, że chcą zostać muzykami albo pisarzami. Jest przecież ta kobieta, ta z Anglii, która napisała Harry’ego Pottera i zarobiła miliony. Miliardy. Miliardy baksów. Albo tu, zobacz: zobacz ten łańcuch, zobacz ten wspaniały, złoty łańcuch! Popatrz na to Lamborghini i pomyśl, że to nie jest u tego ziomka jedyne Lambo w garażu!
Złoty łańcuch, jaskrawozielony sportowy wóz, przestronne mieszkanie. Pragnienia znanych mu chłopaków i dziewczyn od razu zjawiały się w formie przedmiotów, które by za nie kupili. W przypadku Kasackiego było inaczej.
Od kiedy pojął, że on też właśnie to zamierza robić w życiu – zarabiać duże pieniądze – nie spędził ani sekundy na wyobrażaniu sobie, że jego nadgarstek zdobi Rolex; że Aleją Komisji Edukacji Narodowej pruje nowym Porsche. Obraz, który do niego przychodził, to był ten sam, który stanął przed jego oczami w ursynowskiej podstawówce i przedstawiał nic. Kasacki powoli pojmował, że właśnie dlatego pragnie mieć pieniądze: bo tylko dzięki nim ziścić się może to, co kiedyś zostało umieszczone w jego głowie. Marzenie, które, powoli rozumiał, wcale nie było marzeniem, by ze świata zniknęli wszyscy ludzie. Obraz to właśnie przedstawiał, lecz – obraz obrazem. Podobnie przecież Kasia albo Patryk nie marzyli o konkretnym aucie. One coś symbolizowały, czemu więc czegoś nie miałaby symbolizować nicość?
Podobnie jak rodzice Kasi i Patryka, ci Kasackiego zarabiali wówczas coraz lepiej i lepiej i podobnie jak oni, nie mając na co wydawać pieniędzy, obdarowywali swoje dzieci mnóstwem nowych przedmiotów. I acz Kasacki lubił dostawać, co od nich dostawał, wcale nie wówczas był najbardziej radosny. To uczucie przychodziło, gdy wracał ze szkoły do domu, a mamy i taty w nim jeszcze nie było; mieszkanie wypełniała cisza. Kiedy i rodzice się tam zjawiali, ta ostatnia rozpływała się. Nawet jeśli jedno nie rozmawiało z drugim, to trzymało przy uchu komórkę, a po pokojach niosły się zdania dotyczące wyników badań i kontraktów. Odganiając je jak natrętne muchy, Kasacki zamykał oczy. Wyobrażał sobie, że posiada majątek tak wielki, że od nikogo nie musi odbierać telefonu; może nawet – tak wielki, że nikomu nie wolno do niego zadzwonić; tak obezwładniający, że z racji samego istnienia tego majątku wszystkie komórki mogłyby zniknąć.
[…]
[Całość można przeczytać w numerze.]
