4/2026

Olga Żyminkowska

Jestem podlotem

Kto żył na wsi, w cyrku śmieje się najgłośniej. Kto pamięta, jak pachną lobelie, przypomni sobie babcine mirabelki i seledynowe tapety w kwiatki. Kto wie, co chce powiedzieć, temu wystarczy słów. Kto miał ojca analfabetę, z pewnością będzie poetką. Takie reguły panują w debiutanckich podlotach Michaliny Cendrowskiej.

Sceneria jest znana i raczej poza zasadą przyjemności: polska wieś, lata osiemdziesiąte, „mały murowany domek”, „bujające się bydełko”, „maryjki przy dróżce”, „szaruga za oknem”. Bohaterowie także do przewidzenia: pijany „ojciec analfabeta”, matka „jak chleb jak pacierz”, podlotek imieniem „misia”, ksiądz spowiednik i uśmiechnięty „pan bóg”. Oprócz codziennej gospodarskiej harówy sporo dni świątecznych. Wiejski cyrk albo „obóz zabaw” (aby przywołać Justynę Kulikowską, której całkiem tu sporo): cyrkówka, „chłopiec / w masce truffaldino”, „arlekiny w locie”, „perskie konwoje”, „arabeska na troczku”, „cekinowy trykot”, „ciężkie kobaltowe klipsy z pawim piórem”. I koniecznie dużo brokatu.

Aż chciałoby się przypomnieć fragment Obozu zabaw o gimnastyczce Alinie Kabajewej z „nóżkami rozwartymi pomiędzy kaprysem / i przymusem” (XIV), a do tego urywek z Hejtu i innych bangerów o „twarzach przybrudzonych memem / jak tanim brokatem” (Splendor [zamknięcie]). U Kulikowskiej motywy gimnastyczno‑cyrkowe powiązane są jednak zawsze z tematem dla niej centralnym – rygorem i presją poetyckiej frazy. Tymczasem u Cendrowskiej postać cyrkówki i chłopca w cekinowym trykocie to jedynie emblematy estetyczne i fantazmaty, rekwizyty słodkiego dzieciństwa w kolorach Barbie.

podlotach sporo jest cyrkowych artefaktów, które pełnią funkcję genderowej identyfikacji. Brokat, klipsy, troczki, cekiny, arabeski i frędzelki to pars pro toto dziewczyńskiego świata, który przedstawiony jest tutaj z czułością, by nie rzec – czułostkowością. Ta dziewczyńska kraina czarów styka się ze światem dorosłym i zgoła nie cyrkowym. Patronuje mu pijany ojciec, chora na macierzyństwo matka („matka choruje odkąd została matką”) i ksiądz, któremu trzeba się spowiadać z „sikania w majtki”. Cendrowska operuje prostym schematem przeciwieństw – niewinna kraina „misi”, „nieprzepierzonego przypuchłego” podlotka, który zwisa na trzepaku głową w dół, zachwyca się mirabelkami, wdycha zapach lobelii i „ze wszystkich wiejskich dziewcząt / najgłośniej się śmieje” (cyrkówka), kontrastuje z twardą, złowrogą rzeczywistością życia wiejskiego i rodzinnego. Punkt dojścia, jak się zdaje, jest wspólny wyobraźni Małgorzaty Lebdy, u której wieś to również brutalistyczna sceneria ludzkich i zwierzęcych dramatów.

Opis dzieciństwa w podlotach pełen jest infantylizującej stylizacji. Oglądamy cały pochód deminutywów: gałązki, sznureczki, szkiełka, rogaliki, brokaciki, guziczki, wstążeczki, rączki, buciki, czekoladki, bajeczki. Oto „słodkie plamy w mojej pamięci / wyciągały brzuchy do słońca jak kocięta” (pobłyski). Wspomnienia cukrują się jak figa, język klei się niczym krople aroniówki („aroniówka się przelewa / leje chłepcą co spłynie / reszta klei się do palców” – gramy). Jest słodko i mdląco – „jak mdli / znaczy działa” (salamba sirsasana); słowa lepią się od lukru, nawet „pan bóg ze smakiem oblizał policzki” (bajeczka niedługa) na widok księżyca w kształcie maślanego rogala. Przypomina się Psalm dziecinny Tadeusza Nowaka – „Dzieciństwo moje szło przez pola z psem” – sceneria tutaj podobna (i u Cendrowskiej wszystko odbywa się na wsi), choć zamiast zgrzebnego siana i „par[u] witek jutrzni połamanej” widzimy pijanego ojca, który daje wątpliwy popis gry na akordeonie.

podlotach dzieciństwo jest jak obrazek namalowany szkolnymi plakatówkami. Jest pstro, lukrowato i smacznie, z pozoru wszystko gra i buczy, niczym dźwięki ojcowskiego instrumentu. Bajkowy krajobraz nawiedza jednak – jak to w bajkach bywa – zła siła, antybohater, rzecz jasna płci męskiej. A imię jego: „mój ojciec analfabeta” (ja krowa). Pijany tato niszczy sielankę; nagle robi się groźnie i jakby dorośle. Cendrowska posługuje się retoryką ofiary, grubymi nićmi szytą ironią: „wąchaliśmy krowie łajno z moim pijanym tatą / miałam pięć czy sześć lat pamiętam / imponowałeś mi / nie miałam nawet wszystkich zębów tak jak ty tato” (ja krowa). W oczach dziewczynki, tej „czarodziejki z księżyca” (miłej zabawy), pijany ojciec nie był aż tak szpetny. W końcu „pięknie grał na akordeonie”, jego policzki pąsowiały, gdy „walił w trąbę”, a „w jego szarych oczach kręciła się tęsknota” (diabli). Nie zmienia to jednak jego statusu Gargamela w smerfnym świecie, skoro przydrożne maryjki na jego widok „zawstydzone przechylały głowę” (ja krowa).

Był pijany ojciec, pora na Kościół. Wizja religijności w podlotach także bywa naiwna jak odpustowy diabełek. Wieś jest święta drzewami mirabelek w babcinym ogródku, kompotem rozlewanym do słoików (pieśń mrówek), śpiewem kobiet o biodrach jak kielichy (bajeczka niedługa), krzyżykiem między piersiami matki (ten strach ma kilka lat i mleczne zęby), stygmatami ojca Pio (cuda), wróżbami na noc św. Jana (przez kwiat paproci), trzcinowymi piszczałkami (gramy), procesją na Boże Ciało i trzepaniem dywanów na balkonie (roztopy). Wieś jest piękna i okrutna – nic nowego pod polskim słońcem. U Nowaka Chrystus „wchodził w sad”, „[t]warz jego: gołębica / w tarniny suchym krzewie” (Misterium chrystusowe). U Lebdy reliktem wiejskiej religijności była „stara rogowska” z Granicy lasu, „która przychodziła do ojca po spadziowy miód wypijała parzoną miętę / i patrzyła na święty obraz powieszony nad framugą drzwi i mówiła / o bogu i miało to wtedy sens”. Dziś, zdaje się, sensu większego nie ma, gdy czyta się po raz kolejny o skubaniu gęsi na poduszki pod patronatem uśmiechniętego „pana boga” (bajeczka niedługa).

Cendrowska zakłóca romantykę życia wiejskiego oczywistym memento mori – kobiety w bajeczce niedługiej ze śpiewem na ustach urzynają za chałupą gęsie łby. Sympatyczne „bydełko” okazuje się czekać na inseminację, a muliste ścieżki wyłożone są „kogucimi truchełkami” (mały murowany domek). W kościele skrywa się zły spowiednik, któremu należy opowiadać o zmoczonym prześcieradle (ten strach ma kilka lat i mleczne zęby). I wreszcie, główny winowajca – „nie mężczyzna / mąż / więzień polityczny / z odsiadką w blokach”, który „ma żonę / nie kobietę” i „ubija ją jak ciasto na stolnicy” (mąż w latach 80.). Na dokładkę uciemiężona pod patriarchalnym butem matka karmicielka; ta, która „na prawej piersi hoduje owoc”, matka chorująca „odkąd została matką”. Życie w murowanym domku toczy się w rytmie „ryba w piątek w niedzielę spowiedź”. Za oknem szaruga i ujadające psy (mąż w latach 80.).

Mamy do czynienia wciąż z tym samym zabiegiem „pokwitaniowych” deziluzji. Piaskowy Dziadek to nie sympatyczna kukiełka z białą brodą, ale potwór z kaset wideo, który sypie dzieciom piaskiem w oczy (mr. sandman). Nadzieja na Wróżkę Zębuszkę przeobraża się w „sierocą wyliczankę”, „lata / wypełnione czekaniem” (podchody). Wygibasy na trzepaku zmieniają się w asanę, która pokazuje świat na opak i tym samym przekręca dziecięce marzenia. Nic nie jest takie, jakim się wydaje; brokatowa „kaczka” dzieciństwa obraca się w potwornego „królika”, jak na obrazku z „królikokaczką”. Jeśli tego typu przewrotki mają wywoływać wzruszenie, musielibyśmy na nowo przeżyć traumę nieistnienia Piaskowego Dziadka.

Dojrzewanie w podlotach okupione jest rzecz jasna kryzysem psychicznym, o którym pisze się dosadnie – „jeszcze się taki nie urodził co by trzymał się w ryzach / i nie wyciągnął kopyt na otomanie u psychoanalityka / teraz taka moda” (salamba sirsasana). Ironiczne „teraz taka moda” sugeruje, że terapeutyczna otomana służy zdrowiu, co więcej – nic dziwnego, że po wyżej opisanych nieszczęściach każdy by na niej wylądował. Żeby jeszcze mocniej zaznaczyć przejście w dorosłość, Cendrowska ucieka się pod obronę języka „wyzwolonego”: „pieprzymy się przy otwartym oknie / nasze głosy kładą się na chodnikach” (roztopy). Brokat już opadł, procesja bożociałowa dawno przeszła, teraz idziemy „z przyjaciółką w balet z wyuczonym grymasem” (salamba sirsasana), by potem sztucznie przywoływać sen („oby tej nocy / zadziałało to gówno na receptę” – miłej zabawy). W końcu dorosłość polega na tym, by „zniknąć pośród neonowych club passów / i nylonowych kurtek” (salamba sirsasana). Po tatusiu zostały tylko „jego pijackie bajeczki” (diabli), a wiejski domek „już od dawna stoi pusty” (⁂[ten dom już od dawna stoi pusty]), sprzedany „za psie pieniądze” (mały murowany domek). Trudno o bardziej stereotypowe streszczenie Bildung i klasowej emancypacji.

Jakby tego było mało, Cendrowska wprowadza jeszcze wątek języka. Dziecięca idylla to świat przedjęzykowy, „poskładany z rzeczy prostych i ładnych / dopóki ktoś twardą ręką nie oddzielił ich od siebie słowami” (wobec pamięci). Stoi za tym wizja rozwoju języka à la Jean‑Jacques Rousseau – na początku był śpiew, melodia i ludzkie namiętności, a później było tylko gorzej, powstały bowiem słowa, które oddaliły człowieka od stanu pierwotnego. „Palce matki twarde / grube i żółte” nabiły na wykałaczki błyszczące kasztany, świat wpadł w koleiny, przewidywalne i opresyjne („należało bać się ich” – wobec pamięci).

Cendrowska usiłuje pokazać ambiwalencję stanu naturalnego – z jednej strony pijany „ojciec analfabeta”, z drugiej rzekoma niewinność zdań ostensywnych („pokazał mi patrz to jest jałówka” – ja krowa). Przedstawia własną, osobliwą koncepcję historii języka – stoicki wieczny powrót zostaje strawiony w jednym filozoficznym żołądku z jakąś odmianą nazbyt natchnionego russoizmu. W wierszu uroboros poetka pisze o „kokonie / uwitym ze znanych tylko mi symboli i znaczeń”, który rozszczelnia się, ujawniając „sylaby / które powoli zaczęły łączyć się w wyrazy / wyrazy w zdania a te ostatnie w wiersze”. Cały proces działa także na wspak – „czuję że to nierozerwalny ciąg / i gdyby odwrócić jego bieg / na końcu wybrzmiałby dokładnie tym samym płaczem”. W wierszu scoliosis popada nawet w coś w rodzaju neoplatonizmu: „na początku był mały płomień / zaczątek”, a na końcu „wszystko się cofa do pierwowzoru”.

W ostatnim wierszu Cendrowska daje się ponieść wizji rajskiego stanu naturalnego już całkowicie: „śni nam się powrót / do czasów sprzed języka / ktoś mnie woła ktoś mnie wywołuje / u dna dudni ja”. Opowieść o udręce dorastania zamienia się w „szkic o pochodzeniu języków”. Ta „metafizyczna” warstwa podlotów, po tylokrotnym rozpracowywaniu teorii Rousseau i mieleniu fantazji o wiecznym powrocie, jest po prostu mało interesująca. Warstwa obyczajowa również daje się sprowadzić do słodko‑gorzkiej historii o dzieciństwie na wsi. I choć czasem zdarzy się zwinna metafora (jak, dajmy na to, nabijanie kasztanów na wykałaczki czy pocieszne zabawy słowne typu „łajba biba szajba”), podloty nie wzlatują powyżej tego poziomu. Pozostają nieprzepierzone, przypuchłe, nadal jeszcze przymłode.

Michalina Cendrowska podloty
Wydawnictwo Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu,
Poznań 2025, 46 s.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.