02/2022

Ireneusz Staroń

Jeszcze o Wenclowym czytaniu Wierzyńskiego

Za czym ja krążę?
Za Księżycem.
Czym on mnie wabi?
Drohobyczem.
[…]
A poza snem tym
Co się chowa?
Ach, ziemia, ziemia
Księżycowa.

Kazimierz Wierzyński, Księżyc


Zawsze podchodzę ze szczególnym sentymentem, ale i z drżeniem do książek, które prowadzą swoimi arkuszami do „tej prowincji osobliwej”; czasem do gwaru, a niekiedy do ciszy cynamonowej prozy, do Wielkiego Księstwa Bałaku; do tego pachnącego akacjami podnóża Karpat, gdzie miał przybyć Mesjasz. I przybył, bo – jak czytamy w Genialnej epoce – zgubiła mu się „w oczach granica, niebieskawe pasma obłoków” podłożyły się „przejściem”. A On sam zszedłszy na ziemię, zadumany, niczego nie zauważył, a potem… Potem zawsze jest jakby proroctwo, jakby ostrzeżenie: „ludzie obudzą się z popołudniowej drzemki i nie będą nic pamiętali”. A On? Powróci tam wyżej. „Cała historia będzie jak wymazana i będzie jak za prawieków, nim zaczęły się dzieje”. I może dlatego wychodźcom z takiej na poły ziemskiej, na poły niebiańskiej krainy piszą życiowe strofy dzieje wielobarwnymi, choć często gorzkimi czcionkami.

Książki o postaciach z „prowincji osobliwej”… Prowadzą tam, bo przecież, bo stamtąd… Nieopodal Drohobycza, we wsi Rychcice 11 listopada 1921 roku urodził się mój dziadek – Józef Jach. W czasie służby w AK przyjął pseudonim Ryś. Kiedy po powrocie z tamtej krainy, letnim popołudniem 2010 roku, podczas ostatniej z nim rozmowy opowiadałem o dzisiejszych drohobyckich akacjach, miał powiedzieć: „ano był taki Schulz”. Nie wiem, na ile moja imaginacja sama podpowiedziała ten epizod, na ile był on rzeczywisty, niemniej nauczyciela tamtejszego gimnazjum dziadek mógł kojarzyć. Znać z widzenia. Może gdzieś spotkać na ulicy. I niewiele więcej. Jak to na prowincji, tego i owego kojarzyło się, wymieniało choć zdawkowe ukłony. Inaczej z Kazimierzem Wierzyńskim. Poetę z drohobyckich okolic dość prędko zabrał wielki świat. Oddał dopiero po latach, przywrócił w książkach, choć w „prowincji osobliwej” i „mieście jednym na świecie” już prawie z nikim się spotkać nie mógł. Przesunięto busolę granic, więc i ja rozmawiałem z dziadkiem na tych nowych, zachodnich, „Kresach”. W dziadkowym profilu, w obliczu znaczonym orlim nosem rzymskich cesarzy nie dostrzegałem wtedy jeszcze spiżowych kształtów dwudziestolecia. I frazy „sens ponad klęską”. Sens.

Wierzyński. Sens ponad klęską Wojciecha Wencla to niezwykle ważna opowieść nie tylko o tytułowym poecie, lecz także o niezłomnej emigracji, którą on wraz z Janem Lechoniem oraz Ignacym Matuszewskim niemal uosabiali. O tej emigracji, która nigdy – w przeciwieństwie do paryskiej „Kultury” – nie pogodziła się z utratą Wilna i Lwowa. Stawiała zawsze na walkę z sowiecką okupacją, nie zaś na próby reformy systemu. Był w tym przecież i jakiś rys Mackiewiczowski, bezkompromisowość posunięta do granic, siła duchowa, przy której serwilizm Juliana Tuwima i manewry Czesława Miłosza zamieniały się w tragifarsę. Niósł Kazimierz Wierzyński w sobie powagę etosu słowa, którym karmiono się jak chlebem, kiedy zarówno chleba, jak i ojczyzny brakowało. II wojna światowa uczyniła zeń dowódcę niezliczonych hufców, których bolączki i pragnienia umiał twórca zamknąć w poetyckich strofach. Już w listopadzie 1939 roku w pierwszym numerze drukowanego w Paryżu czasopisma „Głos Polski” ukazał się poemat Via Appia. W nim głosem żołnierza przemawiały m. in. następujące wersy:

Bijemy się o cały świat,

Biją się polskie pułki

O Nike Samotracką,

O stare ateńskie zaułki,

O tysiące minionych lat.

O Akropol i Kapitol,

O Grecję i Rzym

Uderza ułańskie kopyto,

Artyleryjski dym.


Wiersze z emigracyjnych tomów Ziemia-Wilczyca (1941), Róża wiatrów (1942) oraz Krzyże i miecze (1946) z grona współczesnych to właśnie Wierzyńskiemu – co mocno podkreśla Wencel – pozwoliły stać się duchowym przywódcą polskich żołnierzy.

Sens ponad klęską. Biografia poety stanowi znakomity przykład pisania o literaturze, które jest zarówno wdzięczne, jak i nienaganne pod względem warsztatu. Czytelników decydujących się sięgnąć po monografię czeka zatem niemała lekturowa przyjemność – bo tej autor nikomu nie poskąpi – ale i podróż w rejony polszczyzny eleganckiej, zdolnej specjalistyczne treści objaśniać w sposób dla odbiorcy przystępny. Cóż tu rzec? Wenclową opowieść o wybitnym poecie urodzonym na dworcu kolejowym w Drohobyczu czyta się niczym najlepszą powieść ze szkoły eseizowanej prozy, która swą erudycją nikogo nie zawstydza. Przeciwnie – zachęca do rozmowy, do wejścia w świat Wierzyńskiego z pełnią pasji i zaangażowania, w świat ten również mniej znany, bo nie skamandrycki, a naznaczony gorzkim piętnem powojennej emigracji. Do tego wreszcie zachęca, aby i w sobie odnaleźć powinowactwa ze sztukmistrzem słowa, jakąś nić porozumienia z duchem polszczyzny, w której autor Wróbli na dachu był znakomicie osadzony, na tyle dobrze, by każdy współodczuwający z jego językiem, każdy jego użytkownik czuł się tym jedynym i szczególnym dziedzicem poety; jego bratem w lirycznych rejestrach pełnej, stroficznej frazy; jego współspiskowcem w tajnej kontrabandzie walki o polskość, która nie była jakąś abstrakcyjną, estetyczną ideą, lecz przede wszystkim organicznym rytmem mowy, oddechu, czymś, co za pomocą wyrazowej magii wybiera właśnie nas i do siebie zachęca. Poeta bowiem „Tak głęboko sięgnął w ducha języka, tak zlał się z nim bez reszty, że potok jego słów natchnionych wyrzuca się w kształty jakby preformowane, w sobowtórne kształty przysłowi i zwrotów ludowych” – pisał Bruno Schulz w „Tygodniku Ilustrowanym” (1936, nr 27) o wydanym w 1936 roku tomie Wolność tragiczna. Dodawał jeszcze: „Tylko wiersz Mickiewicza ma tę powszechność w sobie, jest tak naturalnie urosły, tak z głębin idiomu polskiego poczęty i tak monumentalny”. Ten poświęcony Józefowi Piłsudskiemu cykl (wydany w rok po jego śmierci) nazwał zresztą Wencel „pierwszym arcydziełem w dorobku Wierzyńskiego”. Była bowiem w Wolności tragicznej esencja eposu, zamknięty w litery duch epoki, nad którą unosiła się tradycja powstania styczniowego; epopeiczny szlak wiodący od drużyn strzeleckich, poprzez Legiony, wojnę z bolszewikami, śmierć prezydenta Narutowicza, wycofanie się Marszałka do Sulejówka, późniejszy zamach majowy i sanacyjne rządy. Akordy, w które uderzył Wierzyński, miały jeszcze posmak autentyku. Końcowe słowa – „Skazuję was na wielkość. Bez niej zewsząd zguba” – uznano przecież za prawdziwą wypowiedź Piłsudskiego – herosa przybywającego do współczesnych niemal wprost ze styczniowej insurekcji:

Bobruje wiatr po borach, śnieg linieje w lesie,

Poszycie pęka szparą, skrzypi łomkim chrustem,

Ostatni strzał się długo w mgle wilgotnej niesie

I głuchą śmiercią w sercu pohukuje pustem.


[…]

[Ciąg dalszy w numerze.]

Wojciech Wencel: Wierzyński: Sens ponad klęską. Biografia poety.
Instytut Literatury,
Kraków 2020, s. 368.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.