Nie oznacza to jednak, że utwory takie jak Pamiętnik z powstania warszawskiego są autoetnografiami (nie twierdzę, że powinny nimi być). Żeby jakiś tekst można było zaklasyfikować do tej kategorii, jego autor powinien przyglądać się sobie, posługując się szkiełkiem i okiem, czyli uzupełnić opis własnych doświadczeń o gruntowną analizę socjologiczną. Dosadnie wyraził się na ten temat wydawca tekstów autoetnograficznych, Mitch Allen (cytowany przez Ellis, Adamsa i Bochnera):
Innymi słowy, nie wystarczy sam opis włosa z własnej głowy, należy go jeszcze podzielić na czworo.
W związku z naciskiem na naukowość większość autoetnografii nie przypomina tekstów literackich. Są pisane językiem akademickim i zawierają przypisy. Niemniej jednak w przypadku najciekawszych reprezentacji gatunku można odnieść wrażenie, że ta akademickość jest fasadowa. Stanowi sztafaż – konieczny, by tekst uchodził za „naukowy” i zarobił punkty niezbędne do parametryzacji. Pod spodem zaś ukrywa się wciągająca, dobrze opowiedziana historia człowieka, który obnażył się z biretu i togi. Czyta się to z zapartym tchem, jak literaturę, bo w tej jednostkowej opowieści można dojrzeć zarysy ogólniejszej diagnozy społecznej, a nawet egzystencjalnej.
Istnieją zresztą autoetnografie, które nie trzymają się konwencji akademickiego wywodu. Oto, jak opowieść o usunięciu oka (spowodowanym nowotworem) rozpoczynała niemiecka socjolożka Christa Hoffmann‑Riem: „Nieoczekiwanie, ciesząc się do tej pory dobrym zdrowiem, stanęłam w obliczu braku autonomii mojego ciała i ulotności mojego życia”. Brzmi to jak pierwsze zdanie opowiadania, a nie początek artykułu naukowego. W dalszej części tekstu język badaczki sztywnieje, ale nie na tyle, by stłumić literackie aspekty wywodu zatytułowanego „Utrata znaczącej symbolicznie części ciała”.
Do lektury Goryczy przystąpiłem więc z nadzieją – jeśli nie na literackie olśnienie, to przynajmniej na bezkompromisową jazdę bez trzymanki. Liczyłem, że Zawadzka nazwie moje emocje, a przy okazji wywoła salonowe poruszenie. Zapowiedź tego, o czym będzie Gorycz, pojawiła się już we wspomnianym wywiadzie. Zawadzka streściła w nim to, o czym z grubsza przeczytamy w późniejszej o kilka lat „opowieści”:
„Opowieść” opatrzyłem cudzysłowem, ponieważ tak właśnie wydawca określił Gorycz w blurbie. Oprócz tego książka Zawadzkiej jest reklamowana jako „oskarżenie wobec inteligenckich elit
Po tych słowach mamy prawo spodziewać się autoetnograficznej historii o współczesnej emigracji zarobkowej do Niemiec: trudach pracy fizycznej, stresujących wizytach w berlińskich urzędach, codziennym życiu w metropolii za Odrą. Gorycz istotnie oferuje nam to wszystko. W większości rozdziałów Zawadzka skupia się na pozór mniej na sobie, a bardziej na realiach, w których się znalazła. Porzuca język akademicki, ale zostawia (nieliczne) przypisy, a w nich odniesienia do różnych prac i esejów naukowych. Odwołania bibliograficzne pozwalają umieścić jej historię w szerszym kontekście. W swoim zamierzeniu Zawadzka tworzy więc opis, w którym powinny odnaleźć się osoby znające z autopsji emigrację zarobkową (a już zwłaszcza do Niemiec) i który pozwoli pozostałym czytelnikom zrozumieć – na przykładach z życia autorki – czym taka emigracja w ogóle jest.
A jednak Zawadzkiej nie udaje się spełnić obietnicy i opisać swojego doświadczenia jako „typowego”. Powód, dla którego tak się dzieje, zdradza poniekąd ona sama. Raptem na trzeciej stronie książki narratorka podważa swoje socjologiczne kompetencje, wyznając: „Nie umiem w dystans. Nie umiem ani nie chcę, bo wymóg dystansu jest przejawem dystynkcji lub cenzurą, a najczęściej jednym i drugim”. Narratorka łączy tę nieumiejętność z tym, że rozumienie rzeczywistości jest w jej przypadku możliwe nie poprzez lekturę książek, a wyłącznie przez pryzmat osobistego doświadczenia. Podzielam ten punkt widzenia, ale ośmielę się zauważyć, że jedno nie wyklucza drugiego. Można najpierw czegoś doświadczyć (z konieczności lub nie), a następnie zdystansować się do tego; uogólnić to, co się przeżyło. Akurat tu nie doszukiwałbym się „przejawu dystynkcji”.
Brak dystansu ma dwie negatywne konsekwencje. Po pierwsze, prowadzi autorkę do tego, że zamiast analizować własne przeżycia jako typowe, opisuje – jako (stereo)‑typową – samą rzeczywistość. Nie piję tu, dajmy na to, do pojawiających się na kartach Goryczy Niemców patrzących z góry na emigrantów zarobkowych ze Wschodu, obrażających się o nieznajomość niemieckiego, czy do pseudolewicowych aktywistów, z którymi narratorka współwynajmuje mieszkanie. W porządku, na takich ludzi trafiła, a że jej opowieść łatwo przez to podpiąć pod rozmaite dyskursy publicystyczne (na przykład antyniemiecki), to inna sprawa. Chodzi mi raczej o jej myślenie w kategoriach stereotypów. Podam prosty przykład. Opisując sklep rosyjski w Berlinie, Zawadzka zwraca uwagę, że sprzedaje się tam serek Bieluch i majonez Winiary: „Wyobrażałam sobie, jak wkurzony byłby standardowy Polak, widząc te produkty sprzedawane jako rosyjskie” (podkreślenie moje – AH). Czytelnik ma świadomość, że napisała to dyplomowana socjolożka, która opisuje swoje doświadczenia z zacięciem teoretycznym, ale zarazem domyśla się, że „standardowy Polak” nie jest kategorią socjologiczną, popartą jakimiś badaniami, tylko potocznym frazesem, który wymsknął się autorce w toku opisywania wrażeń. Gdyby chodziło tylko o ten jeden fragment, można by mi zarzucić czepialstwo, ale cała narracja Goryczy jest zbudowana z podobnych kalek. Zachowanie przez autorkę dystansu do tego, co pisze i jakim językiem to robi, pozwoliłoby tego uniknąć.
Sęk jednak w tym, że owe stereotypy zdają się w książce pełnić określoną funkcję. Stanowią poręczne fantazmaty, służące narratorce, by mogła definiować się poprzez negatywne odniesienie do kolejnych wyimaginowanych wspólnot: groteskowo głupich Polaków, rasistowskich robotników z Niemiec, odklejonej niemieckiej klasy średniej, równie odklejonej polskiej inteligencji, anty‑ i filosemitów. Czasem dostaje się też pojedynczym osobom – jak pewnej Polce, która od dzieciństwa mieszka w Berlinie, lepiej zna niemiecki niż polski i woli rozmawiać z autorką w tym pierwszym języku. To chyba podstawowy problem całej książki: opis rzeczywistości jest w niej podporządkowany tworzeniu przez narratorkę akceptowalnej wizji samej siebie. Jak w krytycznej recenzji Goryczy w „Małym Formacie” zauważył Krzysztof Sztafa, narratorka kreuje się na „świętą dryfującą na morzu wzgardy”. Właśnie dlatego na kartach Goryczy dostaje się po kolei niemal wszystkim. Podczas lektury książki Zawadzkiej przypominał mi się znany wiersz Juliana Tuwima, wyliczający różne grupy społeczne, które mają „pocałować poetę w dupę”.
W tym sensie Gorycz rzeczywiście nie bierze jeńców. Dla utworu lepiej by jednak było, gdyby ta bezkompromisowość wynikała z wywrócenia na nice obiegowych przekonań na temat rzeczywistości i zaproponowania jakiejś przekonującej kontrnarracji. Tak bowiem można by opisać genezę autoetnografii: sięgamy po własne doświadczenia, ponieważ tylko w ten sposób możemy powiedzieć coś, czego dotychczas nie mówiono i czego nie dało się wysłowić w granicach obowiązujących dyskursów. Natomiast uderzanie we wszystkich, którzy zaleźli autorce za skórę, stanowi bardzo ograny (i nieciekawy) motyw.
Drugą negatywną konsekwencją, która wynika z odmowy zachowania dystansu, jest to, że Gorycz nie przekonuje jako historia ponadjednostkowa. Każda autoetnografia – w ujęciu teoretycznym Ellis, Adamsa i Bochnera – przechodzi test wiarygodności oceniany przez czytelników: to oni stwierdzają, czy opowieść przemawia do nich jako taka, która mogłaby przydarzyć się im samym lub osobom, które znają. Dotychczasowa recepcja książki Zawadzkiej dowodzi, że odbiorcy nie są jednomyślni. Znamienne, że uniwersalność historii autorki podważają recenzenci obracający się w podobnym co ona środowisku akademickiej humanistyki. Nie sądzę, żeby to był przypadek, ani tym bardziej – że wynikałoby to z czyjegoś oburzenia na gorzkie słowa krytyki pod adresem Akademii. Jako adiunkt na polonistyce uniwersyteckiej dopisuję się do grona nieprzekonanych czytelników. Powiem to, co już pisali i mówili inni odbiorcy akademiccy: decyzja o podjęciu przez pracowniczkę Polskiej Akademii Nauk dodatkowej pracy fizycznej w Niemczech (przy zachowaniu etatu w PAN) nie jest – i raczej nie będzie – masowym zjawiskiem. Stanowi wyjątek od reguły. Wiele i wielu z nas, pracowniczek i pracowników humanistyki, doświadczyło prekaryjności, chce lub musi dorabiać. Podjęcie pracy ogrodniczki nie jest jednak zazwyczaj ani pierwszym, ani drugim, ani trzecim pomysłem, jaki przychodzi do głowy socjolożce czy literaturoznawcy z Akademii. W sytuacji osób takich jak my – uogólniając, bo o uogólnienia tu idzie – zwykle poszukuje się innych metod zarobkowania. Nie kupuję więc zapewnienia, że praca fizyczna była dla narratorki „koniecznością”. Zakładam, że o tym, że pewna socjolożka z doktoratem wyemigrowała kopać ogródki w Berlinie, zdecydowały czynniki osobowościowe, skłaniające ją do takiego, a nie innego wyboru.
Książka budzi natomiast skojarzenia ze wzbierającym w polskiej prozie nurtem, który Przemysław Czapliński w książce Rozbieżne emancypacje. Przewodnik po prozie 1976–2020 proponuje łączyć z „postawą terapeutyczną”. W przeciwieństwie do „myślenia emancypacyjnego”, poszukującego źródeł problemów w uwarunkowaniach systemowych,
W przypadku książki Zawadzkiej „postawa terapeutyczna” stanowi konsekwencję pisania autoetnograficznego bez zachowania dystansu badawczego. Zamiast obnażyć system, ukazać niewidzialne, lecz odczuwalne dla wielu osób prawidłowości społeczne, Gorycz staje się książką o głównej bohaterce. Wbrew wstępnym zapowiedziom, że pisanie o sobie będzie służyło opowiedzeniu o świecie, który „wytworzył” narratorkę, to ona sama stanowi ukryte centrum opowieści. Trudno się dziwić, że krytyczna dekonstrukcja Goryczy, którą przeprowadził przywoływany Sztafa, skupia się właśnie na rekonstrukcji osobliwego punktu widzenia narratorki. Sprawia ona wrażenie, jakby wciąż zmagała się ze sobą. Czasami świadczą o tym podniosłe dialogi wewnętrzne, balansujące na granicy niezamierzonej groteski:
Innym razem narratorka wydaje się usprawiedliwiać w oczach czytelnika, czytelnik zaś odnosi wrażenie, że każe mu się wysłuchiwać telefonicznych zwierzeń, których adresatem powinien być najlepszy przyjaciel. Tak jest w przypadku długiego opisu zerwania relacji z byłą przyjaciółką, która skrytykowała autorkę w pewnym mailu. Zawadzka szczegółowo parafrazuje treść wiadomości, zrzuconej na nią „jak napalm”, kontruje zarzuty, po czym puentuje:
Przypomina to wszystko proces terapii, który stoi w poprzek pisarstwa autoetnograficznego. W terapii chodzi bowiem o wniknięcie w siebie, a w autoetnografii – o wyjście poza wąskie granice „ja”.
O zakodowanej w Goryczy „postawie terapeutycznej” świadczy też pewien symptomatyczny wątek z jej recepcji. Pod zalinkowaną na Facebooku recenzją Sztafy ukazał się komentarz Pawła Ramsa, pracownika PAN. Zawadzka wymieniła go w podziękowaniach w książce jako „przyjaciela”, a także „pierwszego czytelnika i recenzenta”. Rams skrytykował Sztafę za „wyższościowy ton” akademika, który poddał „miażdżącej recenzji opowieść o doświadczeniu osoby zmuszonej do pracy fizycznej”. Zasugerował, że Sztafa jako badacz współczesnej polskiej liryki zapewne nie ma większego pojęcia o realiach takiej pracy, on sam zaś zdecydowanie „bardziej ufa” spostrzeżeniom Zawadzkiej. Tym samym Rams potraktował Gorycz w takich kategoriach, w jakich w badaniach nad Holokaustem postrzega się świadectwa ocalonych. Nie należy ich poddawać ocenie, lecz trzeba je przyjąć jako dokumenty o wyjątkowym znaczeniu – z perspektywy zarówno historii, jak i etyki. Zauważmy, że autoetnografia podlega jednak innym trybom lektury. W jej przypadku, jak już zwracałem uwagę, wiarygodność i trafność opisu potwierdza (lub nie) czytelnik.
Dochodzimy w ten sposób do sedna asekuracyjnej strategii twórczej Zawadzkiej. Z jednej strony chce ona opisać realia emigracji zarobkowej jako badaczka, która uniwersalizuje swoje doświadczenie, obudowując je kontekstami teoretycznymi. Z drugiej jednak strony pisze Gorycz jako osobiste świadectwo, w którym za prawdziwe uznaje się to, co jako prawdziwe odczuwała autorka. Nie można z nią dyskutować, bo nie sposób dyskutować z jej emocjami. W idealnym scenariuszu każdy powinien dołączyć do wspólnoty afektywnej budowanej w Goryczy i automatycznie uznać wartość poznawczą książki. A jeśli ktoś nie zechce do tej wspólnoty dołączyć, nie ma prawa krytykować Zawadzkiej – tak jak nie wolno krytykować cudzych wyznań na terapiach grupowych.
Zauważam to bez cienia satysfakcji, wyłącznie z goryczą.
