Rozebrał się do naga. Patrzył w wielkim lustrze na stare i pomarszczone ciało. Do pokoju wpadało ostre słońce. Lato tego roku w Waszyngtonie było bardzo gorące, temperatura sięgała czterdziestu stopni. Po paru chwilach położył się na wznak na gazetach. Leżał tak może pół godziny, po czym podniósł się, otworzył wielkie drzwi, wyszedł na taras. Spojrzał w dół. Kamienica w której mieszkał, a która w całości należała do niego, nie była zbyt wysoka, miała (o ile pamiętam z rodzinnych opowieści) cztery piętra.
Tyle że z grzeczności ojca nic nie wychodziło. Konstantego wszyscy olewali. Jego dzieła nie znajdowały uznania u stołecznych czy krakowskich redaktorów, którzy traktowali je jak wykwity starego polonusa, co z nadmiaru czasu zabrał się za pisanie. A ojciec nikogo na siłę nie mógł przecież przekonać. Ja zaś, z moją pięcioletnią wtedy siostrą, byłem skazany na opowieści o egzotycznym polskim szlachcicu.
W roku 1977 Konstanty (lubił, jak mówiliśmy do niego per Kostek, akceptował również formę „wuj”, był bratem mojej babci ze strony ojca) przyjechał po raz przedostatni, przywożąc, jak zwykle, wspomniane już utensylia spadochronowe. Od wielu lat pod okiem ojca i znajomych instruktorów uczył się nie tylko teorii skoków, lecz także budowy „paraszutów”. W garażu latami leżały porozrzucane spinki, wpinki, klamerki, jakieś płótna, wtedy trudno dostępne. Oczywiście łatwiej byłoby spadochron kupić, ale dla wuja i ojca taka opcja nie istniała. „Za łatwe…”. Mieli ambicję skomponować (tak określali tę czynność) własny „paraszut”, nielegalnie, rzecz jasna. Podkreślali wszakże, że wielką inspiracją w ich pracy był pewien projekt, który wuj dostał kiedyś od jakiegoś ważnego człowieka we Włoszech. „Nigdy nie został zrealizowany. A podobno rewolucyjny”.
Kostek wprowadził do niego kilka swoich innowacyjnych pomysłów, bo te oryginalne, jak mawiał, były po prostu przestarzałe.
Jeden niedokończony spadochron leżał w Poznaniu, drugi wuj miał u siebie w Ameryce. Ten pierwszy koniec końców kot Żwirek poszarpał tak mocno, że matka spadochron wyrzuciła czy też może pocięła na szmaty? Nie pamiętam. O losach amerykańskiego nic nie wiedziałem. Ojciec mówił, że ostatecznie Kostek go skończył.
Nie wiem, który to już raz podróżowali do tej Częstochowy. Wiem jedno, wuj wtedy nie skoczył. A podobno było to jego największe marzenie. Musiał być poirytowany. Zawsze wszystko mu się udawało. Co chciał mieć, to miał. Niewątpliwie był dzieckiem szczęścia.
Nawet prawie niemożliwa ucieczka z Polski, już w trakcie trwania wojny, wyszła mu perfekcyjnie. Wuj, który od roku 1942 mieszkał w Waszyngtonie, wypłynął z Portugalii w roku 1941 na pokładzie transatlantyku, który nazywał się SS Serpa Pinto, wraz ze swoją żoną Zośką Manissaly, której ojcem był niejaki Ifrim, „najmłodszy syn Jana Manissaly’ego i Katarzyny z baronów Capri” – jak mawiał ojciec.
Lata całe nie miałem pojęcia, kim oni byli, ci rodzice Zochy. Baronowie? Ojca nie dopytywałem, bo i po co, skoro historia była dla mnie wtedy przeszłością bez jakiejkolwiek wartości.
Dopiero po latach (ojciec już nie żył) absolutnie przypadkowo natrafiłem na dziwny artykuł w piśmie Ormian polskich, w którym pojawiali się wuj i ciotka. Pismo nazywało się „Awedis”. Pojęcia nie mam, jak na nie trafiłem. Pamiętam tylko, że tego dnia miałem potworną wręcz gorączkę, przerzucałem witryny w Internecie i nagle pojawiło się nazwisko, w istocie pospolite, niemniej zatrzymałem wzrok i zacząłem czytać. Ciotka zmartwychwstała. Wuj stanął na nogi jak żywy.
Andrzej A. Zięba, profesor zajmujący się zawodowo polskimi Ormianami, napisał esej o tym, że ojcem ciotki Zośki był jeden z bohaterów Na wysokiej połoninie, wielkiej sagi Stanisława Vincenza, wspomniany już Ifrim…
[…]
[Dalszy ciąg w numerze.]