07-08/2021

Bartosz Suwiński

Kosmos zamknięty w słowie

Tom poezji Leszka Szarugi zatytułowany Istnienie to w dużym stopniu książka eksperymentalna, wypełniona poezją konkretną, dziecięcymi rymowankami, wyrywkami z esejów, książek historycznych, eksponująca materialność słów, rozmaite sposoby docierania do znaczeń. Językowe symulacje odbywają się tu w graficznych kwadratach i prostokątach, niejednokrotnie rozpadają się na stronie; przykuwają naszą uwagę nietypową typografią i pogrubioną czcionką. Fragmenty słownika Samuela Bogumiła Lindego sąsiadują z cytatami z lektur czy wersami z narodowego hymnu, których konotacje czytamy od nowa. Uznanie dla Bolesława Leśmiana łączy się tu z troską o pogruchotany alfabet z bajki Juliana Tuwima. Momentami przypominają się wszystkowiersze Krystyny Miłobędzkiej, momentami strumienie świadomości napędzane czytaniem cudzych słów (np. Stanisława Czycza czy Stanisława Drożdża). A innym razem wersyfikacyjne lekcje (z) historii.

Istnienie – to słowo, na punkcie którego zafiksowany jest podmiot tych wierszy. Bada jego przeszłość i etymologię; interesuje go źródłosłów, w macierzy poszukuje treści, które możemy wyczytać z niej dziś. Autora fascynują i litery, i mowa. Wszelkie porządki i nieporządki, komunikujące treść, którą można przysposobić, zanegować, podać w wątpliwość. Za poetą można pytać: „Ale za sprawą jakiego nawyku uznajemy a za «pierwszą literę / alfabetu»? To dość arbitralne, podobnie zresztą jak sam alfabet. Litera / jednak to litera”.

Bohater tych wierszy żyje w literaturze i dla literatury. Jego wspomnienia ewokują stan wojenny, w pamięci wertuje momenty, w których słowa integrowały treści. W poprzednim tomie, pod tytułem W tym samym czasie, poeta wyznawał: „Po prostu słowo jest formą kosmosu. Pod jej powierzchnią – a tylko ta jest nam dana – buzuje magma znaczeń, których jednoczesność powoduje, że wciąż się wzajemnie znoszą i ustanawiają od nowa. Docieranie, do tego, które ocala i jego pochwycenie jest trudem poetów”. W nowej książce ten trud staje się wyraźniejszy i oczywistszy, a nade wszystko – pożądany. Podmiot chciałby się zakotwiczyć w jakimś kontekście. Wiersze powstają na granicy literatury i sztuk plastycznych, poszukują luk między desygnatem a jego określeniem. Pokazują, jak bardzo nasze myślenie determinuje język i jego słowne reprezentacje. Zdają sprawę, jak nieciągła i krucha jest w gruncie rzeczy nasza percepcja: „puste miejsca / istnieją / i pełne są bólu”.

Poeta chciałby uczynić słowo rękojmią integrującą podmiot, tak, by w projektowanej logorei znaczeń ontologiczne zespolenie gwarantowało wyjście z labiryntu mowy w znaczenia i treści. Wersy wpisane są w grafię prostokątów i kwadratów. Tworzywem są tu poszczególne figury i słowa – rozstrzelone, to znowu pogrubione, ze znaczeniami współzależnymi od ich wizualnych teł. Skończone dzieło multiplikuje stan ciągłej semantycznej niegotowości, ale i nieskończoności. Pisanie jest u Szarugi próbą dialogu, ale i samym dialogiem, nawet jeśli ten nosi wszelkie znamiona magmy słownej w niespokojnym solilokwium. Czytamy oto:

ciemna jest mowa wszechświata

z rozbłyskami poezji których

migotania są jak ludzkie życie

momentalne i znikają

w mroku nieistnienia

w tych błyskach pojawia się

coś czego nie umiem

pochwycić w słowach

powtarzam więc za mistrzem

więcej światła

a echo powtarza

więcej świata


Wydaje się, jakby poezja Szarugi nie posiadała wyraźnego początku i końca. Jak gdyby poetycka mowa nie ustawała i nie kończyła się wraz z ostatnim wierszem, przywołującym łacińską sentencję errare humanum est. Mylić się wszak jest rzeczą ludzką, błądzenie jest bowiem typowym przeznaczeniem człowieka. Jeżeli poezja nie ma celu, to może się pojawiać w miejscach niegotowych i może mieć tyle docelowych przesłań, ilu będzie mieć czytelników.

Szaruga to poeta, który nie dba o nasz czytelniczy komfort, z tomu na tom każe nam weryfikować oczekiwania, jakie mamy wobec wiersza, pokazuje poezję jako autonomię słów, wyrwanych z kontekstów, w semantycznych demontażach, w fizycznych obecnościach. Naraz zdajemy sobie sprawę, że poezja robiona jest ze słów. Wracają do nas truizmy. Że każde słowo niesie jakąś treść, ma swoją przeszłość, życie w mowie i słowniku. Poeta zwraca nam uparcie uwagę, że słowa mogą być przedmiotami, że znaki istnieją w języku, bez naszej uwagi. Nie zapominajmy jednak, że to są wciąż teksty do czytania. Kierują ku nam pytania. Jak określić relację, jaką buduje wiersz z odbiorcą, jeśli ten pierwszy stale się rozprasza i dezintegruje? Czy poezja Szarugi bardziej narusza przestrzeń mojego komfortu, czy to ja muszę wykonać większą pracę, by dać w końcu odpór odnawiającej się permanentnie w tych wersach różnicy? Może idzie o wolność słowa, o to, że aby tekst stał się wolny, ostatecznie muszę zrezygnować ze swoich ambicji wyczytywania z niego prymarnych przesłań i treści? Kilka znaków przecież wystarczy, aby była jakaś góra i jakiś dół, zarysowały się granice kartki, ujawniło światło.

Autor Zaczyna się z pewnością zgodziłby się z tym stwierdzeniem Georges’a Pereca poczynionym w Przestrzeniach: „Niewiele jest takich wydarzeń, które nie zostawiają chociaż jednego śladu na piśmie. Niemal wszystko w jakimś momencie przechodzi przez kartkę papieru, stronę notesu, kartkę kalendarza czy też przez jakikolwiek inny przypadkowy skrawek papieru” (przeł. Agnieszka Daniłowicz-Grudzińska). Przeczytajmy zatem następny wiersz:

poszukiwanie na ślepo słowa –

klucza do zrozumienia na jakim

świecie nam przyszło żyć

i umierać to krecia robota

garstki poetów wierzących

w to co Bolesław Leśmian

nazywał magią słów lecz on

potrafił niepostrzeżenie

wpisywać nowe słowa

do słownika który się

potem rozsypał a czynił to

tak:


Poeta odczuwa niewystarczalność języka do opisu świata. A może jest zgoła odwrotnie: języka jest aż tyle, że przykrywa widzenie świata? Nie mam tu pewności. Zostawiam te sprawy nierozstrzygnięte. Podobnie można postawić kwestię, czy autor ucieka od konwencji, czy za jej pomocą rozszczelnia sensy? Może Leszek Szaruga (jak twórcy nadrealistyczni) próbuje uwolnić poezję od literatury? Przeciwstawia się utrwalonym konwencjom języka i uznanym ruchom myśli? Czy da się inaczej spojrzeć na życie – poza ustalonymi porządkami, tradycyjnym rozumem i znaną logiką? Kolejne lektury tego tomu umacniają we mnie te pytania, ale nie przynoszą rozstrzygających odpowiedzi. Pewne jest, że jak mało kto Szaruga dba o typograficzny wymiar swoich tekstów. Pokazuje komunikacyjny chaos, jaki staje się naszym udziałem. Koreluje patologię znaczeń z nieobecnością sensu, by pożenić z niemożnością porozumienia.

Z wieloma fragmentami wierszy Szarugi jest trochę tak jak w passusie Piotra Pazińskiego o poezji Paula Celana (pomieszczonym w książce Rzeczywistość poprzecierana), kiedy badacz pisze, że ostaje się tylko język: „śmiertelny nieśmiertelny, w strzępach, kaleki, przetłumaczony na inne języki i inne litery, i tu i ówdzie widoczny w krajobrazie, rozproszony po niebie i ziemi”. Poezja może zapowiadać nowy ład, ale nie może go ukonstytuować. Choć języki trwale przemieszały się ze sobą, nie można mówić o wspólnocie idei i przesłań, a jedynie o rozdzieleniu każdego osobno. W tomiku z roku 2015 zatytułowanym Fluktuacja kwantowa poeta zapisał: „wszystkie teorie / spaja / człowiek każdy / człowiek / inaczej”. We mgle znaczeń słowa jednak zachowują tożsamość. W żywym słowie mieszka przeszłość jego odczytań i znaczeń. Zawsze bowiem idzie o zrozumienie świata – mówi poeta – na jakim się żyje i w którym się umiera. Musimy uważać na cudze słowa brane pozornie na wiarę. Nie możemy cudzymi słowami opowiadać swoich doświadczeń i historii. Te wiersze upominają się o głos. Upominają się o głos. O głos.

Leszek Szaruga:Istnienie.
Zaułek Wydawniczy Pomyłka,
Szczecin 2020, s. 62.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.