12/2025

Paweł Sołtys

Kraków

Pamiętam, jak Wujek Wariat powiedział mi, że Kraków o północy, przez Smoczą Jamę, znika w ziemi. Jak zassany przez odkurzacz. I tam pozostaje do świtu. Potem, całkiem jak dmuchany z czeluści balon, wraca na miejsce. Miałem wtedy sześć lat i nie uwierzyłem. Tyle że kiedy masz sześć lat, granica między wiarą a niewiarą nie jest więcej warta od parcianego sznurka. I, szczególnie w snach, pęka pod byle pretekstem. W snach warszawskiego dziecka nocni krakowianie są cieniami rzucającymi cień, wszystko robią po omacku i syczą na siebie jak węże.

Wiele lat później, gdy poznałem kilka krakowianek i paru krakowian, okazało się, że to w większości prawda. I znikałem z nimi pod ziemią, i byłem cieniem rzucającym cień i syczałem: zróbżeee, chodźżeee, jak galicyjski zaskroniec spełzły w noc.

Niektórzy z autochtonów, szczególnie na początku, z powodu mojego miejsca urodzenia i zamieszkania spoglądali na mnie wzrokiem ludzi dostrzegających liszaj albo grzybiczny zaciek na kaflach dziewiętnastowiecznej łazienki w kamienicy projektu Nitscha. Ale dalece nie wszyscy i w końcu nawet ci pierwsi, z czasem, patrzyli na mnie, jakbym był może nie z Półwsi Zwierzynieckich, ale co najmniej z Bochni, Głogoczowa, Skawiny.

Trudno się zresztą dziwić, skoro to miasto nasiąkało historiami w typie tej o seansach spirytystycznych u Lucjana Siemieńskiego: poety, tłumacza Odysei i Michała Anioła, powstańca listopadowego, spiskowca i w swoim czasie towiańczyka. Którejś nocy w jego mieszkaniu nad stolikiem, nad przejętymi sylwetkami uczestników, pojawił się czy raczej zastukał sam Homer. Z prośbą, by udzielono mu łaski chrztu. Jak pisze wspaniała Krystyna Jabłońska: „…której to prośbie z całą powagą oraz wymaganym ceremoniałem uczyniono zadość”.

Więcej niż sto pięćdziesiąt lat później widziałem go w nocy na Kazimierzu. Ślepego, ochrzczonego i tyleż bezradnego, co strasznego. Chodził i prosił o kilka złotych, o zdjęcie jarzma chrztu, o ekskomunikę, która pozwoliłaby mu znowu wziąć w nozdrza zapach Elizjum. Zatruty krakowskim winem, którego nikt nie miesza tu z wodą, żeby jakieś jońskie miazmaty nie skaziły cesarsko‑królewskiego trwania, błąkał się między pijanymi i trzeźwymi, nigdzie nie znajdując zrozumienia, gdzieniegdzie znajdując jałmużnę. Kilka kroków za nim szedł tej nocy Zizi Klotz. Józef syn Judy. Ten, który mógłby być najpiękniejszym i najsmutniejszym łącznikiem między Krakowem a Warszawą. Zizi był zawodnikiem Jutrzenki Kraków, bundowskiego zespołu, był też żołnierzem austro‑węgierskim i ochotnikiem polskiego wojska w wojnie bolszewickiej. Grał na pozycji stopera. Tej pozycji, gdzie trzeba mieć spokój, trzeba mieć nerwy, dystans. Być może dlatego już w drugim jego meczu w reprezentacji wyznaczono go do strzelania karnego. Ze Szwecją. Dając mu szansę na zdobycie pierwszej bramki w historii reprezentacji Polski. O czym pewnie wtedy mało kto myślał. Zizi nie wziął rozbiegu, z miejsca, ze spokojem czterech tysięcy lat przodków noszących jego imię, załadował w okienko. To był jego ostatni mecz w kadrze. Potem chyba nie wszystko szło po jego myśli. A może nie po myśli innych. Ożenił się z katoliczką we Włocławku, ale jeszcze grał w warszawskim Makabi, w Warszawie mieszkał i pracował. Zabili go niemieccy mundurowi tchórze w getcie, w czterdziestym pierwszym. Ale teraz szedł i żonglował puszką po piwie, tak zręcznie, że rozglądałem się za nitką, na której ktoś tę puszkę trzyma. Sam trzymał się kilka kroków za Homerem, ale gdy ktoś odnosił się do ślepca bez szacunku, porzucał puszkę i zaciskał pięść twardą ją Masada. To wystarczało.

Twarde krakowskie mury, błądzące krakowskie legendy, kolega poeta, koleżanka profesorka, anglikańskie tłumy wyzute z moralności i uroku, wszystko to, za każdym razem, trochę pochopnie utwierdzało mnie w myśli, że Kraków istnieje, że pod rusztowaniem art deco i dymu pod Dymem jest miasto. Jednak gdy idę w nocy Kobielską i skręcam w Rębkowską, żaden Kraków nie istnieje, żadna Parma, żadna Florencja. Noc jest lepka, lipcowa. Tu, za zakrętem, powiesił się Stachura, był pięć lat młodszy ode mnie. Większość latarni ma tu fajrant, łatwo pomylić spacer ze snem. I wtedy Kraków znowu się trochę materializuje, jakby ktoś stąd dmuchnął, spod ziemi, może Stachura właśnie, a może Wujek Wariat, który tu niedaleko, na Dwernickiego, trzydzieści lat chodził po swoim pokoju jak po spacerniaku, który zmyślał historie, który wpuszczał tylko mnie i jednego kumpla z cyngwajsami, cyngwajsami czarnymi jak podziemny świat. Z kotwicą na przedramieniu, dla której od dawna już nie było mórz.

I kiedy znowu zaczynam wierzyć w istnienie pełne i nieodwołalne Podwawelszczaka, przypominam sobie jednego z krakowskich wędrowców, o którym ani chybi pisał już Palladiusz, bityński biskup, w piątym wieku, z pustynnego piasku: „Paraliż chłopca polegał na tym, że gdy spluwał, pluł na swe plecy, tak bardzo był pokręcony” (przekład Stanisława Kalinkowskiego). Chłopiec był czterdziestoletni, blady na twarzy jak tynk, ceglany w kolorze dłoni i stuporze. Nagle jednak popatrzył trzeźwo, wieszczek w chwili uniesienia:

– Bywałem tam u was. Mało kto z kim gada. Wszyscy zajęci, obdęci, napięci. Gotowi. Gotowi jak jasna cholera. Samotni. Żadnej wspólnoty. Ale coś ci powiem. Gdyby tak wziąć te wszystkie samotności warszawskie, te pustki, te wyrwy i napompować nimi absurdalny jak ceny mieszkań balon, i zaczepić go o iglice Pałacu, to by uniósł to miasto z Piasecznem, Markami i Otwockiem. Uniósłby je z wielkim westchnieniem ulgi, że to już, że to koniec, że już wystarczy. Jakby księżyc wypuścił powietrze, oddech, który wziął jeszcze przed pojawieniem się ludzi. I leciałby ten balon z miastem nad światem powolutku, tempem zapominania, i wszyscy by z mieszkań, z ulic, z domów, z knajp w końcu wypadli. Zgubili się po drodze. I wreszcie on by osiadł, osiadł gdzieś na Kalahari czy Kyzył‑kum i tam byłaby nowa Warszawa, z budynkami, samotnościami, smutkiem i powoli zasypującym go piaskiem. I tylko Pałac powoli zmieniający się we wzgórze przypominałby ziggurat. Ale jeśliby został jeden warszawiak na świecie, może dwoje, to jak ich znam, przyszliby na to miejsce nad Wisłą, na skarpę, gdzie nic by już nie było, i powiedzieliby: tu jest Warszawa, będziemy odbudowywać.

A może to ja mówiłem do niego, a nie on do mnie. Bo, jak pisał o Serapionie Wędrowcu Palladiusz: „…ludzie bowiem różnią się charakterami, a nie substancją”.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.