01/2022

Leszek Bugajski

Krytyka jako powieść

Tomasz Burek był krytykiem wybitnym i nie ma tu powodu rozwijać tematu jego zasług dla literatury, bo poświęcono im dziesiątki, jeśli już nie setki tekstów. I wiele wskazuje na to, że Burek nadal będzie krytykiem jednych inspirującym, a innych niepokojącym. Inspirująca jest rozległość jego erudycji i spojrzenia na literaturę, niepokojące jest to, jak się zmienił i jak w Dziele niczyim, książce z 2001 roku, odżegnał się od swojej krytycznoliterackiej działalności i uznał lata jej poświęcone za czas tkwienia w błędzie. Za to sam skazał się na „kwarantannę”, której pisanym świadectwem jest głośny Dziennik kwarantanny (2001) – i zarazem świadectwem tego, jak wybitny krytyk stał się agresywnym publicystą. No ale taką drogę uznał w latach dziewięćdziesiątych XX wieku za właściwą. Wolno mu było.

„Byłem zainfekowany i przechodzę proces odtrucia” – wyjaśniał w jednym z wywiadów z tamtego okresu. Na łamach „Twórczości” Adam Komorowski, recenzując Niewybaczalne sentymenty (2011), po serii cytatów napisał: „Trudna i zaniedbana w naszym kraju sztuka inwektywy znalazła w Burku mistrza, jakiego nie mieliśmy od czasów Adolfa Nowaczyńskiego”. I to daje komuś, kto nie zaglądał do tekstów późnego Burka, wyobrażenie o tym, jak „odtrucie” przebiegało.

Na czym polegało to zainfekowanie? Jeśli na tym, że czuł wyrzuty sumienia, bo przez lata uczestniczył w PRL-owskim, jakoś koncesjonowanym, życiu literackim i – powiedzmy – na tym, że przeszedł młodzieńczy okres sympatii do lewicy, to mocno przesadził. Choćby dlatego, że trudno znaleźć w jego pokoleniu i w młodszych rocznikach inteligentów, którzy nie mają na sumieniu takiego „grzechu”, a potem nie poszli w inną stronę bez wyrzutów sumienia, bo się ich raczej nie ma po łagodnych „dziecięcych chorobach”. A że uczestniczył w życiu literackim? Jako człowiek aktywnie zainteresowany literaturą nie miał innej możliwości realizowania swoich ambicji. Był krytykiem i – jednak – historykiem literatury niezależnym, odważnym i z pewnością należącym do ścisłej czołówki najlepszych krytyków ubiegłego wieku. Za co więc skazał się na kwarantannę? Ja tego nie rozumiem.

Krytyk powinien od wszystkiego trzymać się z daleka, polegać tylko na sobie i na swoich lekturach. Może się mylić, może zmieniać opinie, bo nie działa w polityce, nie ogranicza go żadna legitymacja czy przysięga. Rozlicza się z własnym sumieniem. Burek przecież to wszystko rozumiał i dawał temu wiele razy wyraz.

Jest jeszcze druga możliwość: Burek ogłosił swoje udanie się na „kwarantannę”, bo chciał coś zademonstrować. Co? Myślę, że jeśli rzeczywiście tak było, to postanowił zademonstrować przeciwko temu, że nie można zrealizować celów, jakie stawiał krytyce literackiej i sobie jako krytykowi. Być może zobaczył i przeraził się tym, że kiedy kraj odzyskał wolność, kultura nie rozkwitła, nie stała się krytyka literacka wiodącym jej przejawem, a wręcz przeciwnie – podupadła, bo nie była już potrzebna w świecie opanowanym – jak to pisał – przez „popkulturę gawiedzi” i kierującym się „tandetnymi modami kulturowymi”. I na początku lat dziewięćdziesiątych zeszłego wieku porzucił uprawianie krytyki w wersji tak krystalicznie czystej, jak to robił przez lata – został publicystą zaangażowanym w doraźne rozróby na scenie kultury, rozróby z podtekstem politycznym, który to podtekst – jak wiadomo od dawna – szkodzi krytyce literackiej jak mało co.

Nie miejsce tu na to, by rozwodzić się nad kierunkiem, w jakim ruszył Burek na tym etapie życia, i na oceny tego. Myślę, że na to przyjdzie czas, zresztą już rozmaici szybcy – zbyt szybcy – harcownicy zabrali się za to, twierdząc na przykład, że „z oryginalnego krytyka i badacza kultury współczesnej, z fascynującego myśliciela stał się Tomasz Burek dość nieznośnym moralistą i ojcem Pirożyńskim polskiej krytyki literackiej, ścigającym «przebrzydłe demony relatywizmu»” (Krzysztof Lubczyński, pisarze.pl).

Burek jako krytyk zasługuje na poważną analizę całego dorobku i uważne prześledzenie zmian, jakie w jego tekstach zachodziły, a nie tylko na koniunkturalne oceny – gładkie z jednej strony i ostre z drugiej. Moim zdaniem należy mu się pełna edycja pism, najlepiej w porządku chronologicznym, bo intelektualna droga, jaką przeszedł, jest ciekawa, instruktywna i warta prześledzenia właśnie w takim układzie – od początku do końca.

Zbigniew Mentzel, który przygotował nowy wybór nie publikowanych w osobnym tomie dwunastu tekstów Burka, już w drugim akapicie wstępu wyraża oczekiwanie, że powinna nastąpić „w miarę kompletna edycja pism Tomasza Burka”. Zna możliwości polskiego ruchu wydawniczego, więc nie wspomina o kompletnej edycji, która mnie się marzy, a tylko o „w miarę kompletnej”. Ja myślę, że dorobek Burka jest dzisiaj najbardziej interesujący przeczytany od początku do końca jak powieść, bo w jego pisaniu zawarty jest wielki dramat literacki i życiowy, opisane są wielkie ambicje i wielkie rozczarowanie, bo nie było chyba w drugiej połowie XX wieku krytyka, który tak poważnie jak on podchodził do zadań, jakie widział przed sobą. Ba, już samo stawianie przed samym sobą tych zadań było u młodego Burka niezwykłe. I ten rozmach, z jakim podchodził do ich realizacji… Bo był Burek krytykiem, który wychodząc od literatury, od konkretnego utworu, szukał poprzez niego prawdy o epoce, w jakiej powstał. Ale nie prawdy w sensie socjologicznym, lecz całej Prawdy.

W otwierającym wybór Mentzla szkicu Demokratyczne tworzywo literatury opublikowanym w jednym z pierwszych numerów świeżo wówczas powołanego miesięcznika literackiego młodych „Nowy Wyraz”, pisał w 1972 roku trzydziestoczteroletni Burek, że w literaturze chodzi „o wielopoziomową architekturę dzieła powieściowego stanowiącą najpełniejszy duchowy równoważnik skomplikowanego i z reguły powikłanego przebiegu wszelkiego rodzaju procesów życiowych”. I postulował – bo to w gruncie rzeczy był tekst o charakterze programowym, jeden z tych, jakie w tamtych czasach z przejęciem formułowali dość często młodzi pisarze – „demokratyzm formy powieściowej”. Ów demokratyzm to „całkowita swoboda i niezależność od reguł «wysokiego stylu» literackiego klasycystycznej epoki, to w konsekwencji jej strukturalna chłonność i giętkość, pozwalająca zgłębić i jednoczyć wszystkie poziomy życia: od parteru sfery codziennej i potocznej, jak w naturalizmie, po najwyższe piętra estetycznej sublimacji, jak u Prousta”.

Mentzel słusznie otworzył swój wybór właśnie tym tekstem Burka – w zasadzie do końca swojej działalności krytycznoliterackiej Burek pozostał wierny sformułowanej tu wizji literackiego dzieła. Powraca ona chociażby w tomie Żadnych marzeń (1987), kiedy zastanawia się, jak powinna wyglądać konieczna do stworzenia „arcyksiążka”, „powieściowa biografia żyjącego pokolenia”, o jakiej sam marzył (i się nie doczekał). „[…] współczesna summa powieściowa nie powstaje jako powieść czysta – pisał wówczas – ale przeciwnie, jako twór wielogatunkowy i polimorficzny. Jako epicko-encyklopedyczno-historiozoficzno-osobista hybryda. Przynosi zaskakujące zespolenie form intymistycznych, eseistycznych, poetyckich i innych”.

Przywołałem te dwa cytaty, by przypomnieć, z jakim rozmachem myślał Burek o literaturze, a konkretnie o powieści, i jakie miał wobec niej oczekiwania. To jest coś w rodzaju punktu startowego, z którego rusza w swoją literacką drogę, określiwszy wcześniej szerszą sytuację duchową pokolenia, do którego należał, i pokazując uwarunkowania historyczne i polityczne (na tyle, na ile wtedy było to możliwe), które je ukształtowały. Zrobił to w przedmowie do opracowanego przez siebie zbioru tekstów krytycznych Ryszarda Zengla (Mit przygody i inne szkice literackie, 1970), swojego rówieśnika, świetnego krytyka, który zmarł tragicznie w bardzo młodym wieku. Temu tekstowi słusznie sporo uwagi poświęcił Zbigniew Mentzel w swoim wstępie do książki, więc nie będę go tu referował.

Książka w połowie składa się ze świetnych esejów, których bohaterami są Brzozowski, Przybyszewski, Irzykowski i Boy. Tam, w modernizmie i w twórczości tych pisarzy szukał Burek korzeni współczesności, podobnie jak to robił młodziutki Zengel. Czy był to efekt wpływu Zengla na Burka, czy też wynika ta „równoległość” z podobnych doświadczeń, to pytanie do badaczy literatury. Obaj jednak byli głęboko przeświadczeni o tym, że wtedy, na przełomie wieków, dokonała się wielka rewolucja w sztuce, od której zaczęła się nowoczesność we wszystkich swoich znaczeniach.

Burek cofając się od współczesności do modernizmu, odnalazł sposób na swobodne pisanie o wizji człowieka „wyemancypowanego, wolnego, wszechstronnego”, o czym wprost pisać w tamtych czasach nie dało się bez zderzenia z cenzurą. Mógł pisać o swobodnej literaturze, o etyce pracy, o postawach artystycznych nie obciążonych zobowiązaniami pozaartystycznymi, a takie zobowiązania władza nakładała choćby na pisarzy – najpierw bezwzględnie, a od połowy lat pięćdziesiątych XX wieku dyskretnie, ale jednak natrętnie. I pisząc o modernistycznej literaturze, a jeszcze częściej o myśli humanistycznej wtedy rozkwitającej, mógł Burek marzyć o arcyksiążce i kształtować swoją postawę krytyka, który poprzez literaturę chce zmienić „istniejący stan rzeczy” i dochodzi do sugestii o „rewolucji bez hipokryzji”. Czy gdyby taką frazę Burek umieścił w tekście innym niż historycznoliteracki, mogłaby się ona w latach siedemdziesiątych XX wieku ukazać drukiem? Raczej nie.

Zafascynowany rozmachem modernistycznych myślicieli, szukał Burek w modernizmie źródeł postaw jemu współczesnych, wzorców, które mógłby postulować jako rewolucyjne w czasach zgnębionych przez konsekwencje rewolucji 1917 roku. Tak było bezpieczniej. Ale odbiorcy tych tekstów, przynajmniej wielu spośród nich, rozumieli, w co i o co Burek grał, i czytali je z przejęciem – żeby nie szukać daleko: pamiętam doskonale, choć minęło pół wieku, czas spędzony nad cytowanym tu już szkicem z „Nowego Wyrazu”. Jego zapał był porywający dla ówczesnych młodych adeptów literatury i nie tylko dla nich. Siła jego tekstów z tamtych lat nic nie straciła ze swojej mocy, nadal czuć zawartą w nich pasję i emocjonalne napięcie.

A potem nastąpiło to, co nastąpiło – Burek jakby wyrzekł się samego siebie i choć jego legenda trwała nadal, był już zupełnie kimś innym: człowiekiem od doraźnych porachunków literackich. I pozostaje tylko żałować, że nie zajął się z całą siłą swojego talentu i erudycji przemianami kultury, na którą się po prostu obraził z niezrozumiałych dla mnie powodów. Nie ma już nikogo, kto tak jak on napisałby o dramacie Wilhelma Macha, kto z pasją dzieliłby się swoim zauroczeniem prozą Stanisława Czycza. On miał – do czasu – pasję i wiarę w siłę literatury. I przestał w nią wierzyć, w jej możliwości uratowania naszej kultury przed upadkiem. To tragiczne wydarzenie dla naszej literatury, na szczęście ta książka jego nadejścia jeszcze nie zapowiada.

Tomasz Burek: Pamięć głęboka.
Wybór, wstęp i opracowanie Zbigniew Mentzel.
Wydawnictwo Więź,
Warszawa 2021, s. 240.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.