03/2022

Krzysztof Wołodźko

Krzywda ludu, transformacje i książki

Przeobrażenia społecznego imaginarium po 1989 roku przyniosły nowe wyzwania polskiej samoświadomości. Upadek odgórnie narzuconych interpretacji świata, wspartych na marksistowskiej doktrynie ekonomiczno-społecznej, miał moc wyzwalającą. Radość niszczenia starych form była radością tworzenia form nowych – nadzieje związane z historiozofią kapitalizmu, w jego mocno wolnorynkowym nurcie, stopniowo urosły do rangi nowej, sprawczej mitologii. Znaczna część inteligencji, szczególnie wielkomiejskiej, lepiej społecznie usieciowionej i stojącej wyżej na przeróżnych szczeblach przepoczwarzających się hierarchii, miała większe możliwości, by skorzystać z tej szansy.

Koniec Polski Ludowej i początek III Rzeczpospolitej to także restauracja polskiej przedsiębiorczości – dla jednych to historia chwalebna, dla drugich – mafijna. Obie perspektywy były nadto upraszczające, ale weszły do kanonu opowieści o nowym polskim kapitalizmie. Biznesmen, figura upragnionej klasy średniej, stał się obiektem zainteresowania klasy politycznej i uwielbienia niemałej części nowych mediów, uwolnionych od brzemienia ideologicznych zależności poprzedniej epoki. Jako nastolatek zaintrygowany czytałem w „Gazecie Wyborczej” pochwalne w tonie reportaże o polskich yuppies, młodej elicie z wielkich miast, która skoro świt wypija szklaneczkę wyciskanego własnoręcznie soku pomarańczowego, a później bierze sprawy w swoje ręce, by zarobić pierwszy milion. To był świat pewnych siebie młodych kobiet i mężczyzn, zorientowanych na „łatwo dostępny” sukces w międzynarodowych korporacjach i własnych prężnych biznesach; świat, który stawiano za wzór Polsce znacznie uboższej w możliwości, często wiejsko-małomiasteczkowej, nagle pozbawionej pracy, komunikacji publicznej, zabezpieczeń socjalnych i elementarnego poczucia bezpieczeństwa.

Nie był to jednak świat jednorodny. Mały biznes, który obserwowałem wówczas wokół siebie, wyglądał zupełnie inaczej niż w opiniotwórczych mediach. To byli drobni ogrodnicy, handlarze z wielkopolskich bazarów, właściciele wypożyczalni kaset wideo. W obcych językach znali tylko tytuły najchętniej oglądanych przez publiczność filmów, wypijali cztery kawy po turecku z samego rana i mieli zniszczone ręce i wżarty brud za paznokciami. Ten typ biznesmena nieźle oddał Michał Witkowski w Barbarze Radziwiłłównie z Jaworzna-Szczakowej; książce, która z wielu przyczyn nie weszła nigdy do żadnego kanonu lektur. Drobni biznesmeni z początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku to byli ludzie głębokiej wiary w potęgę kapitalizmu, który i ich miał ozłocić, skoro są na nogach od rana do nocy, kombinują, jak tanio kupić i drożej sprzedać, głowią się, jak zdobyć zaufanie klienta i znęcić go radzieckim odkurzaczem, niemiecką grą elektroniczną, tajwańskim magnetowidem i piracką kolekcją kaset magnetofonowych, szerokim asortymentem muzyki od disco polo po thrash metal. Szczątkami ich marzeń nieco później wytapetowano gabinety nielicznych krezusów rodzimego kapitalizmu i biura menedżerów średniego szczebla w ekspozyturach transnarodowych korporacji.

Społeczny program początków III RP to nie były szklane domy, lecz talerz kuroniówki. Tak zostało na długo. Chłop i robotnik spadli z piedestału, człowiek z marmuru i człowiek z żelaza zmienili się w ludzi z pośredniaka. W 1990 roku zabrakło Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, oficjalnie zatroskanej o klasę pracującą miast i wsi, a gdy trzeba – nader sprawnej w biciu do krwi i na śmierć zwykłych przedstawicieli ludowych mas. Postkomuniści – z niezgorszym skutkiem – próbowali przez lata żyć z resentymentów i obaw tych, których nazywano sierotami po PRL. Ale i z repertuaru byłych PZPR-owskich aparatczyków szybko znikały hasła o robotnikach i chłopach, sprawiedliwości społecznej, konfliktach klasowych. Nie tylko dlatego, że postkomunistycznym decydentom, beneficjentom kompradorskiego kapitalizmu, coraz trudniej takie słowa przechodziły przez usta. W znacznej mierze działo się to dlatego, że nikt już nie chciał być robotnikiem i chłopem z PRL-owskiej czytanki. W swojej niechęci do retoryki i praktyki z czasów realnego socjalizmu ulica i „pałace” okazały się dość podobne.

Nowa, neokapitalistyczna opowieść o awansie społecznym Polek i Polaków przyjęła się na dobre. Ta wcześniejsza, z lat 1944–1989, skompromitowała się na wiele sposobów. Nikt nie próbował jej przez lata reinterpretować, chłopska i robotnicza przeszłość przestały być ciekawe. Wielkomiejska inteligencja, która po ustrojowym przepoczwarzeniu wciąż tłumaczyła nam świat, tyle że wedle innych już kluczy, nie miała żadnego interesu w tym, by opowiadać o dziejach robotnika i chłopa jako ważnym elemencie polskiej tożsamości. Przeszłość ludowa, przaśna i chamska, przetrwała na ogół w opowieściach rodzinnych, w bardziej intymnych, przyjacielskich zwierzeniach. Przecież nie da się ukrywać przed najbliższymi, że matka jest sprzątaczką, ojciec hydraulikiem, wujek naprawiał tabor autobusowy w PKS w miasteczku, zanim nie zlikwidowano zakładu pracy, ciotka zajmowała się prostą buchalterią w spółdzielczym sklepie, a babcia stała przy taśmie pełnej słoików z dżemem wysokosłodzonym wieloowocowym.

A tak naprawdę oni wszyscy jeszcze wcześniej byli ze wsi. Czasem głodnej i pełnej zestarzałej rozpaczy i harówki, uradowanej awansem z czasów PRL, czasem dostatniej i rozwścieczonej na komunistów. Ludowa opowieść przetrwała w domowych obyczajach „słoików”, ze wsi i miasteczek wiozących do wielkich miast warzywa, owoce, zupy i mięso, kluski i ziemniaki, kompoty i surówki, przytulność małomiasteczkowych rynków, rześkość lasów i pól, radość kumpelskich wspomnień i traumy trudnego dzieciństwa. Ale niemal nikt, komu się powiodło albo chciałby, żeby mu się powiodło, nie chciał być już z ludu, gdy zamykał drzwi na klucz, wychodząc na uczelnię, do pracy, na wielkomiejską imprezę. Możemy to nazwać wykorzenieniem, przyjęciem nowych społecznych ról, narzuconym wstydem, potrzebą samookreślenia właściwego paradygmatom współczesności. Możemy to też nazwać brakiem opowieści – a w kulturze mało jest rzeczy tak dewastujących, jak brak własnych opowieści.

[…]

[Ciąg dalszy w numerze.]

Adam Leszczyński: Ludowa historia Polski.
Historia wyzysku i oporu.
Mitologia panowania.

W.A.B.,
Warszawa 2020, s. 672.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.