12/2017

Stanisław Aleksander Nowak

Krzyż i muszla albo Księga Cieni

+Nikt, kto wyruszył na poszukiwanie zaginionej ++Liber Mundi++ (+Księgi Świata+) Salomona już nie wrócił. Ci, co ją znaleźli, po przeczytaniu zmarli. Byli bowiem tylko opisanymi w niej postaciami fikcyjnymi+ *

Astro Van Der Meer (ojciec),
zapisek na marginesie +Liber Mundi+

+Hermes Po Trzykroć Wielki napisał: ++Prawdziwe, bez kłamstwa, pewne i najprawdziwsze. To, co niżej, jest jak to, co wyżej, a to, co wyżej, jest jak to, co niżej++. Według tej instrukcji Egipcjanie zbudowali piramidy – klepsydry odmierzające wieczność+.

Zapisek w +Tablicy Szmaragdowej+

+Na początku było ++Słowo++ – pisane. Bóg, Ojciec Wiekuisty, stworzył świat pisemnie, a potem niezadowolony z efektu zmiął kartki w kulki i wyrzucił w kosmos+.

+Opisanie świata+


Prolog
albo rozdział zerowy
**

 

+To, co piszesz, musi być tak realne,
że aż nieprawdziwe, i tak nierealne, że aż prawdziwe+.

+Diariusz Miłośnika Nieprawdy+


 

P   +Patibulum+ znaczy +krzyż+. Stawiam go, ponieważ dobry chrześcijanin zaczyna pisanie od nakreślenia krzyża. Nazywam się Astro Van der Meer. Mam jeszcze drugie, trzecie, czwarte i wiele imion, z których dotąd tylko część poznałem. Albowiem każdy człowiek ma tyle imion, że na ich wypowiedzenie potrzebuje całego życia. Kiedy piszę tę księgę, czuję, że dotarłem już do kresu ziemskiej wędrówki. Dziś coraz częściej myślę o Niebieskim Jeruzalem: jego murach z jaspisu, bramach z pereł, domach ze złotych cegieł i srebrnych łyżeczkach, którymi zbawione dusze jedzą ryż na mleku. I zastanawiam się, czy z woli Wszechmogącego umrę śmiercią nagłą i haniebną, czy po sakramencie spowiedzi? Jak +militia Christi+ (+wojownicy Chrystusa+) zaczynający życie od trzech ziarenek pieprzu, a kończący trzema źdźbłami trawy. Bo trzy ziarnka pieprzu, na cześć Trójcy Świętej, połykają rodzące kobiety i trzy źdźbła trawy, na znak komunii z ziemią i Bogiem, wkładali sobie do ust konający krzyżowcy. Ci, co opatuleni w gronostajowe futra umierali na pustyniach Syrii i Outremeru (Palestyny). Pokonani przez Seldżuków w Anatolii, zwyciężeni przez Saladyna pod Rogami Hattin, pobici przez Mameluków pod Akką. Ci, co konali u Źródła Murada, pod Mansurą i na Ager Sanguinis (Krwawym Polu), gdzie jak napisał arabski dziejopis: +Straty były równe: Z piętnastu tysięcy wojów Proroka zginęło dwudziestu, z piętnastu tysięcy giaurów ocalało dwudziestu+. Oni wszyscy umierając, wkładali sobie do ust źdźbła. O ile, oczywiście, znaleźli na tych pustyniach jakieś trawsko.

Dawno już przekroczyłem siedemdziesiąt lat (granicę ludzkiego życia ustanowioną przez Boga w +Piśmie+). Przeżyłem dziesiątki +Biblii+. Tak bowiem odmierzam czas, odkąd oddano mnie do zakonu, gdzie każdy brat w ciągu roku musi przeczytać +Biblię+ jak w Cluny za opata Odilona. Dlatego dziś mógłbym wieść żywot zgaszonego cesarza. Syna Joanny Szalonej, Karola V, który po abdykacji zamknął się w klasztorze Geronimo San-Yuste w Estramadurze i do końca życia nie robił nic, tylko nakręcał swoją kolekcję zegarów: czterech dużych i szesnastu małych. Ale postanowiłem cofnąć wskazówki chronometru i opisać wszystko od mych narodzin aż po rok tysiąc pięćsetny. Czasy, gdy Gutenberg pożyczył tysiąc pięćset guldenów od mogunckiego mieszczanina Fusa, zbudował prasę drukarską na wzór prasy do wina i wydrukował +Biblię+ w stu sześćdziesięciu pięciu egzemplarzach na papierze i trzydziestu pięciu na pergaminie. Czasy, gdy +czarna sztuka+ była w takich powijakach, że ówczesne księgi zwiemy dziś +inkunabułami+, co znaczy +z kołyski+. Czasy Maryi i czarownic, gdy stawiano pomniki wodzom, ale i zdrajcom, by każdy mógł cisnąć w nich kamieniem.

Miałem ciekawe życie. Widziałem Hiszpanię po tym, jak Jej Katolicka Mość Izabela i Kastylijska ślubowała, że nie umyje się, dopóki nie wygoni z kraju ostatniego Maura. Widziałem ziemie Korony Hiszpańskiej, gdy admirał don Cristobal Colon triumfalnie wrócił do Sewilli, przywożąc na karace +Santa Maria+ i karawelach +Pinta+ i +Niña+ siedmiu Indian, nową chorobę zwaną +bubas+ (syfilis), wypchanego aligatora i zieloną papugę, siedzącą mu na ramieniu niczym gargulec na katedrze i skrzeczącą: +Amerrrrika!+. Pielgrzymowałem drogami Prowansji śladem Wincentego Ferreriusza. Człowieka świętego, który ujrzawszy raz spadającego z rusztowania murarza, zatrzymał go w powietrzu, udał się do Jego Eminencji biskupa, poprosił o zgodę na cud, a gdy ją uzyskał na piśmie, wrócił i ocalił robotnika. A dokonał tego w sobotę, bo cuda wydarzają się tylko w soboty lub w niedziele. Tak jak wizje i stygmaty pojawiają się tylko w piątki.

Razem z pątnikami, idącymi prosić o uzdrowienie lub o chorobę, przemierzyłem drogę do Santiago de Compostela, na której św. Dominikowi de la Calzada zaśpiewał upieczony kurczak. Przeszedłem Pireneje, gdzie inny św. Dominik (z Guzman) toczył teologiczną dysputę z diabłem pod postacią czarnej jaszczurki i wygrał ją, gdyż Zły rejterował, zostawiając ogon. Szedłem z +biczownikami+ w czarnej pelerynie z czerwonym krzyżem na lewym ramieniu, bo na lewym ramieniu Chrystus dźwigał krzyż. I biczowałem się harapem przez trzydzieści trzy i pół dnia, bo trzydzieści trzy i pół roku żył Jezus. Widziałem pląsających +taneczników+, ujadających +szczekaczy+ i +krucjatę dziecięcą+ – kilkuletnich brzdąców, co szli wyzwolić Grób Pański, a że nie znali drogi, więc w każdej miejscowości pytali: +Czy to już Jerozolima?+. Widziałem też ziemię, gdzie działał Gerard Segarelli z Parmy (przywódca Apostołów Chrystusa), naśladujący dzieciątko Jezus tak wiernie, że kazał się karmić piersią i przewijać.

Byłem we Florencji, gdy +Młot Boga+ (Savonarola) ogłosił +Święte szaleństwo dla miłości Chrystusa+. Gdy Święty i Apostolski Kościół nazwał +Sprzyjającą Rozpuście Instytucją Szatana+, po czym oznajmił, że premierem jego rządu jest Jezus i odtąd Miasto Kwiatów będzie rządzone za pomocą pacierzy. I gdy przed Palazzo della Signoria razem z +płaczącymi+ zbudował +stos próżności+ – wysoką na trzydzieści łokci piramidę z +diabelskich rzeczy+, ze schodami i ustawionym na szczycie drewnianym szatanem z wielkim brzuchem wypełnionym siarką. I przy wtórze trąb, dzwonów i chóralnego +Miserere+ spalił +marność+: karty do skata, bilardy, białe szachownice z białymi i czerwonymi figurami z jaspisu, flakoniki z rosą, fiolki z tybetańskim piżmem, barwiczki do ust z krwi węża, kołdry podbite futrem zwierząt dziennych (pod futrem zwierząt nocnych nie da się spać), suknie z brokatu i sukniowe satyny, stroje z guzikami z klejnotów, kolorowe jak zachód słońca wachlarze, sztuczne brody, peruki, maski, lusterka (te małe, wprawione w pierścień dla odpędzenia wszelkiej maści widziadeł, i te wielkie jak księżyc) oraz setki egzemplarzy +Dekamerona+ Bocaccia i dzieła Botticellego, ale nie +Primaverę+ (+Wiosnę+) będącą – jak wiadomo – skutecznym talizmanem przeciwko starzeniu się. We florenckim klasztorze San Marco widziałem celę numer dwanaście, gdzie na desce pod słomą spał +frate+ (+brat+) Savonarola. Opodal +dormitoriów+ (+sypialni+) widziałem też zaprojektowaną przez Michelozzo di Bartolomeo pierwszą w Europie bibliotekę publiczną, a w +wirydarzu+ (dziedzińcu) przy świetle miesiąca spryskałem swoim moczem krzewy +damasceńskich róż+ podlewanych nocą przez anioły.

Widziałem katarską twierdzę Béziers, gdzie Arnaud-Amaury na pytanie rycerzy +Jak odróżniać heretyków od chrześcijan?+ rozkazał: +Zabijajcie wszystkich, Pan swoich rozpozna!+. Przechodziłem obok zamku Tiffauges, gdzie Gilles de Laval (baron de Rais, bohater wojny stuletniej, marszałek Francji i żołnierz Joanny d’Arc) składał demonowi imieniem Barron ofiary z chłopców. Wędrowałem po ziemi Sinobrodego, co zabił sześć swoich żon i powiesił w sypialni, na ścianie pod krucyfiksem. Widziałem Jego Świątobliwość papieża, jego nałożnice i jego dzieci przedstawiane jako bratankowie i siostrzeńcy. Widziałem doroczny wyścig nierządnic, +barattierich+ (+pachołków+), Żydów i sześćdziesięciolatków, wyspę Sycylię Fryderyka II Antychrysta, który rozwiązał zakon na Monte Cassino, i Wyspy Eolskie wyglądające jak archipelag kamieni, wrzuconych do kałuży, by przejść przez nią suchą stopą.

Dotarłem do Marsylii, dokąd Józef z Arymatei przywiózł dzieci Chrystusa i oddał je do żłobka, i na hiszpańskie Wybrzeże Śmierci, do Cabo Finisterre, na sam koniec ziemi. Byłem tu i tam. Ale nie znalazłem Luilekkerlandu (Krainy Szczęśliwości), gdzie za spanie płacą; jakby w kąciku oka nie rodził się śpioch, tylko perła. Nie dotarłem również do Wyspy Wiekuistego Łkania, gdzie można dopłynąć tylko z berberyjską hurysą tak cudną, że gdy spluwa za burtę, przemienia morską wodę w słodką. Nie przekroczyłem nawet równika (pasa gotującego się morza).

Nie umiem jak mędrcy z Etiopii siodłać smoków, więc nie dotarłem do Sudanu, gdzie mrówki wynoszą z ziemi złoto pod swymi paznokciami, ani do wysuniętej na północ wyspy Ultima Thule, gdzie ludzie kapią się tylko w pocie wieloryba. Nie widziałem Hiperborejskiego Morza i falującej zorzy polarnej – niebotycznych organów grających barwami. Za to pływałem po Morzu Ciemności, co nie ma dna i dlatego na mapach oznacza je wydrapana w papierze dziura. Dotarłem też do miejsc niefigurujących nawet w atlasach chmur kreślonych przez marzycieli i bardziej odległych niż przylądki zwane +Nie+, bo nie można ich opłynąć. Dotarłem aż za horyzont Nie, gdzie już myśl nie sięga.

Poznałem śmiałka, co truchlał tylko przed kurami, bo uważał się za ziarno prosa i bał się zabójczego dziobnięcia. Byłem na ślubie męża z górą Wildesheim koło Zwolle. Widziałem jak wybranka wnet +odeszła od niego+ z powodu +niezgodności charakterów+ i jak połączyła się z nim po jego śmierci, gdy u jej stóp usypano kurhan. Byłem drużbą na +ślubie podróżnym+ zawieranym na godziny przez żonatych chcących uniknąć zdrady. Złapałem też bukiet na +weselu trupów+, gdy zmarłego kawalera żenili z wykopaną z grobu wdową, by miał noc poślubną.

Byłem dobrym i złym, ale nigdy nikczemnym, jak ten, co nie ma wrogów. Byłem alchemikiem, pątnikiem, inkwizytorem, fałszerzem relikwii, burzycielem ładu, zaprzańcem, mnichem i skrybą, choć nie tak żarliwym mnichem i nie tak cierpliwym skrybą, jak nestorianin brat Sergiusz, który nawrócił Mahometa na katolicyzm i napisał mu sto czternaście sur (rozdziałów) +Koranu+. Byłem nawet +wielebnym gryzaczem+ i rozmnażałem relikwie, chrupiąc kości świętych. Jak św. Hugon z Lincoln, który odgryzł dwa kawałki kości św. Marii Magdaleny w Fécamp. Wywiodłem w pole zbójów +muszelników+, ponieważ wzięli mnie za błogosławionego i chcieli poćwiartować na relikwie jak św. Romualda w Umbrii, a byli tak twardzi, że gdy ich powieszono na haku, palili fajki i mrugali do kobiet.

Gościłem u mnichów tak zakapturzonych, że nigdy nie widzieli twarzy innych braci ani nawet własnej. I gdy przed śmiercią podstawiano im do ust zwierciadło, swoje odbicie w lustrze brali za oblicze Boga. Poznałem przedstawicielkę dziwnej sekty, zawsze załatwiającą swoje potrzeby tak, że wystawiała goły zadek do słońca w dzień i do księżyca nocą. Robiłem interesy ze sknerą, co sprzedał swoją matkę za osiem srebrnych monet zwanych +grand blanc+ lub +douzain+ (+dwunastak+) licząc pięć +dwunastaków+ za urodzenie, dwa za wykarmienie i jeden za wychowanie.

Uprawiałem alchemię (+sztukę ogniową+). Ale nie dokonałem tak wiekopomnego odkrycia, jak Albert von Bollstaedt mający na usługach obłaskawionego diabła i jak mój preceptor. Albert Wielki po latach doświadczeń udowodnił, że ostrygi nie jedzą żelaza. Z kolei mój mistrz odział się w strój z lusterkami, wyhodował bazyliszka z krwi menstruacyjnej i zanim potwór przejrzał na oczy, zabił go przy użyciu szklanego dzwoneczka.

Parałem się alchemią (+sztuką królewską+), ale nie umiem wskrzeszać. Nawet na krótko jak Agryppa von Nettesheim. On gdy znalazł w pracowni zamordowanego żaka, przywrócił go do życia. Tylko na chwilę. Żeby ten poszedł do jadłodajni i tam oficjalnie, na oczach stołowników, przeniósł się na łono Abrahama. Nie potrafię wskrzeszać ani nawet zapalać świec palcami jak opat Seweryn. Choć znam mędrców pomarszczonych niby mózg, przypominających skropione piżmem trupy lub zwłoki więźniów króla Neapolu balsamowane, by je dalej trzymać w celach. Nie odkryłem +eliksiru młodości+. Choć przestudiowałem +Tractatus de vita proroganda+ (+Traktat o przedłużaniu życia+) razem z jego autorem, wielkim Artefiusem żyjącym już tysiąc dwadzieścia pięć lat, który czytał przy świetle wydzielanym z siebie, a na odchodnym, gdy ucałowałem jego brodę, wręczył mi trzydzieści mniej jedna pastylek z krzyżykiem przeciw wojnom religijnym. Nie poznałem enigmatów nieśmiertelności, lubo piłem herbatę z trzema kroplami złota u Araba imieniem Muntasir, który urodził się w +miesiącu błot+, tuż przed biblijnym potopem, i jest mędrcem, o czym świadczy jego zawiły jak labirynt turban i długie rękawy z wyszytymi cytatami z +Koranu+. Nie posiadłem tej wiedzy, choć korespondowałem ze skostniałym jak krzesło Hermesem z Arkadii pamiętającym czasy, gdy nie istniał jeszcze Księżyc, a ziemia była płaska jak naleśnik i nie chodziła w słonecznym kieracie. I który może nawet był Adamem, bo pyszałek chwalił się, że nie ma pępka.

Za to +robiłem słońce+, czyli złoto. Ściślej wytwarzałem +hiszpańskie złoto+ (mosiądz) z czerwonej miedzi, bazylii, octu, proszku smoka i krwi rudego człowieka. Biłem fałszywe monety, ale ani nie obcięto mi za to nosa, ani nie ukarano mnie obcięciem prawej ręki i wykastrowaniem jak dziewięćdziesięciu czterech fałszerzy skazanych przez Henryka I. Nie wrzucano mnie też do wrzątku na paryskim Targu Prosięcym. Nie skazano mnie nawet na noszenie pokutnego +sambenito+ (+świętego worka+) z naszytym językiem z czerwonego płótna (oznaką falsyfikatorów i krzywoprzysięzców). Bo też nie zdarzyło się, by w jakiejś oberży czy kantorze moją monetę przybito do lady jako fałszywą.

Pomogłem Archipoecie z bractwa Piewcy Kiszonej Kapusty organizującego misteria ku czci Matki Boskiej i Święta Głupców. Karnawałowe szaleństwa, gdy klerycy wdziewali wywrócone na lewą stronę ornaty, a potem w kościołach wyśpiewywali sprośności, klęli i lżyli wiernych, chrzcili psy i koty i na mensie przed ołtarzem grali w karcianą +pierdzimąkę+. Albo przebierali się za kobiety, wybiegali na ulice i obrzucali niewiasty końskimi gównami lub złoconymi jajkami z +wodą różaną+. Miałem w tym swój udział, a przecież ani nie przyszyto mi za to języka do wargi, ani nie przedziurawiono go razem z policzkami dwoma +widelcami bluźniercy+ ułożonymi na krzyż, nie ukarano mnie też nakazem noszenia +sambenito+ z żółtym krzyżem z trzema belkami (oznaką najgorszych kacerzy; gorszych nawet od templariuszy, co czytali +Koran+, w latrynach sikali na krzyż i wypinali się nań, odprawiając muzułmańskie modły). Pomogłem poetom, ergo magom, gdyż poeci nie piszą wierszy, tylko układają talizmany. Kumałem się z Maurem, któremu ojciec dał na pierwsze Matkobójca, a macierz na drugie Ojcobójca, by imiona odstraszały złe duchy. Znałem bluźniercę, co utrzymywał, że już jesteśmy w Niebie, a Kościół założono, by to ukryć. Spotkałem też +benandante+, który w czasie postu (raz na kwartał, we czwartek) przybierał postać lotną i zbrojny w łodygę kopru latał na sabaty naparzać się ze strzygami.

Rada Najwyższej i Powszechnej Inkwizycji (hiszpańska +Suprema+) oskarżyła mnie o odstępstwo od wiary i ścigał mnie sławny +Malleus Haereticorum+ (+Młot na Heretyków+), potrafiący nie tylko czytać księgi bosymi nogami jak Owidiusz, ale też wyczuwać stopami, czy księga parzy i jako wywrotową należy ją spalić. Tropił mnie inkwizytor bardziej bezwzględny niźli kondotier Werner von Urslingen walczący w srebrnym pancerzu z wytłoczonym napisem +Wróg Boga, litości i miłosierdzia+. Bardziej niecny niżeli arcyłotrzy stawiani przed sądem z przywiązanymi do stóp drewnianymi podeszwami, by nie kalali świętej Matki Ziemi, i bardziej podstępny aniżeli diabeł Lurey w czarcim rządzie pełniący funkcję Generalnego Geniusza.

Z poduszczenia inkwizycji tropiła mnie armia tak wyćwiczona, że zimą cała przemieszczała się po śladach idącego przodem żołnierza. Pospołu z końmi, jaszczami i taborami. A jeśli wysłała na szpicę jednonogiego, zostawiała za sobą tylko ślad buta. Ścigali mnie wojowie tak mężni, jak Madziarzy pijący krew rannych i dowodzeni przez Piotra Eremitę nadzy +tafurowie+ (+ubodzy+) uzbrojeni tylko w +pancerz wiary+ i świecki kij, i walczący z takim ferworem, że pod Antiochią wykopali trupy Maurów i je zeżarli. Podążali za mną też skrytobójcy, co pili haszysz, a zabijali zawsze sztyletem i tak, by mąż jęknął na +A+ (jak Adam), a niewiasta na +E+ (jak Ewa). Ich wzorem byli bowiem +al-hasziszijjin+ (+asasyni+) – szyiccy Ismaelici Starca z Gór, co ukrywali się w orlich gniazdach, żeby być wyżej od orłów zdobiących godła, i nie wiadomo, czy istnieli naprawdę, czy byli tylko literacką fikcją, bo poddali się dopiero, gdy Mongołowie spalili ich ogromną bibliotekę w Alamut.

Obwąchał mnie pies +niuchacz+ – jeden z tych specjalnie tresowanych przez inkwizycję, potrafiących po zapachu odróżnić herezjarchę od dobrego chrześcijanina. Miałem być torturowany, przypalany poświęconymi świecami, ściskany obręczami w machinie zwanej +córką śmieciarza+, a na ostatek obdarty ze skóry i zakopany w mrowisku. Wiem o tym, bo znalazłem skórzane worki, w jakich +Sanctum Officium+ przechowuje akta sądowe i luźne arkusze nieoprawione jeszcze w rejestry. Worki te znalazłem na ulicy Dnia Powszedniego w amsterdamskiej siedzibie inkwizycji przezwanej +Dominikańską Rakarnią+, gdyż trafiali tam ludzie wyłapywani przez +domini canes+ (+psy pańskie+). Rakarnię spalono niechcący (?) w karnawale, ale worki ocalały. Wisiały pod sufitem na podobieństwo jadła umieszczanego pod krokwią, by się do niego szczury nie dobrały. Okopcone dymem przypominały śpiące nietoperze. W czasie pożaru nikt ich nie ratował, ponieważ z budynku +Świętego Oficjum+ nie wolno wynosić akt.

Walczyłem bohatersko na kije, gladiolusy (kwiaty +mieczyki+), piasek, pytlowaną mąkę i żywe mrówki, ale wtrącono mnie do więzienia. Gorszego niż weneckie I Piombi przy Moście Westchnień, gdzie dach jest z ołowiu, a skazani stoją zgarbieni i, bywa, zabijają straże, by choć pod szubienicą rozprostować kości. Gniłem w lochu, w którym śmierć trzyma przy życiu, dając nadzieję na koniec mąk. Ale nie spłonąłem na stosie w czarnym +sambenito+, okręcony dymem jak powojem. Moich prochów nie wsypano zamiast piasku do klepsydry, by moja męka trwała po wsze czasy, nie wyczyszczono też nimi mosiężnych naczyń liturgicznych. Nie podzieliłem losu pięciu kardynałów, których papież Urban VI zgładził, a potem ich zasuszone ciała woził w swojej karecie. Nie spotkał mnie też gniew ludu. Bo choć służyłem inkwizycji, nie przywiązano mnie do ogona byka z rogami wysmarowanymi smołą i podpalonymi. Za to motłoch chciał mnie powiesić za nogi, bym umierał trzy dni dłużej. Albowiem wziął mnie za Żyda, co porywa niemowlęta na macę, a chłopców krzyżuje i wyrywa im serca, by się przekonać, czyliż faktycznie +Jezus w nich mieszka+.

Ukończyłem uniwersytet, czego dowodem wgłębienie na mojej lewej skroni, gdzie wykładowcy leją studentów pałką lub, jak w Aix, patelnią. Celuję umysłem, ale nigdy nie byłem urodziwym ani takim delikacikiem, jak Obieracz Owoców ze Skórki czy król Karol VI, który nie miał nawet paznokci, jadł lekkostrawne kilimy z najdelikatniejszej wełny, uważał, że jest ze szkła i w tym przeświadczeniu zmarł czy raczej stłukł się. Nie posiadłem też umiejętności prawienia komplementów jak Cesarski Pochlebca Pierwszej Klasy ani sztuki rozmawiania z wargami sromowymi białogłowy. Mimo to miałem powodzenie. Choć nigdy nie należałem do Bractwa Wolnego Ducha, głoszącego, że stosunek z ich członkami pozwala kobietom odzyskać dziewictwo. Ale nosiłem habit, a mnisi – jak wiadomo – mają największe penisy; prawie tak wielkie, jak pokryte łuskami członki diabłów. Potwierdza to +Maleus Maleficarum+ (+Młot na czarownice+) i same wiedźmy, kradnące mężom +fallusy+ i chowające je w ptasich gniazdach. Penisy braci są duże, więc czarownice nie karmią ich ziarnem, ale kukurydzą, no i trzymają je w skrzyniach bądź w klatkach na kanarki. Albowiem wszystkie +fallusy+ potrafią gwizdać, a te stanu kapłańskiego gwiżdżą nie tylko sprośne pieśni z +Carmina Burana+, lecz nawet śpiewaną przez rybałtów +Veni, Creator Spiritus+ (+Znijdź, Duchu Stwórco+). Natura szczodrze mnie obdarzyła. Mniszki nazwały nawet mego penisa +laską Jakuba+, co było małą hiperbolą, bo ten żeglarski przyrząd do obliczania położenia wobec gwiazd ma cztery stopy długości. Dlatego kobiety kochały się ze mną; także w pozycji +na jeźdźca Apokalipsy+. Niebezpiecznej, gdyż przez nią Lilith z Adamem spowodowali biblijny potop.

Jest sobota. Dies Saturni (Dzień Saturna) rządzący śledzioną, zębami, stawami, kośćmi, ołowiem, onyksem, czarnym bursztynem, cyprysem, opium, barwą błękitną i nutą +C+ (+do+). Siedzę przy pulpicie jak mag odziany w niebo, czyli nagi, i gotów do pracy, bo pościłem i nie kopulowałem. Przede mną leży +pergamin północny+ (+charta Theutonica+) ze skóry cielęcej. Odciąłem go ze zwoju, wymoczyłem w wodzie wapiennej (by usunąć tłuszcz), naciągnąłem na ramy (by wysuszyć), oskrobałem pumeksem i skrobaczką +planą+, wygładziłem bizmutem i wypolerowałem gładzikiem. Z obu stron, a nie jak cieńszy +pergamin południowy+ (+charta Italica+) tylko od strony wewnętrznej (+albumu+). Pergamin wybieliłem roztworem kredy, poliniowałem ołowianym rylcem i opisałem literami +AMDG+ (+Ad Maiorem Dei Gloriam+, +Na Większą Chwałę Bożą+), bo od nich benedyktyn rozpoczyna nowy arkusz.

Siedzę za pulpitem. Po prawej stronie u góry w wyciętych otworach tkwią dwa wydrążone krowie rogi. W pierwszym mam atrament czarny jak dziąsła chorego na szkorbut. Wzorem Rzymian sporządziłem go z witriolu miedzi zmieszanego z dębianką, deszczówką, sadzą, gumą, piwem, octem i święconą wodą, ponieważ będę pisał o rzeczach świętych. Zgodnie z klasztorną recepturą inkaust rozcieńczyłem winem. Użyłem bolońskiego +lambrusco+, gdyż bolońskie atramenty należą do najlepszych. Na koniec dodałem parę zwęglonych łupinek orzecha, trochę oliwy i piołunu, by inkaust nie spleśniał. W drugim rogu mam +rubrum+ (czerwony atrament z cynobru). Tym inkaustem napiszę słowo +Incipit+ na początku, +Explicit+ na końcu dzieła, nazwy ksiąg oraz inicjały rozdziałów. By się wyróżniały jak kutry z czerwonymi chorągiewkami, które w porcie transportują proch na okręty. Dodatkowo rozdziały wyróżnię +marginaliami+ – myślami mego ojca zanotowanymi przezeń na marginesach kopiowanych ksiąg.

Jestem mańkutem jak Leonardo da Vinci, więc po lewej stronie położyłem wąski nóż do przycinania piór, +rasorium+ (mały nożyk do skrobania błędów) i miseczkę z zimną wodę, by maczać w niej zmęczone palce. Obok ułożyłem zaostrzone już pióra: krucze, łabędzie, pawie i białego orła. Każdemu z tych ptaków wyrwałem z lewego skrzydła sześć pierwszych lotek, które spiekłem i zanurzyłem w roztworze ałunu. Na koniec ważąc w dłoni każde z piór, wybrałem cztery najlepsze.

Siedzę w swoim domu koło oberży To Nie Tu. Dziś dzień Saturna (babilońskiego +czarnego słońca+), toteż niebo nad Amsterdamem jest czarne. I szaleje wichura. Jakby Saturn (+władca fatalnej siódemki+) nasłał nad miasto z siedmiu kierunków siedem babilońskich wiatrów i siedem demonów burzy. Pracę rozpocznę w nocy z Wielkiego Piątku na Wielką Sobotę, jak Dante pisanie +Boskiej komedii+. Księżyc jest dziś w fazie wschodzącej, więc moje przedsięwzięcie ma szansę powodzenia. Za chwilę przeżegnam się +W imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego…+, lewą ręką jak uczestnicy +czarnych mszy+ i magowie rzucający czary. Chwycę pióro krucze trzema palcami: lubianym przez wiedźmy kciukiem (symbolem +fallusa+), palcem wskazującym zwanym +palcem Boga+ i środkowym (palcem śmierci, nadziei i zmartwychwstania), i +litterą niederlansiensis+ wykaligrafuję słowo +Incipit+, pisząc je od lewej strony – żeńskiej i księżycowej, magicznej i diabelskiej oznaczającej przeszłość.

 

(–) Ex-+kuku+ Astro
+scriptor+, koncesjonowany +zjadacz grzechów+,
dawniej bezczynny +oddychacz powietrzem+,
kawaler Orderu Doniczki i Umiarkowania ii klasy


[Pełny tekst do przeczytania w wydaniu papierowym.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.