Kto jest władcą polskiej poezji XX i XXI wieku? I dlaczego Leśmian? Pisało i pisze przecież kilku innych poetów, których śmiało można uznać za co najmniej pretendentów do tego szczytnego miana, i którzy nie tylko z własnej woli do tego miana pretendować by mogli. Intensywne frazy, wersy, obrazy, ba, światy całe zostawili po sobie Wat, Iwaszkiewicz, Wierzyński czy Różewicz. Były chwile, kiedy oczywista zdawała się nienaruszalna prymarność liryczna Tuwima, Przybosia, Herberta czy Miłosza. No i nie wolno zapomnieć o poetach do monumentalnych tronów niezbyt pasujących, ale w krainie poezji obecnych przemożnie – jak Gałczyński czy Wojaczek. Poprzestaję na przywołaniu tych kilku tylko nazwisk, chociaż harcowników, którzy nosili w piórniku marszałkowskie buławy lub królewskie berła, wskazać można by znacznie więcej.
A może świat poezji, także ten świat polski, jest krainą dzielnicową, krainą państw‑miast, gdzie książąt co niemiara, i nie ma sensu podejmować wysiłków na rzecz scalenia i zhierarchizowania tego organizmu, bo to właśnie wewnętrzna różnorodność jest zasadą jego istnienia, stanowi o jego pięknie? W końcu nawet wieszczów mamy trzech (a może nawet czterech lub pięciu).
*
Zresztą, niezależnie od tego, kto rządzi, są poeci, których – cokolwiek napisali lub napiszą – czytać należy z łapczywą zachłannością, podobnie jak książki im poświęcone, bo nigdy nie zaszkodzi sprawdzić, co też ciekawego, nowego, dotychczas nieustalonego udało się ze słów, zdawałoby się tak dobrze znanych, wyczytać.
Ukazały się właśnie dwie takie książki: Piotra Mitznera i Zbigniewa Mitznera Nasz Gałczyński (Austeria, Kraków‑Budapeszt‑Syrakuzy 2025) oraz Tomasza Kunza Świetlicki. Osobność (Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, Łódź 2025).
Pierwsza z nich, choć sygnowana przez dwóch autorów, jest tomem wymyślonym i ułożonym przez syna – Piotra, który w pracy, na którą złożyły się jego wspomnienia i analizy związane z Konstantym Ildefonsem Gałczyńskim, znalazł miejsce na wspomnienie o Gałczyńskim autorstwa swego ojca. Zbigniew Mitzner znał i publikował Gałczyńskiego w redagowanych przez siebie przeddrugowojennych „Szpilkach”, syn urodził się półtora roku po śmierci poety i dziś zdaje relację z tego, jak drobinki związane z autorem Zielonej Gęsi wyszukiwał i gromadził w pamięci. Mamy tu do czynienia z perspektywą krytyka‑pogrobowca, kogoś, kto postać opisywanego poety otrzymuje już zapośredniczoną przez fakt jego ostatecznej nieobecności w świecie.
Książka druga napisana jest przez uniwersyteckiego filologa z perspektywy krytyka‑współtowarzysza. Nie idzie mi tu o wspólnotę pokoleniową czy ideową. To raczej wspomagająca krytyka wspólność czasu i miejsca, ponieważ i poeta, i krytyk urodzili się w latach 60. XX wieku – pierwszy na ich początku, drugi w ich końcówce – i dla obydwu Kraków jest miejscem bytowania.
Eseje o Gałczyńskim nie próbują przedstawić całości dzieła, chociaż tekst Gałczyński. Zakładki jest próbą wielopunktowego uchwycenia jego proteuszowego fenomenu, w którym czysta liryka, zapierający dech nonsens i porywająca sprawność rymotwórcza i rytmiczna wzrastają w cieniu dziwacznych i złowrogich wolt ideowych – nacjonalnych i komunistycznych.
Książka o Świetlickim to pełnokrwista monografia jego twórczości wszelakiej – poetyckiej przede wszystkim, ale też wokalno‑rockowej, prozatorsko‑kryminalnej i prezentersko‑telewizyjnej. Kunz pisze o autorze Zimnych krajów jako o autorze po prostu ważnym, którego nie godzi się i nie sposób już odfajkowywać gotowcami o „buntowniczości” czy „nieprzystawaności”.
*
Kunz otwiera swoją pracę następującym passusem:
Nie sposób pisać dzisiaj o twórczości Marcina Świetlickiego, nie pisząc jednocześnie o samym Marcinie Świetlickim. Nie chodzi jednak tylko o to, że elementy życia poety przenikają do jego tekstów, a wyłaniająca się z jego utworów postać ma wiele cech wspólnych z autorem empirycznym. Związek między porządkiem życia i porządkiem twórczości jest w tym przypadku znacznie bardziej skomplikowany, a jego rezultatem jest szczególna egzystencjalno‑tekstowa kreacja, pojawiająca się gdzieś na styku biografii i wierszy.
Jeśli przyjąć to stwierdzenie za prawdziwe – a ja gotów jestem je za takie uznać – to trzeba powiedzieć, że taki mocny i bezpośredni splot życiowo‑twórczy w przypadku Gałczyńskiego nie zachodzi, jego samego i jego świata obecność w tekstach nie jest bowiem aż tak wyraźna. Nie zmienia to jednak faktu, że lektura Naszego Gałczyńskiego i Świetlickiego. Osobności przynosi kilka zabawnych i być może nie całkiem przypadkowych analogii pomiędzy ich bohaterami.
Obydwu przypadł w udziale zaszczyt i trud namolnego „bycia cytowanymi” w swojej obecności. Konstantemu doskwierała atencja związana z Zieloną Gęsią, Marcin był (jest?) ofiarą frazy o byciu w „nastroju nieprzysiadalnym”. Jednak nie owa namolność jest tu istotna, lecz wspólne obu autorom takie wyczucie słowa, że udało się im stwarzać fakty językowe, obok których nie sposób było przejść obojętnie.
Dla obydwu też muzyka to podstawowa przestrzeń życia duchowego. Z jednej strony to muzyka klasycznie klasyczna (KIG), z drugiej – klasycznie rockowa (MŚ), ale to właśnie brzmienie i rytm zdają się wyznaczać i określać istotne pejzaże ich doznań. Wreszcie właściwa obydwu skłonność do wystąpień performerskich/anegdotycznych (czy to w życiu, czy to na tej lub innej scenie) też jest zastanawiającą koniunkcją.
Czy ja tu z pomocą dwóch akurat w roku 2025 wydanych książek przeprowadzam jakąś brawurową a straceńczą próbę porównania/zrównania Świetlickiego z Gałczyńskim? Bynajmniej. Raczej próbuję zastanowić się nad tym, jak funkcjonowali niegdyś (choć przecież nie aż tak dawno temu), a jak funkcjonują dzisiaj poeta, poezja i wiersz. I nie chodzi o to, że jeśli coś jest jak dawniej, to jest cacy, a jak nie jest, to jest be (albo na odwrót, jak tam wola). Ciekawi mnie, czy te poetyki i coraz to nowi ich nosiciele‑propagatorzy raczej innowacyjni być muszą (i są), czy niekoniecznie.
*
Obydwie książki są biografistycznie białe. Choć zdarzenia z życia bywają mniej lub bardziej potrzebne dla objaśnienia pochodzenia i znaczenia wierszy/książek, to smakowicie pikantne kawałki „z życia” nie stają się dominantą – autorów zajmują po prostu teksty napisane przez żywych ludzi w określonych okolicznościach, a nie ludzie, którzy coś tam napisali. Mitzner pochyla się nad kwestią „zniesionych barier w biografistyce”, zastanawiając się, co nam daje ta wiedza zza barier. Dobrze użyta – całkiem sporo, co udowadniają obydwie omawiane prace.
*
Czy poezja się starzeje? Czy poezja może być przeterminowana? Niewykluczone, że na obydwa pytania można odpowiedzieć twierdząco. Ale rdzeń poezji zestarzeć się naprawdę nie może. Pozostaje oczywiście określenie, co jest tym rdzeniem. A to już zależy od tych, którzy czytają i dzielą się potem radością lektury. W gruncie rzeczy wiersz zależy od tych, którzy przychodzą po jego autorze.
W związku z powyższym bardzo sympatycznie i optymistycznie czyta się książki ludzi, którzy ze zrozumieniem piszą o tekstach poetów wartych lektury, namysłu, uwagi, szacunku. Którzy mają osobisty stosunek do tekstów domagających się zainteresowania, mówienia o nich, by nie tylko tkwiły w swojej potencjalnej wspaniałości, lecz także ożywały pod dotknięciem wzroku i myśli. I którzy – poddawszy całkiem sporo ciekawych tropów lekturowych – potrafią skonkludować: „A ja nadal nie wiem, kim był Gałczyński” (Mitzner) lub radośnie oświadczyć: „Dobrze jest móc napisać, że ta opowieść nie ma zakończenia. […] Świetlicki nadal koncertuje i nagrywa. Nadal pisze” (Kunz).
*
Jak już wspomniałem, w książce Mitznerów znajduje się wspomnienie Zbigniewa o Gałczyńskim, pierwotnie zamieszczone w książce wspomnieniowej o poecie opublikowanej w 1961 roku (w znikomym [!] – według słów Mitznera juniora – nakładzie 4250 egzemplarzy). Tekst został przedrukowany bez skreśleń cenzorskich, które dotyczyły głównie kilkakrotnie przywoływanego przez Mitznera seniora nazwiska Mariana Hemara. Ale wśród cenzorskich skreśleń znalazł się też fragment dłuższy, z dzisiejszego punktu widzenia chyba w miarę niewinny. Może z początkiem lat 60. XX wieku dla zbyt wielu osób był on wciąż palącym i aktualnym aktem oskarżenia? Wart jest przytoczenia nie tylko dla pokazania mechanizmów cenzorskich w działaniu. Wart jest przytoczenia, bo i dzisiaj chyba nazbyt wielu jest chętnych do odmawiania piszącym bliźnim prawa do istnienia:
Chodzi przecież nie tylko o cześć dla umarłych, ale i o żywych. Dbałość o żywych to przede wszystkim niepowtarzanie wobec nich tego, co się tak okrutnie dostało tym, którzy dziś nie żyją. A nie powtarzać, to znaczy pamiętać. Ja wiem, że to przykre, ale trzeba pamiętać, co się robiło z Gałczyńskim. Nie ułatwiajmy sobie życia odurzając się entuzjazmem.
No właśnie.