11/2021

Bohdan Cywiński

Ku dynamicznemu pojmowaniu tożsamości

Tożsamości się nie wybiera, ją się w sobie odkrywa. Tożsamość jest mi dana: mam nią gospodarzyć, by z niepozornego nasionka wyrosła w zdrową roślinę, współtworzącą rozmaitość przyrody, i by przyniosła plon. Jakość owoców rośnie, gdy zdecyduję się moje drzewko szczepić: coś w nim boleśnie rozciąć, coś z niego odrzucić, a w to miejsce wszczepić pęd inny, cudzy, który wzbogaci treści pierwotne. Dziecko nigdy nie jest tylko „moim”: niesie w sobie także szczep drugiego współ-rodzica. Jest tożsamością nową, różną od nas obojga. I poprzez to właśnie – bogatszą. Przywołana tu metafora kieruje uwagę ku biologicznej genezie tożsamości. Znacznie ważniejsza jest jednak jej geneza społeczna i kulturowa. Bycia człowiekiem uczymy się od innych. Tak, najpierw od mamy i taty, ale zaraz potem od szerszego otoczenia: podświadomie naśladujemy jego znaki, gesty, zachowania, reakcje pozytywne i negatywne, przyjmujemy żywe w nim symbole wartości, w końcu uczymy się mówić, obracając się w kręgu usłyszanych wokół nas symboli i pojęć. Uczestniczymy w określonej kulturze: przychodzi ona do nas z zewnątrz, ale wkrótce uznajemy ją za jedynie naturalną, więc swoją. Staliśmy się ludźmi dzięki naszym rodzicom, ale dojrzeliśmy poprzez otaczającą nas kulturę i w charakterystycznym dla niej kształcie.

Własną tożsamość raczej się czuje, niż rozumie. Jestem sobą, jestem, jaki jestem.

Odkrywanie twarzy
Nazywanie, określanie siebie jest czynnością wtórną – intelektualną, a w końcu deklaratywną. I dokonuje się ono za pomocą symboli i pojęć mojej kultury. Ty odbierzesz mój komunikat poprzez symbole i pojęcia twojej kultury. Porozumiemy się tylko częściowo.

Nazwanie własnej tożsamości jest próbą umieszczenia siebie w czasie i przestrzeni świata, powiedzeniem czegoś istotnego o sobie i o swoich relacjach z innymi. To chyba początek dialogu traktowanego serio, rodzaj przedstawienia się przed rozmową. Jest w tym przestroga: uważaj, nie znasz mnie do końca, nie jesteśmy identyczni, jestem dla ciebie w jakiejś mierze tajemnicą. Ale jest tu równocześnie potwierdzenie bliskości: pod tym i innym względem jesteśmy do siebie podobni i teraz możemy wędrować razem. Dopiero w tym momencie spostrzegam w tobie rzeczywistą osobę, inną ode mnie, ale w czymś tam podobną; wcześniej byłeś tylko anonimowym zewnętrznym zarysem uogólnionego człowieka. Teraz zyskałeś twarz, a z nią status realnego, konkretnego bliźniego. Mogę rozmawiać i z anonimem, ale jeśli znam twoją tożsamość, nasza rozmowa będzie inna. Lepiej zrozumiem, co mówisz, i sam więcej ci powiem. Wspólna wędrówka potoczy się łatwiej: dokładniej dostrzeżemy, do którego miejsca gotowi jesteśmy iść razem, mniej będzie pomyłek i rozczarowań.

Warstwy tożsamości
Jestem, jaki jestem… Czy rozumieć to tak, że wbrew mym wszystkim deklaracjom osobistej wolności wewnętrznej w istocie pozostaję uwięziony w granicach mych niezbywalnych, a co najmniej bardzo trudnych do pozbycia się cech osobniczych? Nie przesadzajmy. Są w mojej tożsamości cechy dziedziczone przyrodniczo, a częściej kulturowo – tu właśnie ważni są mamusia, tatuś i parę innych, zmarłych dużo, dużo dawniej osób. Są cechy inne, nabyte w toku życia, jego momentów trudnych czy dramatycznych – choroba, inwalidztwo, przebyty głód, wojna czy zniewolenie, pokazują różne wymiary rzeczywistości i trwale uczą sposobów przetrwania w tym najmilszym ze światów. Są wreszcie cechy wypracowane (lub wyrosłe właśnie z zaniedbań, z odmów wysiłku): jestem, jakim sam się zrobiłem. Jutro będę taki, jakim się zrobię dziś. Coś pozostanie we mnie niezmienne, ale coś się odmieni. Tożsamość ma swoją dynamikę – mogę nią sterować. To czasem kosztowne, uciążliwe, ale wykonalne.

Może łatwiej o tym wszystkim nie myśleć, nie łamać sobie głowy i po prostu żyć z dnia na dzień? Cóż, można i tak – leniwy sen jest także rodzajem osobistej wolności… Tyle że jeśli nie pomyślisz o twej tożsamości sam, to tym żwawiej zajmą się nią inni.

Rzecz w tym, że nasza tożsamość nie jest jednolitym głazem. Składa się na nią co najmniej kilka warstw. Mówiąc o tożsamości własnej, często lubimy akcentować jej indywidualność i niepowtarzalność, widzimy w tym ostateczną ostoję zagrożonej ludzkiej godności i wolności. Ale ta moja niepowtarzalność, to tylko część prawdy. Dopełnia ją moje uczestnictwo, przynależność, świadome, a częściej podświadome, poczucie, że o jakiejś wspólnocie mogę myśleć czy mówić „my”. O kim? Lista możliwości może okazać się długa: rodzina, grupa pokoleniowa, określony krąg społeczno-kulturowy, kraj lub jego region, dziś często nazywane dużą i małą ojczyzną, naród jako podmiot odrębnej kultury, społeczność religijna czy wyznaniowa, rodzimy kontynent – albo też całkiem inaczej: klasa socjalna, partie polityczne i cały szereg kategorii następnych. Przypisujemy im intuicyjnie cechy sympatyczne lub antypatyczne, ale to tylko pierwsze wrażenie.

[…]

[Ciąg dalszy w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.