– W Krzykach nawet samobójstwo nie może się udać – mruczy pod nosem, ale nadal siedzi w wodzie. – Faceci są płytcy jak ta rzeka. Żeby topić się przez nich, trzeba być ostatnią kretynką.
Lala, ostatnia kretynka, odgarnia z twarzy mokre włosy, zawsze jej lecą na oczy w niewłaściwych momentach, na pomoc chłopów nie ma co liczyć. Sami co najwyżej spodnie ściągną. Tyle z nich pożytku, ile się samej wyrwie jedną garścią. Potrafią tylko leżeć i brzydko pachnieć. Jak Krzyś. Mógł mieć Lalę, gdyby tylko dupę ruszył, leń śmierdzący. Woda w rzece też śmierdzi i jest zimna. Nie sposób się utopić, można tylko wytrzeźwieć.
Marcel stoi na brzegu i nie może zdecydować, czy ruszać Lali na ratunek, czy uciekać. Lala wyciąga kamień spod dupy i rzuca w Marcela. Marcel łapie, że ma odejść, dlatego stoi jeszcze przez kwadrans i wgapia się w Lalę. W końcu wzdycha, rusza w stronę lasu, w stronę Las Vegas.
Słońce zdążyło pójść w tym samym kierunku co Marcel. Do diabła. I lepiej, żeby ani słońce, ani Marcel więcej tu się nie pokazywali.
Samochód z warszawską rejestracją wymija Starego Kujca w ostatnim momencie. Kierowca trąbi, nie chciałby mieć dziada na sumieniu, na policję czekać, pałętać się po sądowych korytarzach, przejechać gówno, siedzieć za człowieka. Stary Kujec wszystko to wie, dlatego nadal stoi i patrzy. Czeka na kolejny samochód z warszawską rejestracją, może tym razem kierowca zagapi się w telefon i zabierze ze sobą Starego Kujca. Do diabła.
– Pijany – krzyczy Stara Dawidowa przez okno. – Pijany, wracaj do domu.
Ale Stary Kujec ani drgnie. Czeka.
Dom Kujców omija się z daleka. Mówi się, że dzieci Kujców bawiły się w chowanego, pochowały w beczkach. Może dalej tam siedzą, strach sprawdzać. Ludzie nie interesują się tym na głos, ale od Starego Kujca wolą nie kupować kapusty kiszonej, jeszcze mu się beczki pomylą.
Stary Kujec jeździ do miasta na giełdę. Wystawia tam beczki, na tekturze ciemnym markerem zapisuje cenę i przyciska słoikiem z kompotem, żeby tektura nie odleciała i miastowi nie pomyśleli, że im się coś za darmo należy.
Starej Kujcowej od dawna nikt nie widział. Gadają o niej różnie, raz że zmarła, raz że Stary Kujec ją ukisił. Albo że w nocy stanęła przy drodze i ktoś zabrał ją na stopa do stolicy. Wielka pani chodzi teraz po bulwarach w futrze i z pudlem pod pachą, pachnie wodą perfumowaną, a nie kiszoną.
W domu Dawidów pachnie mgłą i szarlotką, chociaż Stara Dawidowa od dawna nie upiekła ciasta. Łazi tylko do sklepu Lali po papierosy, a potem pali w oknie i wygląda kostuchy.
– Opierdala się, zamiast pomagać w obejściu – mówi o matce Młody Dawid.
Stara Dawidowa prania ani obiadu nie zrobi, co najwyżej krzyknie do synowej, żeby garnek z ognia zdjęła. Wystarczy, że listonosz zapuka do drzwi albo gałąź uderzy w okno, a Stara Dawidowa już poprawia koszulę nocną i uroczyście ogłasza, że oto śmierć nadeszła, niech ktoś otworzy. Miesza wnukom w głowach. Najmłodszemu, Małemu Dawidowi, powiedziała, że znaleźli go w kapuście. Chłopczyk cały dzień płakał, bo wcześniej słyszał o małych Kujcach pochowanych w kapuścianych beczkach i połączył kropki. Młody Dawid, ojciec Małego Dawida, tylko wzruszył ramionami:
– Mógł nie pytać, skąd się biorą dzieci. Ciekawość to pierwszy stopień do piekła.
Młody Dawid jest zajęty nawet bardziej niż zwykle, kursuje między zagrodą a weterynarzem. Dzisiaj kozioł miał sraczkę, znowu przez miastowych zeżarł za dużo. Miastowi przyjeżdżają w weekendy do gospodarstwa Dawidów, by pokazać dzieciom kozy, owce, krowy i konie. Przywożą zwierzętom te same marchewki i jabłka, które Młody Dawid czy Stary Kujec sprzedają na giełdzie w mieście. Każdy ma tutaj podzieloną ziemię, drzewa dla swoich i obcych. Inaczej się je traktuje. Czym innym podlewa.
Robi się zupełnie ciemno, a gwiazdy świecą tak, że co najwyżej do rowu można wpaść. Marcel włącza czołówkę. Szuka drzewa, by przybić nowy znak kierujący do wesołego miasteczka Las Vegas. Przybić porządnie. Żeby nie było jak poprzednim razem. Strzałka na drzewie koło sklepu Lali wisiała na jednym gwoździu, nic dziwnego, że się przekręciła, ale cicho sza. Marcelowi nie podoba się, że co chwilę ktoś z Krzyków do jego chałupy przychodzi, matkę pyta, czy syn z zazdrości znak przekręcił, bo przyczynienie się do powstania skutku w postaci śmierci pod paragraf podchodzi i w najlepszym wypadku Marcela czekają zawiasy. Nagle ludzie z Krzyków znają trudne słowa, nagle co drugi to prawnik, a przecież Marcel nikomu nie kazał wjeżdżać w drzewo. Marcel nie przejmuje się, wie, że stare winy pójdą w zapomnienie. Ludzie inaczej będą gadać, kiedy wesołe miasteczko Las Vegas ruszy pełną parą. Marcel zarobi tyle, że wybuduje dom z podgrzewanym basenem; jeszcze Lala będzie błagała, żeby w nim dupę zamoczyć. I może Marcel w końcu się ugnie. A potem zmieni nazwę wesołego miasteczka na Lala Vegas.
Marcel znajduje odpowiednie drzewo przy drodze zjazdowej i dziesięcioma gwoździami przybija nową strzałkę. I jeśli jeszcze raz ktoś rozjebie się na drzewie to trudno, wina opatrzności. Jeszcze tylko nowe lampki do oświetlenia znaku Marcel musi jutro kupić. W niedzielę wszystko pozamykane, ludzie też pozamykali się w domach, nagle nikomu się nie spieszy do moczenia mordy. Z wyjątkiem Starego Kujca, ale z nim to strach pić. Można skończyć w beczce.
– Na kogo niby Putin miałby te bomby marnować? Na nas i Starego Kujca, trupki jego dzieci pochowane w beczkach? – skrzeczy Stara Dawidowa do Mądrego Dawida. – Czemu car miałby się tobą interesować, skoro nawet własny ojciec się nie kwapi.
Młody Dawid nie ma czasu dla dzieci, zajmuje się starym kozłem, Starą Dawidową i Starym Dawidem. Zamyka Starego Dawida w pokoju na klucz, ale za zgodą. Miejsce przebywania głównodowodzącego powinno być objęte tajemnicą i trudne do sforsowania. W sekretnym pomieszczeniu dyktator może w spokoju zajmować się planowaniem wojny.
Stary Dawid siedzi nad kartkami powyrywanymi ze starego atlasu, przekonany, że sprawuje rządy nad kawałkiem Europy. Kreśli podział Związku Radzieckiego i Jugosławii. Dzwoni do generalicji, każe im umieścić wyrzutnie rakiet bliżej granicy. Aparat telefoniczny przyniesiony przez młodego oficera sprawuje się nader dobrze jak na model odcięty od prądu. Stary Dawid wyjmuje medale z atłasowych pudełek. Pachną gabinetami, w których strzepuje się popiół z papierosów do kryształowych popielniczek. Medale są złote i srebrne, na niebieskich wstęgach. Za zasługi nauczycielskie. Stary Dawid nie pamięta ostatnich dekad, nie pamięta szkoły. Chce pamiętać, że otrzymał odznaczenia za odwagę na polu bitwy. Codziennie poleruje medale rękawem piżamy, a potem przypina szpilkami do piersi. Wyłazi tylko, gdy musi skorzystać z toalety. Wali wtedy pięścią w drzwi i wzywa młodego oficera. Młody Dawid zostawia zwierzęta i biegnie, by eskortować dyktatora do sracza. Stary Dawid idzie za Młodym Dawidem drobnymi krokami, w świeżo pobrudzonej krwią piżamie.
– Stygmatyk – śmieje się Stara Dawidowa.
Nikt nie wie, czy mówi poważnie, czy żartuje. Nawet ona.
Żona wciąż prosi Młodego Dawida, żeby zabrał Staremu szpilki, nie ma co kusić losu, nieszczęście zawsze może być większe. Ale Młody Dawid nie chce narażać się na gniew ojca. Stary Dawid nie może się dowiedzieć, że nie jest dyktatorem. Nie ma na tym świecie większego gniewu niż gniew starego wariata. Obleje w nocy dom benzyną albo odkręci gaz. Stara Dawidowa odpali rano papierosa i wszyscy pójdą z dymem.
– Kretynko, wilka dostaniesz – krzyczy przez okno Stara Dawidowa i strzepuje popiół na parapet.
– W końcu coś od życia dostanę – odkrzykuje Lala – bo nic jeszcze, nic jeszcze, do chuja kurwy nędzy, nie dostałam. Tylko drobniaki.
Stara Dawidowa zatrzaskuje okiennice, nie będzie z topielicą dyskutować.
Zapada noc i gasną światła w oknach Dawidów. Tli się jeszcze żar telewizora. Za chwilę Stara Dawidowa zdmuchnie wszystko głośnym chrapnięciem. Nawet duchy przywiane z autostrady nie będą w stanie Dawidowej obudzić.
Lala wie, że Stara Dawidowa wstanie jutro z samego rana i przyjdzie do sklepu po codzienną paczkę westów. I powie to co zwykle, że w pewnym wieku człowiek przestaje bać się śmierci, a nawet zaczyna czekać. A Lala zwyczajowo przytaknie i dopisze Starej Dawidowej do rachunku kilka małpek. Stara wywali całą zawartość portmonetki na ladę i każe Lali brać tyle, ile się należy. Więc Lala weźmie tyle, ile jej się należy. Więcej.
[…]
[Całość można przeczytać w numerze.]
