2/2026

Anna Wasilewska

Lasek majstra
To wydarzyło się naprawdę
(wybór snów z lat 1995–2025)

1995
Pies coli – trójbarwny, przemienia się w czarnego kundla, kiedy wpada w czarną rozpacz.


W sklepach zamiast soku z czarnej porzeczki sprzedają butelki z nieodgadnioną cieczą; na dnie leżą dwa śnięte śledzie. To acqua pura bolognese.

Jasnozielone majtki, cieliste rajstopy, na piersiach para rzęs z rozmazanym tuszem.

Wzdłuż Piotrkowskiej plaża, nad nią lazurowe morze.

Dywanik z dziurami przerzucony nad skwerem obok Ambasady Szwajcarii.

Człowiek w celi wchodzi w ścianę i zamienia się w zegar.

Nowy sport: bezpieczne latanie na gumie do żucia przyklejonej do kolejki linowej.

Karty do brydża zamieniają się w plasterki wędliny.

Trzecie ucho we włosach syna w kształcie mięsistej kurki.

Bilet w tramwaju kosztuje 15 złotych. Można jednak nie kasować, wystarczy połknąć żabę.

Wybory. Zamiast kartek do głosowania plasterki szynki. Dwa stosy z wizerunkami obu kandydatów: Wałęsy i Kwaśniewskiego. Plasterki wrzuca się do urny, na oczach komisji.

Na talerzu ląduje indyk. Ohydny, ale trzeba jeść, bo częstują. To château d’Inde.

Na drzewach rosną rzodkiewki. Koń zamiast kopyt ma płetwy, pływa w basenie przy UW.

Po obu stronach szosy ciągną się zaorane pola, a na nich makaron po horyzont: świderki z sosem pomidorowym, posypane tartym parmezanem.

Lecą gwiazdki z nieba w postaci bajecznie kolorowych baloników.

1996
W redakcji. Dostaję miseczkę szpinaku rozbielonego śmietaną. Wiem, że to korekta numeru i że muszę odtworzyć wiersz. Protestuję. Gdyby chociaż Piotr (P.S.) dał mi kredki albo literki, a tu szpinak. Jak to można zapisać? Wyjdzie czysta abstrakcja. Mówię, że nie dam rady. Na co on: „Po to tu jesteś”.


Redakcyjny pokój jest przedziałem kolejowym z kuszetkami. Jedziemy do Australii. Z okna widać tubylców z długimi włosami. To Wiosna Botticellego.

Z drukarni przysyłają numer Pereca. W spisie treści same tytuły, bez nazwisk autorów i tłumaczy. Układają się w jeden ciąg. Pytam Joasię (J.R.): „Co to ma być?”. Ona: „Tak już będzie”.

Na biurku leży gazeta, z której dowiaduję się, że Beata (B.Ch.) nie żyje. Nie wiadomo, co się stało: wypadek? Zamach? Choroba? Jest mi żal, że nie byłam na pogrzebie. W artykule piszą o tajemnicy życia B.Ch. vel Beaty la Smorfia, córki Włocha i Polki. Ukazuje mi się rozwarta dłoń ze złowieszczym W. Patrzę na swoją i widzę X, które tańczy.

Andrzej (A.S.) i Tadeusz (T.P.) proponują kolejne numery francuskie w postaci talii kart różnych kształtów: trójkątów, kółek, a nawet pudełek z czekoladkami.

Na Wiejskiej spotykam Henia (H.B.). Mówi: „Nie mam już dla kogo pisać ani gdzie drukować” i zamierza uwolnić się od swojej fizycznej postaci. Zastanawia się, w kogo warto wcielić się w następnym życiu. Idę za nim do szpitala. Jakaś para ma odebrać świeżo urodzone bliźnięta. Henio namyśla się, które jest bardziej obiecujące: chłopiec czy dziewczynka?

Na ulicy z Iwoną (I.S.) widzę łasiczkę czy też kunę. Iwona nachyla się, żeby ją pogłaskać. Mówię: „Uważaj, jest groźna”. Łasiczka wpija się we mnie zębami. Nie mogę się uwolnić. Walczymy. Jej łapki splatają się w ósemkę. To wstęga Moebiusa.

Hotelowe schody wyłożone czerwonym dywanem. Schodzi para: Murzyn i Hindus w jaskrawych szatach, niemal zrośnięci policzkami, ćmią jednego peta, nie wiadomo, czy to papieros. Zza kotary przygląda im się mały chłopiec w okularach, z palcem w buzi.

1997
Do redakcji na Koziej wchodzi poeta Krzysztof (K.K.). Siada za długim czarnym stołem. „Cześć, Aniu, jeszcze u was nie byłem. Jak tu ładnie i jak dużo miejsca, są nawet fajne kanapy”. Przesiada się na kanapę z lewej. Zjawia się Darek (D.F.), podchodzi do K.K., nachyla się: „I po co tu przyszło? I czego tu chce?”. Przy P.S. gromadzą się pozostali. P.S.: „Daj spokój, nawet nie warto”. Wychodzi przez balkon prosto na ulicę. Reszta za nim. K.K. chwyta płócienną torbę na ramię i też wychodzi. Zostaję sama.


Tort ze śledzi w całości surowych, ciasto, krem, czekolada. Dorota (D.C.) mówi, że włoży do pieca we właściwym czasie. Przed ślubem.

Do białej miski z cukrem wskakuje królik, nie może się wydostać. Idę po aparat; po stole biega już para królików.

Na przedramieniu mam podłużną rurkę, wiem, że to robak. Boję się go zdjąć, pełno w nim mleka. Mojej przetworzonej krwi.

1999
Do soffritto zamiast cebuli i czosnku dodaję pokrojony w kosteczkę egzemplarz Podróżnego Calvina. Tnę kolejne dwa egzemplarze i nagle uświadamiam sobie, że mogą się przydać, mogę je komuś podarować. Ale dwie pierwsze linijki już przepadły.


Wawrzek (W.B.) przełożył na polski tabliczkę czekolady miętowej. P.S. jest zachwycony, mówi, że grafika klasa, opakowanie piękne, czekolada cienka, naprawdę ekstra.

Mam odczytać hasło o pisarzu z jego włosów. Wpatruję się w tył jego głowy, ale bez efektu. Wiem, że jest bokserem, i to dosyć prostackim. „Do niczego jest ten leksykon” – mówię do P.S. – „Nic z niego nie wynika”.

Do redakcji ktoś nadał faksem psa. To kasztanowaty wyżeł. Wyrośnięty szczeniak. W czarnych ogrodniczkach. Siedzi pod stołem. Wiem, że to mój pies. Nadaję mu imię Faks.

Zdjęcie Paula de Mana z dwoma innymi pisarzami. Wszyscy mają usta zaklejone plastrem. W środku mikrofon. Z przesłuchania.

P.S. kładzie moją dłoń na kartce papieru, rozsuwa mi palce i rysuje pomiędzy nimi Kaczora Donalda. Mówię: „Ależ ty masz talent. Marnujesz się”. On: „Nie, pod spodem jest kalka, ja tylko odrysowuję”.

2000
Kasia (K.O.) pokazuje mi zdjęcia z rodzinnego albumu. Fotografia z Moskwy jest ruchomą klatką filmową. Widać na niej, jak Kasia całuje się z jakimś mężczyzną.


Belwederską sunie wspaniały orszak ślubny, bezkresny. Ulicę zamknięto dla ruchu, idę pod górę i widzę, że orszak wypływa z pałacu. Przed pałacem nie ma dziedzińca, budowla wygląda skromniej. Na czas nieokreślony należy teraz do Wałęsy, który wynajął go hodowcy indyków i właśnie wydaje za niego córkę.

2001
Dostaję do przekładu dwa opowiadania kryminalne: jedno „czarne” i szalone, drugie gładkie. Mam zarazem prowadzić śledztwo. W pokoju hotelowym pod kołdrą ktoś leży. Odkrywam ją i widzę kurczaka; jest martwy i oskubany. Muszę wyjaśnić, kto go podrzucił. Dzwonię do detektywa: 78 638 78, nazwiskiem Pollaiolo. On się ukrywa, nie chce rozmawiać. Groza narasta.


Na plaży leży muszla wielkości łódki, piękna, kolorowa, madreperla. Proszę Daniela (D.B.), żeby ją oczyścił. On usuwa piasek, wiesza na sznurku jak tkaninę. Jest jedwabista.

W sklepie z trumnami. Pytają, jaką sobie życzę: w kratkę czy w paski? Leżą na półce, złożone w kostkę.

Wkładam telefon do lodówki. Pytam, czy to jest woatyczne.

Chcę kupić bilet do Londynu na godzinę 9 rano. Kasjerka sprzeda mi, pod warunkiem że opowiem historię Anglii.

Depiluję sobie brwi. Zarastają powiekę poprzecznie. Spod łuku wyrasta sierść, gęstniejąca, kosmata. Istna grzywa. Próbuję obciąć ją nożyczkami. Odrasta.

2002
Leszek (L.E.) przywozi mi z Moskwy prezent: medalik dewocyjny z Kaczorem Donaldem. KD to pojawia się, to znika, za szarą zasłoną.


Jestem u Doroty (D.C.) i Zbyszka (Z.M.). Urodził im się syn, a właściwie syn i córka. Ale są skoncentrowani na synu. Wchodzę do pokoju, a tam zamiast niemowlęcia pod kołdrą leży stary facet w garniturze i krawacie. Śpi. Wszyscy chodzą na palcach, z uroczystymi minami. Myślę sobie: „Z czego oni tak się cieszą? Przecież to starzec”. Zastanawiają się nad wyborem imienia: Jan Krzysztof czy Wincenty? Aha, ale on z każdym dniem ma młodnieć. Wychodzę z łazienki. Wincenty czy też Jan Krzysztof stoi z zakłopotaną miną. Mówi: „Wstydzę się korzystać z pieluszki, ale nie wiem, gdzie mam zrobić siusiu”.

Powstaje opasłe dossier na temat błędów w „LnŚ”: błędów leksykalnych, gramatycznych, ortograficznych, stylistycznych. Tom w tekturowej oprawie, przewiązany sznurkiem. Musimy się wytłumaczyć. Ale żadnej odpowiedzialności zbiorowej: każdy ma być rozliczany indywidualnie. Do tego potrzebne jest wierzchnie okrycie, płaszcz lub kurtka. Zostaną pocięte na paski. Ela (E.J.) odkoduje każdy z nich i odczyta. Paski zostaną zszyte i płaszcz będzie jak nowy. Ale trudno mi w to uwierzyć. Nie chcę oddać czarnego płaszcza ani białej kurtki.

Dorota (D.C.) urodziła syna. Oglądam go w dawnej siedzibie redakcji. Leży na boku na dwóch krzesłach, jak źrebak. Jest zjawiskowo piękny. D. mówi, że według lekarzy za jakieś dwa tygodnie zamieni się w konia. Pytam, po czym to poznaje. Ona mówi, że po liczbie kręgów, widać już nawet zaczątek ogona. Ale ma wybór, może napisać oświadczenie i wtedy wymienią mu kod genetyczny. Nazywa się Crouwa.

Na jawie jedziemy do Saska Małego. Nad ranem wypływają dwa słowa: „Lasek Majstra”.

[…]


[Całość można przeczytać w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.