01/2018

Jarosław Petrowicz

List ze Zlatych Hor

Szanowny Panie Profesorze!
Nie mogę spać. Jest tu taka cisza, że wszystko słychać. Nie tylko bicie mojego serca i puls w skroniach. Nie tylko kota niosącego mysz upolowaną przed chwilą. Nie tylko ćmę uderzającą z desperacją skrzydłami w szybę. Nie wspomnę o sowie, siedzącej blisko okna już od popołudnia. Siedziała, gapiła się i zgrywała mądrą tajemniczą ikonę. A teraz zaczęła pohukiwać, wyzwalając z siebie nagromadzoną przez cały dzień energię akustyczną. Wszystkie jednak dźwięki są wydestylowane przez ciszę.

W tym sanatorium odzywają się duchy, które bynajmniej nie grzeszą kulturą ani powagą. Zachowują się jak niesforne przedszkolaki. Rzucają zabawkami, krzyczą, wchodzą na szafy i parapety. I schodzą się jak baby w ciąży na porodówkę – ważne, nieznoszące sprzeciwu, wymagające pomocy. Tutaj wszystko wydaje się symboliczne, oznacza coś więcej, niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać, jakby skrywało za sobą drugą przestrzeń i tłumiło oddechy demonów. Jak w Procesie albo w Zamku.

„Małe miasteczka mają także małe okolice dla amatora przechadzek” – pisał Franz Kafka w swoich Dziennikach (przeł. Jan Werter). Małe okolice, ale strasznie gęsto zaludnione, a w zasadzie „zaduszone”: co najmniej pięć widm na metr kwadratowy. Na dodatek nie mówią tu ani po niemiecku, ani po czesku, ani nawet po łacinie, tylko klekocą i trajkoczą po polsku, jakby to był sejm albo zlot czarownic. Nie wiem, czy w zaświatach otwarto szkołę języka polskiego dla cudzoziemców. Jeśli tak, to jej poziom oceniam na bardzo wysoki. Tak czy inaczej, bardzo dziękuję Panu Profesorowi za umożliwienie mi odpoczynku w uroczej upiornej czeskiej mieścinie, grocie metafizycznych zbójców i psychodelicznych ladacznic. Jest to pewnie ostatnia już okazja, aby zacząć opisywać to, co widzę. A widzę krajobrazowe przeobrażenia związane bardziej z porami dnia niż roku.

Pierwsze poranne wrażenie jest takie, że to miasteczko umiera. Zdechłe ruiny budynków, kamienice jęczące przeszłością, mury płaczące odrapanym tynkiem, sudeckie chałupy straszące osmolonymi kominami. Na planie miasta w pobliżu dworca autobusowego zaznaczony hotel Praded, czyli Pradziad. Nie radzę jednak w to miejsce się udawać, gdyż nie zastanie się tam niczego oprócz kurzu, brudu i nędzy. Ktoś napisał na murze: HOTEL NON STOP GRATIS, lecz nikt jakoś w tym miejscu spać nie chce. A przed wojną był to najdroższy i najbardziej elegancki hotel z garażami, centralnym ogrzewaniem i wachlarzem ekscytujących usług. Czy korzystał z nich Franz K.? Pewnie tak, bo przecież miał nieposkromiony apetyt na życie i skarżył się na własną nieokiełznaną rozrzutność.

Na wzgórzu za kościołem parafialnym cmentarz z końca XIX wieku, poniemieckie opuszczone groby, oszronione rdzą krzyże, starością przygięte pomniki, gdzieniegdzie marmurowa płyta, dowód pamięci, co przetrwała granice, podziały i wojny. Gotyckie napisy, stare fotografie. Po lewej ręce wyróżnia się grobowiec na kształt starożytnej świątyni, ale z czarnego marmuru, kariatydy dzielnie wytrzymują ciężar szklanego dachu, w głębi płaskorzeźba: Złożenie do Grobu. Dalej nowe nagrobki z greckimi bukwami i małe czeskie, takie jak u nas stawia się dzieciom. A jeszcze wspólna mogiła ofiar „marszu śmierci” z marca 1945 roku. W oddali Kopa, Biskupską tu zwana, króluje nad Ziemią Śmierci. Na najdłuższym na Śląsku Rynku, placu Wolności (po czesku Namesti Svobody), usiłuje zakwitnąć życie. Pojedyncze kamieniczki ładnie pomalowane, Muzeum, Urząd Miasta, Niebieski Dzwon – kolorowo na modłę niemiecką. Na placu szary pomnik św. Józefa z Dzieciątkiem przypomina o tym, że trzeba się modlić. Ludzi nie ma tu prawie w ogóle, czasem mętny przechodzień przecieknie ulicą i wsiąknie w ścianę baru. W Hostincu kilku grubasów śmieje się rubasznie, jeden udaje cowboya, pyta: „co mi rzikasz?” i znika za drzwiami z trójkątem. Biorę piwo – to jedynie właściwe wyjście. Zlate Hory, Złote Góry, Golden Hills – życie tu nie płynie, życie stąd paruje, a jednak można właśnie tu przeżyć chwile szczęścia.

Tak chyba było ze śmiertelnie chorym Franzem. Pisarz spędził w 1905 i 1906 roku dwa sezony w sanatorium w miasteczku zwanym Zuckmantel, leżącym wtedy na Śląsku austriackim. Ta osobliwa nazwa związana z kradzieżami płaszczy została zamieniona na szczęście na Zlate Hory, nawiązujące do średniowiecznego górnictwa tego drogocennego kruszcu. Na przestrzeni wieków wykopano tu kilka ton złota, które wywożono w stronę biskupstwa i papiestwa.

Tutaj Franz w 1905 roku poznał starszą kobietę, której tożsamość nigdy nie została definitywnie ustalona i z którą romans przeciągnął się na następny rok. W widokówce do przyjaciela Maxa Broda (pieczęć z 24 sierpnia 1905 roku) Kafka wyznał, że był lekkomyślny. Już bowiem czwarty tydzień ponosił wydatki w tym sanatorium, gdzie w towarzystwie wielu osób, w tym kobiet, prowadził ożywione życie. W późniejszym liście do Broda (12−14 lipca 1916 roku), wysłanym z podróży do Mariańskich Łaźni, Kafka podkreślał, że czuł się bardzo blisko Felice Bauer, że nigdy nie osiągnął tak mocnej zażyłości z inną niewiastą, z wyjątkiem spotkań z dwiema poprzednimi kobietami: w Zuckmantel, gdzie, jak sam przyznawał, był jednak chłopcem, i w Rivie, gdzie kobieta okazała się niemal dzieckiem, a on był zupełnie zdezorientowany i chory. Max Brod pisał o epizodzie miłosnym w Rivie w 1913 roku i o przygodzie miłosnej w Zuckmantel, powołując się na notatkę z Dziennika Kafki z 1916 roku. „Nigdy jeszcze poza Zuckmantel nie zbliżyłem się do kobiety. No i później jeszcze do tej Szwajcarki w Rivie. Pierwsza była kobietą, ja zaś byłem niedoświadczony, druga dzieckiem, a ja w zupełnej rozterce”. Z Dzienników Kafki dowiaduję się, że Max Brod zachował widokówkę z Zuckmantel, której adres skreślił pisarz, ale tekst pod widokiem ukazującym leśną drogę napisała kobieca ręka: „Jest to las, a w tym lesie można być szczęśliwym. Przyjeżdżaj więc!”.

Niepozorny i schorowany Franz miał, jak się zdaje, wiele sukcesów na polu damsko-męskich stosunków. Opisuje swoje doświadczenia miłosne w listach do Mileny. Donosi o spotkaniu ze „sklepową panną”, którą widział z okna mieszkania przy ulicy Namiotników, gdy się uczył do „pierwszego egzaminu państwowego” (historii prawa rzymskiego). Nawiązał ze stojącą przed „magazynem mód” dziewczyną kontakt wzrokowy i porozumiał się z nią na gesty. Umówił się na ósmą, kiedy kończyła pracę, ale gdy Franz zaszedł, był tam już inny chłopak. Panna dała Franzowi tajnym gestem znak, żeby udał się za nimi. Poszli napić się piwa na Wyspie Strzeleckiej. Franz siedział przy sąsiednim stoliku, później chłopak odprowadził dziewczynę do domu w okolicy Targu Mięsnego, a Franz poczekał chwilę. Niewiasta ponownie wyszła, by udać się z nim na schadzkę do hotelu w Małej Stronie. Później spotkał się z nią jeszcze raz, „ale gdy zaraz potem wyjechałem na letnisko i gdy tam pobawiłem się trochę z pewną dziewczyną, nie mogłem już później w Pradze patrzeć na tę pannę sklepową – nie zamieniłem z nią już ani słowa”. Chodzi prawdopodobnie o letnisko w Zlatych Horach, gdzie miejscowa poczta przybiła stempel na jego duszy.

Spotkania w Zuckmantel pozostawiły swoje ślady w Przygotowaniach do ślubu na wsi (Hochzeitvorbereitungen auf dem Lande) zaczętej, ale nie skończonej powieści młodego pisarza.

Bohater utworu Edward Raban wybiera się w pierwszej połowie czerwca na wieś na dwa tygodnie. Ubrany w elegancki płaszcz, szykowny garnitur, z walizką w płóciennym pokrowcu w kratkę zamierza porzucić niedolę kawalera – jedzie do swej narzeczonej Betty. Wzrok przyciąga „wyblakła czerwień krawata, tkanego w mauretańskie wzory”. Przed wyjazdem z dużego miasta (które możemy nazwać Pragą) napotyka na szereg przeszkód i niedogodności, ale w końcu dostaje się do pociągu zmierzającego na północ. Wysiada na dworcu w pobliżu wsi.

„Pociąg ruszył, zniknął jak długa odsuwana brama i za topolami po drugiej stronie toru ukazał się ogrom zapierającej oddech przestrzeni. Nie wiadomo, czy było to przeświecające pasmo pól, czy las, staw, czy też dom, w którym ludzie udali się już na spoczynek, wieża kościelna albo parów między wzgórzami, nikt nie powinien się tam zapuszczać, któż jednak mógłby się od tego powstrzymać?” (przeł. Roman Karst).

Pada deszcz, robi się ciemno. Po odprawieniu tragarza Edward błądzi w ciemnościach w poszukiwaniu omnibusu. W końcu natyka się twarzą na pysk konia. Wsiada do pojazdu i czeka na woźnicę. Ruszają do wsi, która skontrastowana jest z miastem. Raban myśli: „ta wioska jest paskudną dziurą od początku do końca”. Poznaje z pokładu pojazdu miejscowość. To poznanie ograniczone jest ciemnością i niepokojami ducha, mrokiem niepewności. Widzi zatem niewiele: murowane schody kościoła, statuę, park z bramą. Więcej może się domyślać, ale to przecież nic pewnego. Jest to wyprawa w krainę deszczu, dżdżu, kałuż, czarnych wzgórz i obcych spojrzeń. Przemawia do niego nieprzyjemna okolica, a przecież jedzie do ukochanej Betty. Ograniczenia kraju wypalonych świec otwierają jednocześnie inne przestrzenie: czas może okazać się bezczasem, droga bezdrożem, a nadzieja beznadzieją. Bohater dociera na koniec świata, nad przepaść, ale czy w nią wpadnie – my tego nie wiemy, bo emanujący mroczną baśniowością rękopis się urywa…

Max Brod jest przekonany, że w tym wczesnym fragmencie ledwie zaczętej powieści objawia się już cały geniusz Kafki. To zadecydowało, że bardzo zaangażował się w publikowanie utworów przyjaciela, namawiał go do pisania, pomagał w czasopismach i wydawnictwach. Fragmenty go oszołomiły, nie posiadał się ze szczęścia, wywarły ogromne wrażenie.

Do sanatorium jedzie się po to, żeby się leczyć, także ze złudzeń, a może przede wszystkim ze złudzeń. Jedzie się po to, by skorzystać z resztek życia, by kogoś poznać, zaprzyjaźnić się, zakochać, przeżyć intensywne chwile istnienia, pozostawiwszy wszelkie troski w domu, a chorobę zawiesiwszy na haku. Franz Kafka, jak zapewnia Max Brod, interesował się naturalnymi sposobami leczenia, wierzył w tajemnicze siły uzdrawiające natury. Przez mieścinkę pod Kopą Biskupią przewinęło się mnóstwo osób. Na pewno w sanatorium Edel byli Franz Kafka i kompozytor Leoš Janáček.

Spokojny, po prostu krajobrazowy tok myślenia prowadzi mnie w to miejsce, gdzie kiedyś był Park Cesarza Franciszka Józefa i Fryderyka Schillera. Pięknie skomponowany drzewostan, wspaniała fontanna, przepiękne zieleńce. Zaciągam się haustami powietrza nasyconego olejkami sosnowymi i modrzewiowymi.

Pyta Pan Profesor, czego mi życzyć? Nie potrzebuję dobrego losu, bo sam jestem dobrym losem. Nie potrzebuję zdrowia, bo sam jestem stuprocentowym zdrowiem. Szczęścia, ależ skąd! Jestem szczęściem szczęść! Tylko żeby te duchy sobie już poszły, bo nie mogę zasnąć.

JP

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.