[…]
Hotel Albana, Sankt Moritz
14 listopada 1938
Kochany Jarosławie!
Za list z ósmego naprawdę serdecznie dziękuję. Przyjemności mi nie sprawił, bom bardzo się zmartwił jego minorowym tonem.
O sobie nie mam nic do doniesienia – tyle, żem przeniósł się ze zupełnie martwej Arosy do letargicznego St. Moritz. Pogodę mam feeryczną i samotność była kompletna, którą znosiłem niespodziewanie świetnie, aż tu nagle diabli nadali kogo? Xięcia Bielskiego!2 Mój pech, gdyż pomyśl – w całym St. Moritz są tylko trzy małe hotele na wpół otwarte, w nich nocują przejezdni komiwojażerzy „robiący” w papierze toaletowym i wykałaczkach Odol na nadchodzący sezon. Mowy o jakichś szykach nie ma czy też jakichkolwiek nadziei na lekki chleb dla hochsztaplera, a tu okazuje się, że i hochsztaplerzy potrzebują gdzieś spędzać rekonwalescencje. I oto tu jest z zaklejonym uchem. Podobno miał cztery uszne operacje i straszną anemię – wygląda równie świetnie jak ja suchotnik. Kłamie tak fantastycznie czy też ma tak fantastyczne powodzenie życiowe, że z jego słów nic zorientować się nie można. W każdym razie mieszka w najdroższym z otwartych hoteli i ma wspaniałą, ogromną maszynę, na której – jak i na koszulach – widnieją dyskretne mitry3. Myślę, że prawdą jest, że utrzymuje go Aosta, gdyż mówi jedynie o Humbercie4, takim zawsze kochanym i wiernym w przyjaźni. Choroby ostatnie odbywał w Laeken (czy jak to się pisze), letniej rezydencji Leopolda5, także zawsze takiego poczciwego. Właśnie jechał do niego na lato, jak co roku, kiedy nagle rozchorował się w Kolonii, tak że Leopold przyleciał do niego swoim samolotem i osobiście przewiózł go do Brukseli, gdzie ten straszny Michał Mościcki6 miał czelność powiedzieć mu: que Vous avez beau habiter le Palais Royal, mais si on me demade une opinion a Votre sujét, je serai forcé de dire, que Vous avez été arrête pour avoir fumé de l’opium7. Co za dureń! A któż w Belgii będzie się pytać Mościckiego o mnie? Wiadomo przecie, że jestem przyjacielem całej rodziny królewskiej. Wiosną był z wizytą u Georges’a de Grèce8 w Atenach.
Tacy poczciwi wszyscy dla niego tam byli. Samochód ma numer angielski, co daje mu ogromne zniżki na benzynie we Włoszech, gdzie stale mieszka i właśnie wybudował sobie domek na Capri (wszystkie dekoracje wewnętrzne – bleu de Prusse9). Chociaż właściwie nie ma prawa do takiego numeru, bo nie mieszka w Anglii, ale ten angielski Kent10 zawsze mu to załatwia. Zresztą maszynę obecną niedługo zamieni na cadillaca, bo to tylko 500 dolarów drożej, a lepiej trzyma drogę.
W Rzymie towarzystwo jest strasznie przyjemne – no, tylko polskie placówki pożal się Boże. Jedyni przyzwoici ludzie to był Skrzyński11 i Przeździecki12 (jak wiadomo, nieboszczycy zazwyczaj nie prostują nie bardzo doniosłych kłamstw). Na wiosnę żeni się z wielką, wypróbowaną (bo przyznaje, że miał różne bardzo nieprzyjemne chwile w początkach) przyjaciółką, Francuzką, która w tej chwili est en train d’obtenir une annulation (car on est très bon catholique) de son mari le Marquis de…13 Ona sama z domu jest hrabianką i ma śliczny zamek koło Saint‑Jean‑de‑Luz. Ma poza tym dwoje dzieci, które wreszcie będą miały opiekuna, no i ma dziadka Kubańczyka z ogromną forsą z cukru. Z zamku mała będzie pociecha, gdyż przyznaje, że do Francji nie może wracać. Będą mieszkać w Rzymie, ale dwa miesiące chce spędzać w Polsce, a dwa musi na Kubie. W lutym jedzie do Hollywood. Wprost wstyd mu się przyznać, po co, no ale każdy chyba zrozumie, że pięćdziesięcioma tysiącami dolarów gardzić nie można. Ale to jest przykre, że musi pod własnym nazwiskiem zagrać rolę swego praszczura, szwagra Iwana Groźnego. Poczciwy – zaproponował mi nawet napisanie scenariusza. Twierdzi, że byłaby to drobnostka – wystarczyłoby poszperać w archiwach w Polsce, a za to można by dobrze zarobić. Poradziłem mu Ludgarda Grocholskiego14.
Właściwie zabawa niesłychana i nie jest zbytnio nachalny, a studium wprost jedyne. Powyższą część listu chcę koniecznie, by przeczytali Józio Czapski i Jaś Tarnowski15. Błagam, dostarcz im tej przyjemności, a przyznaj, że dwa razy tego opowiadanka pisać nie warto.
Przerwałem pisanie, bo Xiążę przyjechał po mnie na spacer. Pytał się o Ciebie i kazał Ci się bardzo serdecznie kłaniać. Nie powiedział, żeś mu jaką krzywdę wyrządził – więc jesteś człowiekiem zupełnie wyjątkowym. Dziś po południu dowiedziałem się o długoletniej zażyłej przyjaźni Alfonsa
A gdyby to wszystko była prawda? Pomyśl – to dopiero byłoby straszne.
Wszystko, co o sobie piszesz, bardzo mnie martwi. Ufam, że z tym śledztwem18 już poza Tobą nerwy się trochę odprężą. Co mówisz o Żydach, rozumiem to dobrze, ale przyznaj, że tragedia ich jest wprost obecnie nieludzka19, i to że Tobie czy wielu innym działają na nerwy lub że szkodzą sobie sami każdym prawie odezwaniem, nie pozwala ani Tobie, ani mnie ich opuszczać w tych koszmarnych dla nich czasach. Fakt, że masz swoje ponad wszelką miarę ciężkie kłopoty i obowiązki, zwalnia Cię częściowo od obowiązków społecznych, ale wierzaj mi – niezupełnie, gdyż jednakże jesteś na świeczniku (nie śmiej się). A przy tym wypełnianie obowiązków względem nie bliskich jest rzeczą znacznie łatwiejszą, co bynajmniej nie znaczy, aby była zawsze rzeczą mniej ważną. Ja ostatnie dni przeżyłem pod obuchem dramatu Żydów niemieckich. Zupełnie mi to życie zatruło. Jedną mam pociechę – to nastrój panujący w tym kraju: choć naród wysoce nieatrakcyjny, ale w głowie ma dobrze. Nienawiść do reżimu totalnego jest fantastyczna, oburzenie na obecny antysemityzm ogólne i druzgocące. O Anschlussie mowy tu nie ma… Bardzo się też ostro biorą za propagatorów narodowego socjalizmu. A gdziekolwiek dojechać do granicy włoskiej, napotyka się na wielkie roboty fortyfikacyjne: setki robotników i kolejki giną gdzieś w czeluściach tuneli. Nagle w jakimś lodowcu widać wagonik opancerzony – wprost dziwy.
Co do Twojej żony, rozumiem aż zbyt dobrze, co czujesz, ale czy to aby nie za wcześnie martwić się, jaka ona będzie po wyjściu z choroby, bo wszak z tego, co piszesz o jej stanie, to widać, że chorą jeszcze jest i to ciężko, tylko Bogu dzięki poprawa jest znaczna i stała, więc chyba należy ufać, że wróci do siebie naprawdę, a nie tylko do normalnego stanu nerwów. Tak zapatrywałbym się na to.
Co do wzmianki o szaleństwach i samobójstwach, które mogą jakoby okazać się zaraźliwe dla Ciebie – po prostu nie przyjmuję jej do wiadomości. Za takie powiedzenia, choćby to wydawało się okrutne, należy karcić i prawie gardzić. Przepraszam, ale wiesz dobrze, że zawsze byłem guwernantką.
Poza tym nie mam Ci nic do doniesienia, chyba to, że modliłem się gorąco za Ciebie (nie śmiej się) i że Cię ściskam z całego serca.
Twój
Tonio
[…]
Opracowanie i przypisy Robert Papieski
[Całość można przeczytać w numerze.]
