05/2018

Aleksandra Francuz

„Masz sny… I co z tego, że takie straszne?”

Banał wystarczy, aby maszyneria ruszyła. „Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób” – to pierwsze zdanie Anny Kareniny weszło do kanonu i stanowi ramę niejednego studium zbiorowości, znaczone literackim przyczynkiem z Tołstoja, jest badaniem form życia, także zachodzących w nim procesów rozkładu, gnicia, trupienia, wydrążania istoty z istotowości. Słowem, nie byłoby wielkiego realizmu bez małych powieści rodzinnych, a to, co przyjęło się określać jako zwykłe nieszczęście, życie po prostu, stanowi rozpoznawalny nerw czystej prozy i wielu zabiegów trzeba w tej materii, aby nie rozsupłać wszystkiego, zostawić pętle, bo tylko tak można mówić o „traumaturgii”, jeśli przypomnieć termin Ryszarda Nycza, co prawda wykuty na okoliczność badania innych poetyk, bo Różewiczowskich języków, to pojęcie jednakże dobrze oddaje kierunek, który obrał w swej twórczości Tomasz Białkowski, autor miniatur powieściowych, zanurzony w estetyce śmietnika, kolażu odpadków.

I na nic się zdadzą zabiegi łagodzące ból istnienia, te wszystkie kompozycyjne ronda, kombinacje na lodzie, na zmarzlinie, wariacje tematyczne genesis i apokalipsy, w kółko się kręcące rodzinne historie od pogrzebów do pogrzebów, wychodzenie z siebie i patrzenie z ukosa na nędzny cień żywota swego i na układaną w spójny cykl piękną „kaligrafię”, czy to zarzut?; echo tych słów wybrzmiało kiedyś w stosunku do pisarstwa Hanny Krall. „Totalna organizacja” okrucieństwa przeobrażającej się natury nie zakryje, bo nie może. Miejsca naznaczone przez traumy pamięci nie goją się wcale, przez najzmyślniejszy nawet opatrunek ze słów przebijać już bowiem będzie na wieki sącząca się rana. Balsamiczne okłady, jakie stosuje Białkowski, są próbą uśmierzenia przeszłości. W rzeczywistości wszystko, czego tu dotknąć, wyje z bólu: żywi i umarli, ludzie i przedmioty, a obserwująca to widowisko przyroda pochowała i przerabia w pamięci krótkie życie monstrów i herosów, warianty dziwności tego, co narasta, gdy zamiast ludzi natrafiamy na kukły wypchane trocinami, a tam, skąd zdaje się, że wiać powinno pustką, we wnętrzach rupieci, niby w mitycznym chaosie hula dziejów wiatr, tkwi zalążek całej kosmogonii, dalekie echo spraw, idei, długiego trwania i nie rozwieje tego nic, żadna siła nie unicestwi. Z ruiny powstałeś i w ruinę się obrócisz, powiada Białkowski. Odzyskuje się życie, odnawia kontakt z nieskończonością, krótko mówiąc, powraca do natury, jedynie na cmentarzysku i innego początku nie będzie. Jeśli w tym tkwi ocalenie, to absurdalne.

Autor Pogrzebów, przypowieści w trzech odsłonach szuka dla tego rytmu odpowiedniej mowy, wyczuwa pod palcami puls historii małej‑wielkiej, tradycję dla realizmu magicznego, naszej polskiej rzeczywistości cudownej. Nie jest Białkowski pogrobowcem „literatury Ameryki hiszpańskiej” (Jerzy Kuhn), jej wielkich ojców założycieli: Márqueza, Cortázara, Borgesa, Carpentiera, Sábato, Fuentesa czy Llosy. Może i buduje świat z tych samych sklejek, plecionki starego (europejskiego) i nowego świata, ale stąpa po swojej Ameryce, bo to, co dziewicze i dziwaczne mieści się w znacznie bliższej pisarzowi topografii. Niewiele ma ona wspólnego ze „skałą pięknej Kalliope”, mitycznym uosobieniem sztuki epickiej. Autor Zmarzliny nie pracuje na takich wysokościach, choć ma we władaniu i rylec, i tabliczkę, dawne atrybuty artysty, schodzi z nimi pod ziemię, żeby oglądać spod spodu ludzkie sprawy; to, co na wierzchu, mazurski matecznik, lasy augustowskie, jeziora i wierzby płaczące, taki nad‑zwyczajny polski kraj­obraz niewiele mu mówi, brzmi jak sielankowe echo „krain lat dziecinnych”, kojarzy się z dłużyzną retorycznych okresów, dlatego odczarowuje epos nasz polski, panatadeuszowe strofy, to, co narosło od wieków, niech się wyłoni z tego dobre tło, bo nie światło, niech nadciągnie wraz z nocą, koszmarem, nagniotkiem duszy, co więzi i trawi od środka, co żyć w spokoju nie pozwala, a każe zapadać się w „mokrej brei”, zaglądać do kloacznych dołów, wwiercać się w wyjałowiony grunt, „lipną drogę”, w błotko polskie, gdzie „biednie, głodno, straszno”, niech z tego wychynie w końcu cała prawda, czysta proza, bez bajania i fantazjowania, wywracania świata do góry nogami. Na każdego czekają jego własne ciemności, pochowana pamięć, cuda‑niewidy: szaleństwa i śmierć; wie to Białkowski, i to, że na bocznicach, krawędziach świata trzęsie najmocniej.

Trudno utrzymać równowagę w tym „przedpiekle niechcianych i niekochanych” (Márquez). Są odsłony tego samego na wiele głosów rozpisanego dramatu rodzinnego: „ogrodu pamięci”, który rozplenia się, ma wiele odnóg, jest rosarium, żyzna ziemia i rozłogi, wysypisko, jak w polifonii. Nie dialogi są siłą napędową tej sztuki, ale słowa, które drzemią, w głowie się roją, powierzchni nie dotykają. Solilokwia, które nie pójdą dalej niż do okna, progu świata, zewnętrza. Krążą jak senne przywidzenia. Zakopane w sobie głębokie struktury, meandrujące „ja”:

Urodziłem się ze smrodem. Z piętnem.

Kiedy to robiłem, myślałem o facecie, do którego się jutro wybieram, o tym, czy uda mi się wrócić przed południem, zanim matka zacznie łazić po mieszkaniu. O dywanie, który znalazł się w piwnicy, bo matka po cichu załatwiła go szczochami, a jeszcze wcześniej kazała zerwać parkiet i trzeba coś z tym zrobić, bo nieprzyjemnie się łazi rano po betonie. Pomyślałem, że cicho jęcząca Anna z rozsypanymi na plecach rudymi włosami musi teraz myśleć o chłopach wiercących świdrem otwory w syberyjskim lodzie, o swoim ojcu, który pół roku łazi do fabryki gwoździ bez wynagrodzenia. Może płacą mu tymi gwoździami? […] A potem pomyślałem, że niczym nie różnimy się teraz od kaprala Jana i magister Beaty na poddaszu domu przy Jaśkowej Dolinie. Że to wszystko to nic innego, jak nowa wersja tragifarsy sprzed lat. Inni aktorzy, inne dekoracje, ale reszta ta sama. […] A wtedy gwałtownie pociągnąłem ją za włosy na podłogę, odwróciłem twarzą do siebie i wszedłem ponownie. Wiedziałem, że na mnie patrzy, ale nie widzi wlepionych w nią mokrych oczu. […]  – Proszę cię, nie do środka  – wycharczała na koniec. I to chyba była kolejna różnica między parą sprzed lat a nami.

To właśnie wtedy, wśród kubłów z farbą i hektarów folii, odnalazł zapamiętany z dzieciństwa stół dziadków. Vorbl wzruszył się jego widokiem. Mebel był mocno zniszczony. Blat miał porysowany i umazany wieloma warstwami farby, toczone nogi ledwo trzymały się obręczy. Drewno przeżarły korniki, rozmiękczyły wilgoć i chłód. Postanowił, że go odrestauruje. […] Potem rozebrał stół na pojedyncze elementy, oszlifował je i wybielił. Zmył starą politurę […] blat posmarował płynnym woskiem, nałożył na niego nową warstwę politury. Od spodu również go zawoskował. Dziury po robakach oczyścił płynem, który wstrzykiwał igłą. Potem zalepił je szpachlówką. Całość jeszcze raz wyszlifował i na koniec polakierował trzykrotnie.

Pamiętam z dzieciństwa, że u nas podłoga była nierówna, z surowych desek, a przez to tu i ówdzie wystawała ostra drzazga. Matka mi mówiła, żebym nie darł dłońmi po podłodze, bo drzazga razem z krwią zawędruje tętnicą do serca. Wpłynie do środka i umrę. […] Mówią, że sny to magazyny śmieci w mózgu. Kto to wie, co jest śmieciem, a co wartością? […] Przedmioty, jak ludzie, też potrzebują szczęścia. […] Ten mój fotel to chyba źle nie miał, dobrze wygląda. Ale może co niewłaściwego zobaczył? Musiało tak być, bo skoro aż do lasu zawędrował, to sprawa musiała być poważna.[…] pamięć o wszystkim leży w naszym środku. Pamięć to nie krzesło, co je można porąbać i w piec cisnąć.


Odrestaurowywany mebel świeci, przygniata precyzją obróbki, dobra robota. Ale wątpliwość zostaje, drżenie i niepewność. Bo czy gdy pogładzić surowe wnętrza, oczyścić i wytrzeć do sucha, nałożyć warstwa na warstwę politury, zawoskować na wierzchu i pod spodem, to mniej widoczne będzie złamanie, ból nie będzie krążył w aortach, rozchodził się po całym ciele literatury? I czy z duszy wyrwie się nie skowyt wiecznej udręki, a okrzyk podziwu dla gestu kreatora, co w nicości wykuwał wyższe sensy – niewidy metafizyki?

Tomasz Białkowski: Małe historie rodzinne.
Muza SA,
Warszawa 2017, s. 512.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.