06/2021

Wacław Holewiński

Mierząc się z legendą, ryje swój ślad…

„Dargin (niem. Dargeimer See) – jezioro w Polsce na Pojezierzu Mazurskim, w Krainie Wielkich Jezior Mazurskich, część kompleksu Mamr. Jeden z większych akwenów leżących na północ od Giżycka. Staropruska nazwa ze starobałtyjskim rdzeniem darg, znaczącym «słotny, wilgotny, mokry»”. To tam wysyła swego bohatera Wojciech Chmielewski. Dla odpoczynku, przemyślenia życia, oswojenia się ze śmiercią. Śmiercią spodziewaną, ale przecież – w wypadku najbliższych, a przyjaciel zalicza się naturalnie do tego kręgu – zawsze niespodziewaną, kończącą nieodwołalnie jakiś etap naszego życia.

Czytam najnowszą, siódmą książkę autora Najlepszej dentystki w Londynie i, jak wcześniej, nachodzi mnie myśl, że jest on pisarzem nostalgicznym. Jak ulał pasuje tu definicja tego szczególnego stanu: „tęsknota za czymś przeszłym, co utrwaliło się w pamięci lub do czegoś, co wyobrażono sobie w marzeniach”. Jest Chmielewski pisarzem odchodzącego świata, nawet wówczas, gdy na stronach swoich opowiadań lub powieści pisze o tym, co tu i teraz. Nic nie dzieje się w tej prozie szybko, gwałtownie, nie ma zwrotów akcji, które każą czytelnikowi wrócić do poprzedniej strony, czytać ją ponownie. „Trafił się naprawdę upalny dzień. Tataraki jakby przyprószone słonecznym pyłem, ciemniejsze wierzchołki sosen nie poruszają się. Na kąpielisku dzieci chlapią na siebie, pływają na materacach. Czarny pies moczy łapę w jeziorze i odskakuje”. Ten – wydaje się prosty – opis, przecież mistrzowski, pozwala dotknąć jeziora, poczuć upał, usłyszeć krzyk szczęśliwego dziecka. I być w środku, właśnie tam, gdzie chce nas poprowadzić autor tych słów.

Mazury są dla pisarza kontrapunktem, potrzebą odbicia pełnego świateł miasta, Warszawy. Bo przecież ta powieść tylko czułkami dotyka Wielkich Jezior, tak naprawdę, jak zawsze u Chmielewskiego, to Warszawa, jej ludzie, zaułki, knajpy, wieżowce, jej kurz – dosłowny i w przenośni – są surowcem, z którego tworzy, lepi swych bohaterów.

Kim jest narrator Jeziora Dargin? Dojrzałym mężczyzną, pewnie bliżej mu pięćdziesiątki niż czterdziestki. Specyficznym, bo za takiego trzeba przecież uznać kogoś, kto nigdy nie miał kobiety, żyjącym w świecie muzyki, którą przez lata prezentował w publicznym radio, a resztę czasu spędzającego na lekturach – z racji wykształcenia – głównie niemieckich i w towarzystwie poznanego podczas wakacji, ileś lat wcześniej, przyjaciela i jego kompanii. Człowiekiem na rozdrożu, po utracie pracy i tego, który dawał mu inny, głębszy oddech, pozwalał wejść, wniknąć w świat, który początkowo obcy, stawał się z każdym miesiącem, z każdą wizytą w karczmie, wypitym piwem, bliższy, bardziej swój.

„Leżałem w lesie na Mazurach i analizowałem własne przywidzenia. Jedno po drugim. Na przykład, że jestem niezastąpionym radiowym redaktorem. Co za kłamstwo! Ci, co przejęli w ramówce prowadzenie moich programów, są często po prostu lepsi. Bardzo to boli, ale takie są fakty”. Ilu z nas myśli podobnie, ilu ma odwagę przed samym sobą powiedzieć: nic ponad miarę. Ot, przypadek, studenckie radio, dobry „radiowy” timbr głosu, ciotka, która pomogła znaleźć pracę gdzieś na Myśliwieckiej, a może w Alejach Niepodległości (autor zabawił się z dociekliwymi czytelnikami wymieniając nazwiska muzycznych i literackich „gwiazd” dwu programów Polskiego Radia).

Życie. Pewnie ciekawsze, bo pełne do pewnego momentu odwagi, charmu, determinacji, to drugie, zmarłego przyjaciela. Pnącego się po szczeblach kariery pracownika korporacji, towarzyskiej gwiazdy, ojca rodziny. Tyle że i tu ostrym cięciem Chmielewski przeciął liryczną bajkę. A może nigdy jej nie było, może tylko nałóg był lepiej ukryty? Bo to wyjazd służbowy, negocjacje w jakimś hotelu niszczą jego przyszłość, powodują, że staje się persona non grata, tym, z którym nikt już nie będzie chciał zawierać umów, o którym za plecami będą szeptać, że wyłącznie wódka stawia go na nogi. A potem już tylko gorzej, zapudłowanie po jeździe rowerem po pijaku, rozwód, strach o kontakty z dziećmi, ucieczka od matki, jedynej osoby, która była gotowa poświęcić wszystko dla ratowania syna. Zabałaganiona wynajęta kawalerka na Siewierskiej… I oaza wolności. Knajpa, karczma tuż obok Dworca Głównego, miejsce staczania się, ale i ciekawości, przeżycia w innym języku, bo przecież każdy ma swój język, punkt wyjścia do opowieści. Oaza pełna „ludzi prawdziwych” wypełniających krzesła przy stolikach. Tego, przy którym siedzą, tego obok. Przestrzeń. Przemieszani. Każdy z własną historią, traumą, poczuciem wartości. Bolek Snajper, Darek Bomba, Tomek z Legii Cudzoziemskiej, Kazik z Eurotransu, Jurek Wolontariusz. Były ubek, pułkownik, kierowca, jakiś stróż, inteligent. W bluzie z emblematem warszawskiej Legii, z pancernymi zagonami Guderiana, nieznaną komorą w piramidzie Cheopsa. I do połowy opróżniona szklanka z wódką i sokiem żurawinowym. Szklanka, nie kieliszek!

Wróć, cofnijmy się jeszcze dalej. Bo może coś musi z czegoś wynikać? „Czy wyobrażasz sobie sytuację, w której ja zapraszam do domu kolegów i piję z nimi wódkę w dużym pokoju? To nie do wyobrażenia. A mój stary? Pewnego dnia przychodzę ze szkoły, siedzą we trzech, flaszka na stole. Pierwsza, potem jeszcze kilka. […] Moja matka krzątała się w kuchni i podawała na stół kanapeczki, coś na ciepło, zmieniała talerze, podała wędliny, śledzie. Inne czasy były”.

Tak, czasy były inne, inne też zapewne rozmowy, ale przecież gdzieś w nas, w niektórych z nas, tkwi ta potrzeba specyficznej bliskości – na rauszu, gdy myśli przychodzą niespodziewanie, alkohol wyostrza spojrzenie, skojarzenia są nieoczywiste…

Więc może to także opowieść o zmianie obyczajów współczesnej Polski? O przeniesieniu alkoholowego ceremoniału z czterech ścian jakiegoś M do knajpy? Nie żadnych lumpów, raczej tych nieźle wykształconych, oczytanych, szukających kolorytu, spełnienia, oderwania od rzeczywistości oczywistej? Niekoniecznie. „Stara wyrzuciła mnie z domu, zaczął zwierzenia Jurek Wolontariusz, bo za regałem zamontowałem pojemnik z pleksi na wódkę. Za książkami szedł przewód, rurka taka plastikowa, aż do samej szafki nocnej. Żona nie mogła dociec, dlaczego ciągle jestem ten tego”.

Siedzą, rozmawiają, czas płynie. Wódka, piwo, powoli snujące się opowieści, o tym, co kiedyś, o tym, gdzie i z kim. Albo o tym, dlaczego było właśnie tak i nie mogło być inaczej. O reformacji, historii starożytnej, Filistynach. „Można było wypić całe piwo, nie odzywając się ani słowem”. Czasami w zimie, gdy już w głowie wszystko się miesza, ktoś poleci na rozgrzaną do czerwoności kozę, ktoś nieszczęśnika poratuje, odwiezie do domu, inny wpadnie na szybką lufę, bo musi gdzieś dalej, w trasę. Czasami kończy się to w jakimś kantorku, obok sprzętu…

Są przegrani? Przyjaciel narratora mówi, że uważa ich za śmieci, że fascynuje go brud. Brud życia, bo przecież nie o mydło ani poczerniony mankiet czy kołnierzyk nieuprasowanej koszuli tu chodzi. A oni sami? Nikt ich nie pyta, ale zapewne nawet by im nie przyszła do głowy taka klasyfikacja, weryfikacja. Pewnie odwrotnie, lubią i cenią właśnie to, że nikt, nikt na świecie nie zmusi ich do zmiany trybu życia, że jest ono tylko ich, że decydują, że czują się wolni. Od ludzi, zdarzeń, etatów, prawa. Nawet od pieniędzy, tych zarobionych i tych… No tak, ktoś postawi, innym razem, gdy będę mógł… Nie ma hierarchii, zobowiązań, nie ma obligu czegokolwiek. Inna liga, inne rozgrywki, inna tabela potrzeb.

Nagle, bez zapowiedzi ktoś zniknie. Będą snuć domysły. Legia Cudzoziemska? „Zaciągnęli się, pojechali na Bliski Wschód, żeby strzelać do Arabów”. Może tak, może nie. Odwyk? Równie dobrze.

Jest i szpital. Nowotwór. Z repertuaru tych nie do wyleczenia. Wciąż jeszcze rozmowy. Ostatnie chwile. Jakaś ulatująca nadzieja. Liczenie dni, potem już tylko godzin. Ale z tyłu głowy taki obrazek: „Mój przyjaciel śmiał się, śmiały się jego oczy, usta, broda była całkiem wesoła, ale ja posmutniałem. Już straciłem dystans do tego, co mówiłem, do siebie. Słaba głowa do picia, taka sama od moich pierwszych prób z alkoholem”.

Więc może to właśnie alkohol gra tu pierwszoplanową rolę, może to on jest moderatorem zachowań, ich przyspieszaczem albo odwrotnie? Może to on tworzy fikcje i prawdy nieoczywiste, trudne do zweryfikowania?

Buzuje wyobraźnia węchu, smaków: „Kiedyś opowiadał, jak zrobił u siebie w kawalerce pręgę wołową w galaretce: to się gotuje i gotuje, a potem zostawia do ostygnięcia i je na zimno”. Pewnie powbijały się te zapachy w ściany zaniedbanego mieszkania. Przetrwają gospodarza, jego śmierć, odejście. Następni lokatorzy jeszcze przez jakiś czas będą czuli jego tam obecność.

Wróćmy na chwilę na Mazury. Chmielewski dorzuca jeszcze kogoś. Heiko i Bastian, dwaj Niemcy spędzający tam wakacje. „Bastian studiował sztukę na uniwersytecie w Konstancji, ale z Heiko znali się ze szkoły średniej. Obaj ze Stuttgartu. Trzymali się razem, byli już na rowerowych wyprawach w Hiszpanii i Portugalii. Heiko drobny, miał pociągłą twarz i kręcone włosy, a Bastian wyższy, nosił brodę i wciąż się uśmiechał”. Sztynort, Kwatera Hitlera, jakieś okoliczne wsie, cmentarz. Bohater jeździ z nimi, rozmawia, razem jedzą pierogi, zanurzają się w przyjemną toń jeziora, wymieniają banalne myśli, jak to na wakacjach – spotykamy ludzi na chwilę, czymś nas zainteresują, jakimś zdaniem, śmiechem, prawdziwą albo zmyśloną, własną albo cudzą historią. Schiller, Novalis, Eichendorff, Jünger, ikony niemieckiej kultury – bardziej w jego niż w ich głowach. „Tu, na kempingu, nie robiłem sobie nadziei, że ci dwaj niemieccy studenci będą umieli powiedzieć coś ciekawego na interesujące mnie tematy, poza banałami, których dowiedzieli się w szkole, a i to było wątpliwe”. Zastanawiałem się czy autor Jeziora Dargin chciał w ten sposób ukorzenić przeszłość, odnaleźć klucz do wielonarodowych Mazur? Bo przecież także Ernst Wiechert, niemiecki piewca Mazur. Ale nie. Nic tych młodych chłopaków nie łączy z krainą – być może – ich dziadów, krewnych. Są ciekawi świata. Innego niż ich własny. Zobaczą to, co polecane w przewodnikach, w Internecie, ułożą we własnych głowach obraz kraju, w którym spędzili miło dwa tygodnie, jakieś migawki, zdjęcia, po latach z trudem wymienią jedno lub dwa miejsca, które zapamiętali. Hiszpania, Portugalia, Polska…To bez żadnego znaczenia. Maleńkie punkty na mapach, zapomniany kemping, piwo Tyskie, rowery, jeszcze Gdańsk. Też bez żadnych skojarzeń. Młodość, beztroska…

Więc ta ucieczka na Mazury to tylko pozór? W swym poniemieckim wątku jest ona drobną cząstką opowieści warszawskiej? Oderwaniem od rzeczywistości, miasta, drobnym antraktem w życiu raz ułożonym, trwającym w swym własnym porządku?

„Skończyłem spisywanie wydarzeń znad jeziora Dargin. Miesiąc temu znalazłem pracę w Bibliotece Narodowej w Zakładzie Zbiorów Dźwiękowych i Audiowizualnych. Jest gorzej płatna, ale to nieważne. Przesłuchuję archiwalne nagrania i porządkuję rekordy. I to wydaje mi się całkiem naturalne…” I to wydaje się całkiem naturalne… Zdania jak słupy milowe w pisarstwie Chmielewskiego. Nie ma w nich buntu, rewolucji, nie ma pędzącego jak ekspres Intercity kalejdoskopu zdarzeń, hałasu myśli, szumu niedopowiedzeń. Jest czas, w którym się odnajdujemy albo – to częste – gubimy. Ale przecież nie znaczy to, że sens tych zdarzeń jest nieprawdziwy, odwrotnie. Nawet w smutku, w szpitalnym przygnębieniu, śmierci, gdzie już nie dziwi była żona, która oddziela to, co przez lata narosło w poczuciu krzywdy, od tego, co ostateczne, kończące, wspólne. Nawet w tej porządnej trumnie z mosiężnymi okuciami. I dyskretnymi zaprosinami na stypę. Autor Jeziora Dargin naznacza swych bohaterów skazą, jakimś naznaczeniem losu, odległym od lirycznych wzorców, które sprzedają kolorowe tygodniki, ale i tych drugich, które szukają sensacji w zdradzie, zbrodni, pomówieniu.

O Chmielewskim mówi się, że jest piewcą Warszawy, jej mieszkańców, miejsc, ich małych spraw. Jest warszawiakiem, dobrze się czuje w mieście, w jego centrum i na obrzeżach, przemaszerował je w każdą stronę, zahaczył o knajpy, posłuchał rozmów – uczonych i bełkotliwych, z sensem i bez znaczenia. Na peronie, przystanku, w kiblu, w tłumie przechodniów, w korporacji, na bazarku i w kościele. Nie chwyta, nie opisuje wielkich postaci. Zapewne nigdy nie porwie się na Starzyńskiego, Baczyńskiego, Moczarskiego albo Kusocińskiego. Jego bohaterami zawsze są ludzie – nie chcę powiedzieć przeciętni, bo każdy jest jakąś indywidualnością, ale tacy, którzy nie wyróżniają się w tłumie, którzy nikną w nim bezszelestnie, pozostają w pamięci najbliższych, a i to nie zawsze. Są, ale przecież świat by się bez nich nie zmienił, nie byłby ani uboższy, ani mniej wyrazisty. Ani lepszy, ani gorszy. Może byłby tylko mniej rozjaśniony?

Ale mówi się też często, że autor Jeziora Dargin to spadkobierca, epigon Marka Nowakowskiego. Ten ostatni był pisarzem wybitnym, Warszawa była jego małą ojczyzną, tu czuł się najlepiej. Mam wrażenie, że poza hołdem, jaki Chmielewski czasami składa swemu mistrzowi, poza trybutem, który płaci, będąc, jak tamten, pisarzem swego miasta, to błędny, głęboko niesprawiedliwy opis. Mam głębokie przeświadczenie, że jest autorem osobnym, innym. Że chodzi własnymi ścieżkami, ryje w nich swój własny ślad.

Wojciech Chmielewski: Jezioro Dargin.
Czytelnik,
Warszawa 2021, s. 224.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.