06/2021

Marek Olszewski

Milczenie krytyka

Ukazanie się dwóch bardzo obszernych tomów Krytyki zebranej to kolejne, po publikacji Wierszy zebranych (2016) oraz Prozy zebranej (2017), wydawnicze przedsięwzięcie poznańskiego WBPiCAK, które staraniem redaktorów – Adriana Glenia oraz Jakuba Kornhausera – konsekwentnie przypomina teksty Juliana Kornhausera, jednego z najciekawszych i najaktywniejszych przedstawicieli generacji Nowej Fali. Ponowna lektura książek krytycznych tego autora, począwszy od Świata nie przedstawionego (opublikowanego wspólnie z Adamem Zagajewskim w 1974 roku), stwarza doskonały pretekst, by przypomnieć sobie, jakie dyskusje napędzały polskie życie literackie w ostatnich dekadach PRL oraz tuż po jego krachu. Chociażby dlatego, że aktywność krytycznoliteracka Kornhausera – zainicjowana artykułami publikowanymi na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku jeszcze na łamach „Studenta” czy „Życia Literackiego” i trwająca do pierwszej dekady XXI wieku – była ponadprzeciętna. Jej nieodłączny element stanowiła polemiczna pasja, której stawkę, zwłaszcza na początku drogi, wyznaczała pokoleniowa odrębność i potrzeba manifestowania jej mocnymi gestami. Jednym z nich była na przykład ostra wymiana zdań ze Stanisławem Balbusem w 1972 roku dotycząca przeceniania przez ówczesną krytykę pastorałkowej poezji dla „śpiących mieszczuchów”, napisanej w manierze lirycznej Tadeusza Nowaka, kompletnie zaś niezainteresowanej konstruowaniem nowej wrażliwości kulturalnej i społecznej.

Krytyczne wypowiedzi Juliana Kornhausera swą wysoką temperaturę zawdzięczały zawsze miejscu, z którego mówił. A było nim bardzo wyraźnie zarysowane terytorium grupowej obecności – najpierw w szeregach krakowskiej grupy „Teraz”, nieco później zaś wśród twórców powołujących do życia Nową Falę.

Własnym głosem
Ciekawe, że wypowiedzi o literaturze polskiej Juliana Kornhausera bardzo często rodziły się z frustracji i zniecierpliwienia lenistwem krótkowzrocznych i ulegających rozmaitym środowiskowym koteriom krytyków. Wygląda to momentami tak, jakby pisarz w poczuciu doznanej niesprawiedliwości zasiadał do pisania, by upomnieć się o swoje. I trzeba przyznać, że do takich potyczek Kornhauser przystępował świetnie przygotowany, dysponując – co ważne – niezbędną wiedzą historyka literatury. Sam zresztą myślał o sobie w ten sposób, powołując się na zdanie Andrzeja Kijowskiego widzącego w krytyku kogoś w rodzaju szpiega na rzecz historii literatury.

W pewnym sensie czyta się więc dziś książki oraz rozproszone teksty Juliana Kornhausera jako postscripta i dopiski do zbiorowych przemilczeń, zaniedbań czy wypaczeń rodzimej krytyki literackiej minionych kilku dziesięcioleci. A skoro tak, nie dziwi ani zapalczywość, ani wyższościowy, nierzadko mentorski ton, ale także przydarzające się spektakularne kiksy. Bo trzeba powiedzieć, że rozmaite formy uwikłania pisarza – w poczucie przynależności grupowej, pokoleniowej czy też szerzej, w literaturę krajową – przynosiły zarówno dobre, jak i nie najlepsze efekty. Do pierwszej grupy zaliczyłbym „czytanie własnym programem poetyckim” autorów uznanych, proponujące bardzo ciekawe reinterpretacje ich twórczości. Wspomnieć wypada choćby lekturę Białoszewskiego obsadzonego w roli rejestratora tradycyjnej drobnomieszczańskiej wrażliwości, chwytającego „aktualny stan umysłów określonych warstw społecznych”, Czesława Miłosza jako naturalisty albo Zbigniewa Herberta interpretowanego w duchu antyklasycystycznym przeciw tradycyjnej wykładni ustanowionej przez autorytet Ryszarda Przybylskiego. Z innej strony silna identyfikacja z życiem literackim w kraju kazała Kornhauserowi zachować daleko posunięty sceptycyzm wobec „odkrywanych na nowo” w okolicznościach transformacji ustrojowej pisarzy emigracyjnych jak Leo Lipski czy Zygmunt Haupt. Zamiast płynąć z prądem i oklaskiwać oklaskiwanych, wolał autor z uporem wartym lepszej sprawy przypominać niesłusznie zapomniane nazwiska pisarzy, którzy w czasach PRL nie tworzyli na obczyźnie, a z pewnością zasługiwaliby na powtórną, odpolitycznioną lekturę (wśród licznych nazwisk pojawiali się, m.in. Jerzy Zawieyski, Piotr Bratkowski, Jerzy Górzański, Jerzy Pluta, Stanisław Rembek).

Obrywało się od Kornhausera-krytyka niemal wszystkim, nie pomijając tych najbardziej zasłużonych. We wczesnych latach siedemdziesiątych, gdy nowe nazwiska poetyckie (Krynicki, Barańczak czy Zagajewski) potrzebowały walczyć o swój kawałek literackiego gruntu, dostawało się przede wszystkim literatom tworzącym na fali gomułkowskiej odwilży, takim jak Stanisław Grochowiak czy Jerzy Harasymowicz. Po równo obdzielani byli także towarzyszący im krytycy (Jerzy Kwiatkowski, Artur Sandauer) za to, że promują twórczość zachowawczą w swym minoderyjnym estetyzmie i pozbawioną społecznego znaczenia. Ten rodzaj żarliwego odrzucenia najmocniej dał o sobie znać oczywiście w kolejnych rozdziałach Świata nie przedstawionego – książki zgłaszającej zapotrzebowanie na nienaiwny realizm („Przedstawić świat – to pokazać, jak rzeczywistość odbija się w świadomości bohatera i jak z nią bohater walczy. Realizm – to walka”) przeciw grotesce czy mętnemu symbolizmowi Pokolenia ’56. Nic dziwnego, że tak ofensywnie napisana rzecz spotkała się z niezwykle żywym przyjęciem – w ciągu zaledwie roku od wydania Świat nie przedstawiony doczekał się ponad siedemdziesięciu recenzji, omówień i polemik. Nieprzypadkowo od tej właśnie publikacji i stawianego w niej wymogu realizmu Przemysław Czapliński oraz Piotr Śliwiński proponowali w podręcznikowej syntezie Literatura polska 1976–1998 rozpoczęcie opowieści o nowych zjawiskach w polskim życiu literackim.

W latach osiemdziesiątych XX wieku, gdy pozycja Nowej Fali była już ustalona, Kornhauser dawał się poznać jako ten, który zbywał machnięciem ręką „zjawiska” uznawane za nowatorskie objawienia przez takich krytyków, jak Jan Błoński czy Marian Stala. Nie bez racji (i niezupełnie bezinteresownie, rzecz jasna) przypominał wówczas, że poezja Jana Polkowskiego czy Bronisława Maja – czytana jako „metafizyczne” uzupełnienie doraźnej poetyki wiersza nowofalowego – była w gruncie rzeczy przedłużeniem jego odnowionego w drugiej połowie lat siedemdziesiątych XX wieku wariantu (wystarczy zerknąć do takich książek, jak Tryptyk z betonu, zmęczenia i śniegu Stanisława Barańczaka, List. Oda do wielości Adama Zagajewskiego, Zjadacze kartofli Juliana Kornhausera czy Nasze życie rośnie Ryszarda Krynickiego, by zobaczyć, ile w tym stwierdzeniu słuszności).

Po przełomie 1989 roku z kolei Kornhauser stopniowo przechodził do defensywy. Mimo początkowego umiarkowanego entuzjazmu wobec poetów „Brulionu” (mało kto dziś pamięta, że to właśnie Julian Kornhauser napisał posłowie do Zimnych krajów Marcina Świetlickiego), autor z coraz większym krytycyzmem spoglądał na ich poczynania. Co więcej, zwrot ku obserwacji błahej codzienności oraz zerwanie z filozoficzną tradycją wiersza bagatelizował jako mało oryginalne u młodszych poetów, zwłaszcza że właśnie ten kierunek lirycznej ewolucji obrali na samym początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku „starzy mistrzowie”, a więc faktyczni programotwórcy: Tadeusz Różewicz, Zbigniew Herbert, Wisława Szymborska, a przede wszystkim Czesław Miłosz (chodziło o jego tom Dalsze okolice z 1991).

Po staroświecku drażniło też Kornhausera nadużywanie w poezji tzw. barbarzyńców idiomu konwersacyjnego, poluźnienie wymogów polszczyzny literackiej czy wręcz jawne jej przekreślanie. Młodsi poeci nie pozostali mu dłużni, uznając go – o ironio – za jednego z tych autorów, których trzeba już zrzucić ze sceny. Pamiątką z tamtego okresu pozostawioną w prezencie historykom literatury, badającym dynamikę przemian pokoleniowych, jest słynny wiersz trzech Marcinów – Świetlickiego, Barana i Sendeckiego: „Napisalibyśmy wiersze / pełne niezłych idei / lub jakichkolwiek. / Ale, drogi Julianie, / żadna nie stoi za oknem. / Tak, za oknem ni chuja idei”.

W tej zaczepce pobrzmiewa kpina z modelu literatury (ale i krytyki) poruszającej się w horyzoncie wartości oraz etyki, która od lat siedemdziesiątych XX wieku była wizytówką działalności intelektualnej Kornhausera.

Melancholia czytelnika
Kończąc lekturę drugiego tomu Krytyki zebranej, w którym poza Uśmiechem Sfinksa, czyli monografią twórczości Zbigniewa Herberta, przedrukowano również ostatnią z opublikowanych książek Juliana Kornhausera (Poezja i codzienność, 2003) oraz dziesiątki rozproszonych esejów, artykułów, recenzji, wypowiedzi ankietowych z pierwszej dekady XXI wieku, trudno nie odnieść wrażenia, że w aktywności komentatorskiej autora chyba najmocniejszym gestem jest jego finalna rezygnacja z mówienia, niestety – wymuszona.

W 2005 roku na łamach „Tygodnika Powszechnego” krytyk napisał: „Ja coraz chętniej czytam książki autorów, których znam osobiście. Co by to znaczyło? Że nie chcę już brać udziału w spektaklu o nazwie współczesna literatura, bo mnie przytłacza swoim ogromem i brakiem porządku. Że wolę skupić się na tym, co oswojone i trwałe, bo szukam życia dawnych wartości. Że nie ulegam presji nowości za wszelką cenę, bo nie ma to już nic wspólnego z awangardą, lecz z hipermarketem kultury”. Pewnie, że łatwo zarzucić temu wyznaniu pretensjonalnie staroświeckie pięknoduchostwo, ale dostrzec można w nim – a, jak mi się wydaje, również w całym krytycznoliterackim projekcie Kornhausera – coś nieporównanie istotniejszego. Jest to mianowicie melancholia czytelnika – jednego z najbardziej pilnych i pracowitych, dodajmy – na którego oczach swą niemożliwość obnaża historia literatury jako nieodłączna towarzyszka traktowanej serio krytyki.

Już nic więcej
Można chyba myśleć o Julianie Kornhauserze jak o jednym z ostatnich reprezentantów krytyki w starym stylu, nie zaś recenzenctwa czy po prostu przypadkowego czytania tego, co się aktualnie wydaje bądź promuje. Nawet jeśli nigdy nie pokusił się o napisanie syntezy, to i tak z każdego jego tekstu przebija przywiązanie do kategorii porządkujących, takich jak pokolenia, prądy, grupy artystyczne. Autor widział w krytyce spójną i całościową narrację o ambicjach hierarchizujących, obejmującą swym zasięgiem niezwykle rozległy teren. Do tego święcie przekonaną, że możliwe jest zachowanie obiektywizmu. Pisał o tym w ankiecie „Znaku” przeprowadzonej w 1998 roku: „na […] obiektywizm, zrodzony przecież i z naukowego, historycznoliterackiego źródła, składają się następujące czynniki: w miarę chłodny, podkreślający dystans, sposób opisu, podkreślenie znaczenia warstwy estetycznej dzieła, odsuwanie na dalszy plan problematyki zależnej od ideologii, oderwanie utworu od postaci autora, który bardzo często znany jest osobiście krytykowi, poszukiwanie miejsc oryginalnych, nieopatrzonych, odmiennych od tego, co stanowi jego tło, akcentowanie tych motywów czy refleksji, które wyróżniają daną twórczość z bieżącej produkcji literackiej”. Po ponad dwudziestu latach doświadczeń czytelniczych oraz rozmaitych mód kierunkowego interpretowania literatury zintegrowanej ze studiami kulturowymi, czyta się ten fragment jak list odnaleziony w butelce.

Znamienne, że wycofanie się Juliana Kornhausera z aktywności komentatorskiej zbiegło się w czasie z radykalnym przyspieszeniem rynku wydawniczego, gdy coraz wyraźniej było widać, że książka może być po prostu towarem użytkowym tak samo nietrwałym, jak sieciowy viral czy mem zrobiony na określoną okazję. W okolicznościach tego samounieważnienia, wpisującego się zresztą w kryzys wielkich narracji, trudno nie dostrzec, że historia literatury rozumiana bardzo tradycyjnie jako opowieść o przeszłości, snuta przez silącego się na jako taki obiektywizm badacza, jest formą nie tylko anachroniczną, lecz także zwyczajnie niemożliwą. Wiele wskazuje na to, że historyka literatury zastąpił dziś internetowy katalog, a podejmowanie wyzwania porządkowania literatury zaczęło kojarzyć się z akademicką donkiszoterią. Dość powiedzieć, że we wstępie do niedawno wydanej Historii literatury polskiej Anna Nasiłowska przyznaje, że jako jedyna chętna przystąpiła do ogłoszonego przez Instytutu Badań Literackich PAN konkursu na nową syntezę. Czyżby więc misja niemożliwa?

Wydaje się, że autorska historia literatury odchodzi w przeszłość, zostawiając nas w monstrualnym supermarkecie kultury – jak powiedziałby Kornhauser – z pustym koszykiem. Jednym z tym dobrze, inni doznają czegoś w rodzaju agorafobii. Droga krytycznoliteracka legendy Nowej Fali jest swoistym przypieczętowaniem ostatecznego kryzysu narracji porządkujących. Układa się w melancholijną opowieść o unieważnieniu coraz bardziej wyobcowanego czytelnika, który w poczuciu zagubienia odwraca się ku przeszłości.

Julian Kornhauser: Krytyka zebrana.
Red. Adrian Gleń i Jakub Kornhauser.
Wojewódzka Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury,
Poznań 2018, 2019,
tom I s. 574, tom II s. 880.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.