07-08/2021

Zbigniew Masternak

Mistrz świata we wszystkim
(z księgi szóstej cyklu Księstwo)

Disco polo i kebaby
Wieczorny pociąg, którym jechaliśmy do Katowic z Puław przez Kielce, nazywał się „Gombrowicz”. Dziwnie tak było jechać Gombrowiczem. Pisarz, który wszystkim wmawiał, że jest geniuszem, i w końcu wszyscy w to uwierzyli.

Wolałbym jednak jechać Mrożkiem, którego ceniłem znacznie bardziej. Te wszystkie maski i pozy Gombrowicza, które do niczego nie wiodły. Znacznie trafniej opisał Polskę i Polaków Mrożek.

Całą drogę wygłupialiśmy się z Wiktorkiem, który był małym łobuziakiem. Lubiłem słuchać przemyśleń syna, które były zaskakujące. Podobało mi się na przykład wymyślone przez niego słowo „wieczoraj”, które znaczyło „wczoraj wieczorem”.

W Kielcach do pociągu wsiadł mój dawny kolega z wydziału prawa – Drabik. Mocno łysiejący, z brzuszkiem, przygaszony. Był pomagierem komornika w Opatowie. To on niedawno ścigał mnie za niezapłacone grzywny. Już miałem się przesiąść, ale ten podszedł do mnie, żeby się przywitać.

– Przepraszam… – podał rękę i spuścił wzrok. Zaczął o sobie opowiadać, chociaż o to nie prosiłem.

– Byłem przez jakiś czas prokuratorem w Warszawie, ale dawali mnie do najcięższych spraw. Po dwóch latach prawie zwariowałem. Bez przerwy oglądałem się za siebie, czy ktoś mnie nie śledzi, nie chce dać w łeb. Rzuciłem to wszystko w cholerę i wróciłem do Opatowa, pracuję jako pomagier komornika. O czym dobrze wiesz… – zrobił aluzję do sytuacji, kiedy to nachodził mnie w domu za niezapłaconą grzywnę.

– Z deszczu pod rynnę – syknąłem, bo nie trawiłem typa, od kiedy mnie uparcie ścigał.

Drabik wszystko wiedział na mój temat – czytał wywiady i książki. O dziwo, uważał, że poradziłem sobie w życiu lepiej od niego. Dotychczas tak nie uważałem, ale rzeczywiście – zdobyłem to, co chciałem: utrzymywałem się z literatury i filmu, miałem piękną młodą żonę i fajnego synka. Dostałem parę nagród literackich. Tłumaczono mnie na języki obce. Właśnie jechałem do Wiednia na spotkanie autorskie z tamtejszą Polonią. Ciągle uprawiałem sport i byłem w dobrej kondycji. Myślałem o swoich kolegach i koleżankach ze szkoły. Jeden kolega, chłopak z bogatego domu, już od kilku lat nie żył. Zaćpał się, zapił. Dostał wszystko na tacy i nie potrafił sobie radzić w normalnym życiu, kiedy trzeba było o coś walczyć. Ja się walki nie bałem, byłem do niej przyzwyczajony od dziecka.

– Bądźmy w kontakcie – poprosił Drabik, wysiadając w Katowicach.

Gdy wsiedliśmy do dalekobieżnego busa, Wiktor od razu poszedł spać.

Jaga Hafner odebrała nas o świcie z Dworca Sudtiroler Platz – wreszcie mogliśmy się poznać osobiście. Była to szykowna, energiczna dama.

– Mam trzeciego męża. Ten jest Austriakiem. Pierwszy był Polakiem, drugi Ukraińcem. Przerobiłam tak prawie całe cesarstwo austro‑węgierskie… – opowiadała.

Hafner w czasach wrocławskich była przyjaciółką Rafała Wojaczka, poznała całą plejadę wrocławskich twórców i krytyków. Niektórych zapraszała do Austrii na imprezy kulturalne. Słuchając opowieści o jej barwnym życiu, można było napisać sążnistą powieść przygodową.

– Polaków według oficjalnych szacunków jest w Wiedniu czterdzieści tysięcy. Nieoficjalnie – sto tysięcy. Polski język słychać wszędzie. I ta Polonia jest ze sobą strasznie skłócona.

Skojarzyło mi się to z Polonią… Warszawa – klubem piłkarskim, który w 2013 roku prawie przestał istnieć – pozostały tylko grupy kibicowskie, nie potrafiące ze sobą współpracować.

– W Wiedniu działają dziesiątki organizacji współpracy polsko-austriackiej – nie potrafią się jednak skrzyknąć i stworzyć mniejszości narodowej, co udało się znacznie mniejszym nacjom, jak Słowacy czy Czesi. A jest o co się bić – o grubą kasę na promocję własnej kultury, jaka należy się mniejszościom narodowym. Może problemem jest także fakt, że gdyby za mniejszość uznano Polaków, to należałoby i Turków, których tutaj jest równie dużo. A ze względu na zaszłości historyczne nie są w Austrii kochani…

Nocleg mieliśmy zarezerwowany w wiedeńskim oddziale Polskiej Akademii Nauk. Opłaciłem go z własnego honorarium. Próbowałem załatwić darmowe spanie przez Instytut Polski w Wiedniu (niezbyt kulturalna dyrektorka nawet nie raczyła odpowiedzieć na mojego mejla), przez wszystkie te „Strzechy” i inne organizacje polonijne, których tutaj zatrzęsienie, ale kończyło się na stwierdzeniu, że proszek do prania kosztuje, prąd również.

Po krótkiej drzemce najpierw zajrzałem na Targi Książki BuchMesse, zlokalizowane dwie stacje metra od Prateru i jedną stację od słynnego stadionu im. Ernsta Happela. Co prawda nie byłem gościem targów, ale na stanowisku Instytutu Polskiego znajdowała się niemiecka antologia o punkowcach – książka, której byłem współautorem.

– Strzeliłem gola Niemcom w maju 2012 roku, a we wrześniu już wydali mój tekst w przekładzie! – powiedziałem do naszej przewodniczki po Wiedniu.

Przywitaliśmy się z ekipą Instytutu. Młodzi ludzie wydali mi się sympatyczniejsi od pani dyrektor. Obejrzałem stoisko – ku mojemu zaskoczeniu znajdowała się tutaj także książka Totalny futbol Siarhieja Żadana, mojego ukraińskiego kolegi pisarza, ale też bramkarza, któremu strzeliłem dwa gole podczas Euro Pisarzy. Książki zestawione były bez ładu. Bylejakość – dobre skojarzenie dla polskiej ekspozycji podczas BuchMesse. To stoisko znajdowało się niedaleko stoiska Królestwa Arabii Saudyjskiej. Saudyjczycy urządzili prawdziwe show za petrodolary. Równie dobrze prezentowało się stoisko chińskie. Zastanawiałem się, z kim lepiej trzymać w dzisiejszym świecie – z Arabami czy Chińczykami. Patrzyłem na mojego małego synka, któremu przyjdzie żyć w tej nowej Europie, w tym zmieniającym się szybko świecie. Goniliśmy za nowymi technologiami, ale stare sprawy, jak różnice religijne, za nami się ciągnęły. I nie bardzo było widać sposobu na ich rozwiązanie.

W pobliżu odbywała się promocja chleba dla sportowców. To wydało mi się bardziej interesujące od marazmu polskiej placówki kulturalnej. Chleb był w kształtach różnych piłek – piłka nożna, ręczna, do koszykówki, do rugby. Trafił się nawet chleb – krążek hokejowy. Ten chleb sportowcy uprawiający powyższe dyscypliny powinni jeść przed zawodami. Pieczywo reklamował pochodzący z Austrii piłkarz, grający jako obrońca w Bayernie Monachium – David Alaba. Żeby dostać taki chleb, należało trafić gumową piłką z kilku metrów w niewielki otwór w kształcie koła. Nikomu to się nie udawało, były trzy próby. Uderzyłem mocno i precyzyjnie, jakbym wykonywał rzut karny i… trafiłem za pierwszym razem. Zawsze, kiedy było trzeba, potrafiłem się skoncentrować. To dlatego czterokrotnie byłem królem strzelców Mistrzostw Polski w piłce błotnej, trzy razy – królem strzelców w Pucharze Polski. Całkiem dobry wynik jak na pisarza. Mój piękny strzał widzieli przedstawiciele Instytutu Polskiego. Popatrzyli na mnie podejrzliwie – co to za pisarz, który tak celnie kopie piłkę? Jakoś nie miałem szczęścia do ludzi w polskich placówkach kulturalnych. Tak się rozochociłem piłkarskim wyczynem, że z targów książki pojechaliśmy na stadion Ernsta Happela. Obiecałem sobie, że jeszcze kiedyś tutaj wrócę zagrać mecz – z reprezentacją austriackich pisarzy, jeżeli taka powstanie. A może kiedyś zagra tutaj Wiktorek?

W Austrii grało kiedyś sporo polskich piłkarzy – Jacek Bąk, Adam Ledwoń, Krzysztof Ratajczak, Marek Leśniak, Marek Świerczewski.

– Wolałbym w Barcelonie – odrzekł mały i wiedziałem już, że ambicje będzie miał niezwykłe.

Pojechaliśmy na Prater, do centrum rozrywki. Mimo drugiej połowy listopada było dość ciepło – większość atrakcji działało, korzystało z nich wielu turystów. Renia zrobiła mi fotkę – udawałem, że palę skręta. Ziele na Praterze.

Wsiedliśmy z Wiktorkiem na Diabelski Młyn. Chyba najstarszy w Europie. W wagoniku znajdowały się rodziny Słowaków, Węgrów, nawet Rosjanie się tutaj zabłąkali. Wagony przesuwały się bardzo powoli, można było robić zdjęcia, chociaż Wiedeń był trochę zamglony. Widać stąd było wagonik restauracyjny, w którym jadło się obiad, podziwiając widoki.

Wiktorkowi podobało się w Wiedniu. Czy moglibyśmy żyć w takim mieście? Pewnie tak, bez przerwy się gdzieś przeprowadzaliśmy. Małemu się już nawet nudziło, kiedy za długo mieszkaliśmy w jednym miejscu, i chciał się przeprowadzać w następne.

Zgłodnieliśmy, więc prosto z Diabelskiego Młyna udaliśmy się do restauracji z austriacką kuchnią. Zajadaliśmy się sznyclami po wiedeńsku. Wszędzie w nowym miejscu, które odwiedzamy, staramy się jeść coś lokalnego. Potem – buszowanie po galeriach handlowych. Kupiliśmy dla mnie spodnie i koszulę na spotkanie – była wyprzedaż w znanej sieciówce. Taniej niż w Polsce. To częste zjawisko, zaobserwowałem je wcześniej w Berlinie i w Karlowych Warach. Oprócz ceny różnica była także w jakości – towary w Niemczech czy Austrii mimo że tej samej firmy, bywają zwykle lepszej jakości niż te sprzedawane w placówkach warszawskich czy krakowskich.

Wsiedliśmy do tramwaju.

– Sio Murzynu! – krzyknął Wiktorek na widok małego Murzyniątka z białą matką, siedzącą kilka foteli przed nami. – Sio! – Wiktor zachowywał się strasznie groźnie, a do tego miał jasne niebieskie oczy i blond włosy. Próbowaliśmy go z Renią uciszyć, ale jeszcze głośniej krzyczał.

Matka Murzyniątka ostentacyjnie wysiadła z dzieckiem z tramwaju.

Pierwszy dzień w Wiedniu był dla Wiktorka, kolejny dla nas. Zaczęliśmy go od zwiedzania Stephansplatz. Sfotografowaliśmy się pod imponującą katedrą św. Szczepana. Następnie powędrowaliśmy na Maria Theresien Platz. Bardziej od zabytków Wiktorka interesował tam Christmas Market, który rozłożył się już w listopadzie. Można było kupić na nim drobne upominki – drogie, a w dodatku nieco trywialne. Zamiast nich jednak zainwestowaliśmy w kupno przysmaków – ziemniaków z keczupem, pieczonych kasztanów, hot-dogów z dwiema grillowanymi kiełbasami, naleśników z toffi lub karmelem. Wiktor oczywiście wszystkiego próbował. Stał się małym włóczykijem, obywatelem świata.

Kuchnia austriacka nosiła na sobie ślady kilku kultur – oprócz Austriaków swoje dołożyli Włosi, przybysze z Bałkanów, ale też Turcy.

Myślałem o tym, jak rozwija się Wiktor. Był świetnym szachistą, ale i znakomitym piłkarzem. Twierdził, że szachy bardzo pomagają mu w grze w piłkę. Coś w tym mogło być. Kiedyś popchnął na orliku mniejszego kolegę ze swej drużyny pod nogi nacierającego przeciwnika. Maluch został stratowany, ale piłkę udało się wybić. Zapytałem wtedy Wiktora, co zrobił, a on odparł spokojnie: „Straciłem pionka”.

Powędrowaliśmy pod Parlament, a następnie pod Ratusz. Zwiedzaliśmy Rathausplatz. Na drzewach wisiały serduszka, gitary i tym podobne. Znowu stragany. Zakupy. I zabytki, mnóstwo zabytków. Pomyślałem wtedy o biednej Warszawie, biednej Polsce, wyniszczonej przez wojny. Kiedyś piłkarz ze Lwowa, którego poleciłem do odbudowującej się warszawskiej Polonii, chodził ze mną i Renią po starówce. I mówi: „Tyle zabytków, prawie jak we Lwowie”. Człowiek nie wiedział, że to wszystko odbudowane atrapy, z cegieł zwiezionych z całej Polski.

Potem pojechaliśmy odpocząć do hotelu. Wiktorek oglądał bajki po niemiecku w austriackiej OTV. Te same, co w Polsce. Mały szybko łapał niemieckie słówka.

Wieczorem pojechaliśmy metrem pod pałac Schönbrunn. Ludzie czytali tutaj książki. W odróżnieniu od Paryża, Brukseli czy Berlina znacznie mniej widać tu było kolorowych. Wiedeń zdawał się trochę bardziej prowincjonalny. A może inaczej – miał swój drobnomieszczański klimat. Ale miał też teatry i muzykę.

Wiktor znów zajadał pieczone ziemniaki, a my z Renatą piliśmy grzane wino z odrobiną pomarańczy. Czyli puntsch. Wszyscy dookoła chodzili z parującymi kubkami. Oświetlony pałac wyglądał imponująco. Zaczął padać deszcz, więc wróciliśmy do hoteliku przy PAN.

– Wszystko to pod przykrywką normalności i stabilności – powiedziała Jaga. – W uporządkowanej, poprawnej politycznie, otwartej na różnorodność Austrii, która – jak się okazuje – walczy z nieśmiertelnymi demonami nacjonalizmu, przemocy i strachem przed Innym.

Imigranci, mimo prób asymilacji, ciągle czuli się obco. Ci, którzy byli „u siebie”, funkcjonowali jak wydmuszki w świecie przedmiotów, przekonani, że zapewnią im one bezpieczeństwo. Jedni nienawidzili drugich, ale ta nienawiść nie miała jak wybuchnąć. Najbardziej dotykała tych, którzy ją w sobie tłamsili. Wyobrażenie o austriackiej idylli – zorganizowanym kraju „starej Unii Europejskiej”, raju socjalnym i pięknych krajobrazach w tle – szybko ustępowało miejsca ponurej, klaustrofobicznej rzeczywistości, w której dominowało raczej samotne przemijanie – bez względu na to, czy było się kimś „stąd”, czy przybyszem „stamtąd”. Historia okazywała się równie niewygodna jak współczesność.

Objechaliśmy jeszcze kilka zakątków Wiednia, a potem Hafner zawiozła nas na obiad do stołówki przy polskim kościele Emaus. Był tam schabowy, pierogi, rosół. Wszyscy przychodzili ogrzać się w polskim ciepełku.

– Polacy szukają tutaj żon, ale Polki wolą miejscowych – tłumaczyła nasza przewodniczka. – Żeby chociaż któryś miał własne mieszkanie…

Hafner znowu opowiadała nam o sobie.

– Mam dwójkę dorosłych dzieci. Syn to biznesmen, ma żonę Polkę. Córka, mimo że miss wiedeńskiej Polonii, jeszcze nie znalazła partnera na całe życie. Nieważne. Tydzień temu miałam pierwszy zawał. Ale się pozbierałam, bo nie mam czasu na chorowanie.

Po obiedzie jedziemy na „polskie” wzgórze Kahlenberg – po polsku Łysa Góra.

– Ta nazwa dobrze mi się kojarzy. Z rodzinnymi stronami, z Łysą Górą z moich stron, która była dla mnie miejscem magicznym.

Niewielkie wzniesienie położone było w opłotkach Wiednia – z tego miejsca w 1683 roku król Jan III Sobieski dowodził zwycięską bitwą o Wiedeń z Turkami. Na szczycie góry znajdował się kościół pw. św. Józefa prowadzony od 1906 roku przez polskich księży zmartwychwstańców, a w nim izba upamiętniająca zwycięstwo polskie w Odsieczy Wiedeńskiej.

Odbywała się msza po polsku. W kościele znajdowało się wielu Polaków…

– Kościół jest polski, a reszta wzgórza została wykupiona przez… Turków.

Spojrzałem na nią zaskoczony.

– Paradoks historii – wyjaśniła. – Nie zdobyli go mieczem, to wykupili kilka wieków później.

Młoda turecka para właśnie przyjechała zrobić sobie tutaj ślubne zdjęcie – to popularne miejsce do fotografowania dla tureckich młodożeńców. Myślałem o tym, jak zmieniała się współczesna Europa. Oto przyszli barbarzyńcy i teraz byli wśród nas. Jak w starożytnym Rzymie, który zgnuśniał, zajął się zabawą zamiast walką.

Wiktor miał wiele fajnych powiedzonek. Raz poszedłem z nim na imprezę do radnego puławskiego. Wiktor słuchał, jak lokalny polityk się wymądrzał i w pewnej chwili stwierdził: „Pan zna odpowiedzi na wszystkie pytania”.

Opowiadałem Hafnerowej o powieści Nędzole, którą kończyłem pisać. Książka trafiła na odpowiedni czas w Europie.

– Mój bohater to raczej taki antybohater – tłumaczyłem Hafnerowej. – Zawsze chciałem być bohaterem komiksu, jak Superaman lub Batman… – urwałem, bo w planach miałem komiks o moich przygodach we Francji, bohaterowie komiksu mieli twarze moją i Renaty. Byliśmy ludźmi z biednych rodzin, a jednak przekształciliśmy się w mit, w bohaterów popkultury. Do Warhola było nam jednak jeszcze daleko.

Na moje spotkanie autorskie przyszło kilkanaście osób. Miało być sto. Gdy ludzie z konkurencyjnego stowarzyszenia polonijnego dowiedzieli się, że będę gościem Klubu Inteligencji Polskiej w Austrii, o tej samej porze, w tym samym budynku urządzili wieczorek taneczny z muzyką disco polo. Zabrali mi wielu potencjalnych uczestników spotkania. A przy okazji – udało się im nas zagłuszyć. Zagłuszanie albo przemilczanie swego pisarza – częste zjawiska wśród Polaków. Chłonąłem to wszystko. I… cieszyłem się! Polonia w Wiedniu była prawie taka sama, jak ta, którą opisywałem w Nędzolach. Przywieźli z Polski za granicę to wszystko, od czego uciekali.

Poczułem się jak w mojej wsi pod Świętym Krzyżem. Pokazałem im film Księstwo – o polskiej wsi właśnie – wzbudził emocje – rozpętała się zażarta dyskusja. Z takiej Polski wyjeżdżali kiedyś do Austrii – doskonale ją pamiętali.

– Ten film szkaluje Polskę! – bulwersowała się siwowłosa pani. – Ja chcę Polski z pachnącymi makami i mleczem! – upierała się.

Nie mogłem jej takiej Polski zapewnić. Reżyser Andrzej Barański kiedyś stwierdził, że mam koślawe oczy – wszystko widzę wykoślawione.

Opowiadałem o swoim podupadłym wiślańskim książęcym rodzie. Patrząc na rozdyskutowanych ludzi, myślałem o tym, że nie ma dobrych książek czy filmów bez wysiłku.

Kolega spotkany w pociągu napisał mi SMS-a, żebym mu pomógł znaleźć pracę, bo bycie prawnikiem mu nie służy, nie opłaca mu się. Może by jakąś książkę napisał. Skasowałem wiadomość i wyłączyłem telefon.

– Niech żyje wolność, wolność i swoboda – sekundował odtwarzacz na dyskotece w sąsiedniej sali. I tak to dwie rzeczywistości nakładały się na siebie.


[…]

[Ciąg dalszy w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.