5/2026

Tadeusz Pióro

Mit zu mir nach Haus

Kilometr na północny wschód od stacji kolejowej swój pałac ma baron Sobiepanek. Możny to pan, wielkie jego latyfundia, lecz do pałacu nie wiedzie szeroka droga, na której dwie karety mogłyby minąć się, jadąc w przeciwnych kierunkach. Do pałacu idzie się ścieżyną tak wąską, że gęsiego, a kto o własnych siłach dojść nie może, powinien zabrać w podróż elektryczną hulajnogę. Więc ścieżyna jest dla przyjezdnych pospolitych, możni państwo wysiadają na następnej stacji i bryczką jadą przez las do jeziora, gdzie zacumowano kilka łódek. Po kwadransie nawet niezbyt energicznego wiosłowania dopływa się do pałacowego pomostu, a stamtąd już tylko parę kroków dzieli nas od rozległego tarasu, na którym baron wita gości, pali cygara, i, od czasu do czasu, dzieciom ku uciesze, wyciąga z cylindra białe króliczki. Właśnie drogą wodną przybyła samotnie do pałacu Flora Martzepan. Baron powitał ją uprzejmie i zaprosił do bawialni, na poncz i tańce.

Życie Flory Martzepan upłynęło pośród zwierząt domowych i gospodarskich, którymi opiekowała się w zdrowiu i w chorobie, zapewne częściej w chorobie niż w zdrowiu, bo jak coś działa w miarę dobrze, lepiej tego nie poprawiać, zwłaszcza przez zmianę diety na bardziej ludzką, sojowo‑żytnią czy kiszonkową, mawiała, kiedy jej znajomi opowiadali o swoich postępach w odzwyczajaniu swoich dzieci, psów i kotów od mięsa. Dzieci Flora nie urodziła ani nie adoptowała, zwierzęta wystarczały jej za codziennych kompanów (przykładowo konie i krowy) bądź podopiecznych (kanarki, knury, kuropatwiane zielononóżki). Od czasu do czasu opuszczała na parę dni gospodarstwo, żeby w wielkim mieście pozować do zdjęć przeznaczonych do reklam dóbr konsumpcyjnych, takich jak kiełbasy, krakersy, kabaretki czy krasnale ogrodowe, jak również po to, by zaznać wielkomiejskiej miłości, takiej z szampanem i całą resztą. W pałacu barona Sobiepanka czuła się swobodnie nawet wtedy, gdy wodzirej sparował ją do tanga z panią Basią z zupełnie innej bajki.

Pałacowa etykieta wymagała stosownego ubioru do tańców towarzyskich, co w przypadku kobiet oznaczało suknie balowe białe lub fraki czarne i czerwone kalesony, wedle upodobania. Flora przywdziała frak, pani Basia suknię balową, i tak wystrojone ruszyły do tanga. Lecz poruszały się niemrawo, apatycznie, mechanicznie, byle jak, być może dlatego, że pochłonięte były rozmową.

– Jak to się skończyło – spytała Flora.

– Jak najgorzej – odparła pani Basia.

– Sygnalista?

– Płci żeńskiej.

– Jestem podejrzana?

– Tak w ogóle to owszem, ale o to akurat nie.

Tango dobiegło końca, orkiestra wzięła na warsztat sambę. Panie tańczyły dalej, nie wysilając się zbytnio.

– To przez tę gazetę – spytała Flora.

– Można powiedzieć, że od tego się zaczęło, ale w sumie gazeta nie miała żadnego znaczenia.

– Więc o co poszło?

– To długa historia.

– Mówisz, jakbyśmy nie miały czasu w zapasie.

– Racja, przecież są rezerwy, odwody naczelnego dowództwa, magazyny, spichlerze pełne worków z czasem, poukładanych na półkach naprzemiennie z workami z ciszą…

– Baśka, nie fantazjuj, jest jak jest, więc gadaj, jak było!

Pani Basi było wstyd przyznać, że sygnalistka to właśnie ona, że nikt inny, tylko ona sprowadziła zagładę na biznesowe imperium pana Edwarda, nawet tę jego cząstkę, zdawało się, nieśmiertelną, czyli ciociobar. Wstydziła się, więc milczała, a kiedy skończono grać sambę, wybiegła na taras, nie czekając na rumbę. Na widok pani Basi baron Sobiepanek wyjął z kieszeni surduta portfel ze skóry aligatora, otworzył go i wypuścił w zmierzchem brzemienne powietrze stadko ciem. Przez okno bawialni dostrzegła to Flora Martzepan i poczuła żal.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.