2/2026

Jakub Ekier

Mycielski w różnych pokojach

Spoglądam na zamieszczone w biografii zdjęcie jej bohatera: w latach trzydziestych, jako gość Anny Branickiej w zamku Montrésor, w półmroku sali pisze coś przy stole, a przepych boazerii, mebli, złoconej ramy powyżej rozprasza patrzącego i aż dziw, że sam kompozytor potrafi się skupić. Myślę o klitce przy warszawskiej ulicy Chmielnej, gdzie Mycielski przemieszkał trzydziestolecie aż do swojej śmierci w 1987 roku. O tym, między iloma równie odległymi biegunami było rozpięte jego życie. I jak kunszt autorki nie pozwala się pogubić w tak złożonym curriculum vitae.

Znakomita muzykolożka Beata Bolesławska‑Lewandowska, czołowa znawczyni życia i twórczości Andrzeja Panufnika, nie od dzisiaj przybliża także postać jego najbliższego przyjaciela. Opracowała między innymi dwa tomy korespondencji między Mycielskim a Panufnikiem, sporządziła tom wywiadów o tym pierwszym Szlachectwo zobowiązuje, współredagowała też stronę internetową mycielski.polmic.pl. Ale i dla niej napisanie tak pionierskiej, obszernej i wszechstronnej biografii było zapewne wyzwaniem karkołomnym.

Musiało tę pracę utrudniać coś, co jednocześnie ją ułatwiało: nieczęsto spotykane bogactwo pisemnych śladów po bohaterze. Niesłusznie zapomniany jako twórca muzyki, był on także krytykiem muzycznym, publicystą, autorem dramatów i opowiadań, zjawiskowym epistolografem. Przede wszystkim jednak zostawił po sobie chyba najwybitniejsze, prócz gombrowiczowskich, dzienniki w dwudziestowiecznej polszczyźnie (wydane pośmiertnie przez Iskry) i zapiski jeszcze niepublikowane. Nie lada to wyczyn ułożyć z takiego bezmiaru wiadomości dający się ogarnąć obraz. I co więcej, jak czyni to autorka, określając własną perspektywę, stanąć obok. Być zarazem obecnym i nieobecnym.

W dodatku Mycielski zastawił na biografa pułapki efektownego życiorysu. Arystokrata z pochodzenia, znał wdowę po Wagnerze i matkę Strawińskiego, ocierał się o śmierć podczas walk na linii Maginota i w niemieckiej niewoli, dyskutował z Bolesławem Bierutem i polemizował z prymasem Stefanem Wyszyńskim, był obserwowany przez bezpiekę, a kiedy jednak dostawał paszport, bawił u europejskich książąt, ale raz też w celi paryskiego więzienia La Santé. Nic łatwiejszego dla spisującego biografię, niż zatracić w tym życiorys równoległy, utrwalaną w literach i nutach drogę duchową, odpowiedź na kondycję własną, cudzą i epoki.

Jednak Bolesławska‑Lewandowska omija nawet najgroźniejszą z tych pułapek. Było nią bujne życie uczuciowe i erotyczne Mycielskiego, przy czym wyraźnie rozdzielał on tę pierwszą sferę od, jak to kiedyś nazwał, „miętoszenia”. W dziennikach, nieprzeznaczonych do publikacji za życia, odsłaniał niektóre swoje doświadczenia homo‑ i heteroseksualne z niezwyczajną jak na owe czasy szczerością. Ta jednak miała granice. I także biografka powściągliwie odtwarza intymne wątki w życiu i twórczości kompozytora. Wzorem badań genderowych tropi ważne odniesienia gejowskie niektórych jego utworów, jednak domysły czysto faktograficzne snuje ostrożnie. Tak też opowiada o najbardziej spełnionej, jak stwierdza, formie miłości w życiu Mycielskiego: o związku z tłumaczem i wydawcą Stanisławem Kołodziejczykiem, jego wieloletnim współlokatorem. Tej subtelnie nakreślonej historii dodaje znaczenia, poświęcając jej przedostatni z głównych rozdziałów książki. Ostatni traktuje już tylko o „dziele życia” Mycielskiego: o dziennikach.

Autorka nie rozwija bowiem opowieści konwencjonalnie. „Książka ta nie jest typową monografią o klasycznym układzie twórca‑dzieło”, podkreśla; takie rozgraniczenie zafałszowałoby jednorodną naturę „twórcy z krwi i kości”. Dodam, że z kolei podział chronologiczny utrudniałby śledzenie tego, jak poszczególne wątki jego życia i pracy, liczne i zawile posplatane, ciągną się przez długie lata. Nic więc dziwnego w pomyśle, by umieścić w książce różnokierunkowe ujęcia, dla których nie ma jednej oczywistej kolejności. Może jednak zdumiewać to, jak czytelnie te odrębne tematycznie rozdziały wprowadzają w materię spraw, jak zgrabnie wplatają omówienia utworów w narrację biograficzną – i jak wciągają. W tym, jak okrążają postać, zdaje się przejawiać gest pokory, jak gdyby o Mycielskim nie sposób było opowiedzieć raz a dobrze. Ale też w nieodzownych powrotach pewnych stwierdzeń, w naprzemienności tematów i spięciu całości klamrą znać pewną muzyczność tej konstrukcji.

Klamrą jest przywołanie miejscowości Wiśniowa na Podkarpaciu, czy ściślej biorąc – zespołu pałacowo‑dworskiego, który, za czasów Polski Ludowej zamieniony w pegeer, dziś pozwala upamiętniać tradycję Mycielskich. Tam właśnie do drugiej wojny światowej miała swoje gniazdo część rodziny, z której wywodził się kompozytor. Jak sam wspominał, określenie „ci z Wiśniowej” było w jego wczesnym życiu głównym wyznacznikiem tożsamości. Czuł się ogniwem wielowiekowego łańcucha pokoleń, cząstką tej Europy, która – jak pisał do matki – skończyła się z wybuchem drugiej wojny światowej. Bolesławska‑Lewandowska zaś zaprzecza ahistoryczności, w jaką współcześnie popadają nieraz książki albo przyczynki biograficzne. Już pierwszym rozdziałem przygotowuje scenerię pod pojawienie się protagonisty: opisuje tu i teraz własnej bytności w podkarpackim pałacu, a równolegle tam i wówczas wiśniowskich wspomnień Mycielskiego.

Jej perspektywa to spojrzenie na mapę. Ta geograficzna obejmuje także Kraków, Paryż i Wilno, gdzie kompozytor pomieszkiwał przed wojną, Niemcy, gdzie był w niewoli, a od 1945 roku głównie Warszawę i miejsca kolejnych podróży. Ale znajdziemy tu także mapę duchowych i artystycznych relacji twórcy – zgodnie z actor and network theory – bo taką metodę badawczą przyjmuje autorka. Szczególnie bliskie przyjaźnie artystyczno‑intelektualne wiązały go (poza wspomnianym Panufnikiem) z takimi postaciami, jak słynna nauczycielka kompozycji Nadia Boulanger, Karol Szymanowski, Józef Czapski, Jarosław Iwaszkiewicz czy Paweł Hertz. Im wszystkim Bolesławska‑Lewandowska poświęca odrębne rozdziały; ponadto zostają przywołani zwłaszcza Stefan Kisielewski, Czesław Miłosz, Konstanty Ildefons Gałczyński, Henryk Krzeczkowski i Zbigniew Herbert. Bohater tej książki jak chyba nikt inny zadomowiony był i w Maisons‑Laffitte, i na Stawisku, a trochę też pod trzecim kluczowym adresem powojennej kultury polskiej: w krakowskiej redakcji „Tygodnika Powszechnego”.

Jednak autorka, wychodząc pisarsko z Wiśniowej i tam na koniec wracając, ukazuje kompozytora także w atlasie historycznym. Urodzony w roku 1907, tak wspominał on jedno z wnętrz rodzicielskiego domu: „Nad tym długim stołem jadalnym, pod dużym lustrem weneckim konał wiek XIX”. Podczas pierwszej wojny światowej z ucieczki na Węgry, w której pomógł rodzinie Mycielskich jeden z Habsburgów, siedmiolatek zapamiętał swoje zdziwienie tym, że nagle nie rozporządzają własnymi końmi. Człowiek – jak sam siebie nazywał – XIX‑wieczny, został później rzucony w erę bomby atomowej i terminali lotniczych, a płynącym stąd zdumieniem żyły jego listy i dzienniki.

Inne sprzeczne sfery rzeczywistości, między którymi żył, to z jednej strony twórczość, a z drugiej – społecznikostwo. Pokolenie Mycielskiego, które dojrzewało w II Rzeczypospolitej, a przed wojną i podczas wojny marzyło o upowszechnieniu sztuki i wyrwaniu jej spod rynkowego dyktatu, wykształciło w sobie nakaz udzielania się dla dobra ogółu. „Oni by tego nawet nie nazwali patriotyzmem”, powiedziała mi kiedyś Zofia Mycielska‑Golik, zasłużona publikacją dzienników stryja redaktorka, której pamięci dedykowana jest jego biografia. Mycielski był równie daleki od sympatii dla komunizmu jak przeciwny emigrowaniu; kiedy wrócił z końcem wojny do Polski, w zburzonej Warszawie, „w warunkach, które odstraszyłyby Amundsena”, zachwyciły go cudzy głód muzyki i szansa tworzenia „czegoś nowego”.

Kiedy w 1948 roku wszechwładza socrealizmu wydawała się tylko kwestią czasu, zgodził się prezesować Związkowi Kompozytorów Polskich. W liście do matki porównał się z Aleksandrem Kiereńskim, ostatnim premierem Rosji przed rewolucją bolszewicką. Byle zapewnić swojemu środowisku świadczenia socjalne i mecenat, niecałe dwa lata pozorował zgodę ZKP na socrealistyczne postulaty – po czym zgłosił dymisję. Biografka precyzyjnie rozwija te i dalsze jego perypetie. Opisuje, jak w roku 1957 przystał do zespołu niedoszłego miesięcznika „Europa”, a dwa lata później został naczelnym redaktorem „Ruchu Muzycznego”. Funkcję tę stracił w roku 1968, poparłszy marcowe protesty; po inwazji na Czechosłowację wyraził w liście otwartym solidarność z tamtejszym społeczeństwem. A stąd – mimo różnych sceptycyzmów – prosta droga prowadziła do współpracy z opozycją demokratyczną przez resztę życia.

Dobrowolne obowiązki publiczne sprawiały jednak, że Mycielski, po latach kryzysu zacząwszy w latach sześćdziesiątych nowy okres twórczości kompozytorskiej, nie znajdował potrzebnego dla niej spokoju. Rok po roku z jego listów do Panufnika przebijał dramat sprzecznie pojmowanych powinności. Te związane z „Ruchem Muzycznym” rodziły jednak pisarstwo, które wykraczało poza swój czas i gatunek. Dynamiczne jak wszystko spod jego pióra, pozwalało niemal słyszeć żywy głos autora, przynosiło relacje z koncertów, opisy utworów, czasem refleksję rzuconą od niechcenia, czasem sylwetkę wielkiego solisty, uchwyconą, kiedy wyczerpany swoim statusem przysiadł za kulisami. Dopiero książka muzykolożki w pełni pokazuje, jak zawiłe bywały losy tych tekstów i ich zbiorów, nierzadko padających ofiarą cenzora.

Rozdarty między słowem a muzyką, w komponowaniu Mycielski szczęśliwie godził te żywioły; nie przypadkiem tak wiele z jego ważnych utworów powstało do tekstów poetyckich. Autorka także łączy czuły słuch muzykologiczny z literackim; wychwytuje to, jak muzyka bohatera znacząco zbiega się z budową cudzych strof bądź od nich odbiega. Pierwsze z ważniejszych takich dzieł to przedwojenne Pięć pieśni weselnych do słów Brunona Jasieńskiego – pamiętał je nawet obojętny muzycznie Czesław Miłosz. Wśród późniejszych był choćby Nowy lirnik mazowiecki według cyklu Pawła Hertza, była przejmująca pieśń Brzezina do quasiludowych strof z noweli Iwaszkiewicza, pośrednie albo bezpośrednie inspiracje wierszami Herberta; były wreszcie Fragmenty według Słowackiego, ukończone na cztery miesiące przed śmiercią. Biografka wysuwa frapujące przypuszczenia co do ukrytych inspiracji Mycielskiego: tużpowojenne pieśni według Miłoszowego Ocalenia mogą na przykład kryć żałobę po przedwojennym kochanku.

Autor pamiętał z młodości powiedzenie kolegi po fachu: „Ty masz komponować i umrzeć”. Z tym utożsamiał się najmocniej – ale nie zabiegał o sukces własnej muzyki. Nie miała ona – zwłaszcza ta późniejsza, bezkompromisowo nieozdobna – hołdować modom ani uwodzić słuchaczy. Do dzisiaj też nie rozbrzmiewa w salach koncertowych. Czyżby więc kompozytor przyćmił ją swoim dorobkiem pisarskim? Czyżby potomność miała, jak rzekłby Norwid, przyjmować Mycielskiego „nie w tych, które wybrał on, pokojach”?

Dzięki witrynie Polmic.pl słucham teraz V Symfonii „tego z Wiśniowej”; od pierwszych taktów poruszana wewnętrzną koniecznością, każe siebie słuchać do końca i wkrótce po raz kolejny. Może pisarstwo Mycielskiego będzie zachęcać do jego muzyki? Bolesławska‑Lewandowska wyraża taką nadzieję. A ja mam pewność, że swoją książką otwiera przed bohaterem niejedne drzwi.

Beata Bolesławska‑Lewandowska Zygmunt Mycielski. Między muzyką a polityką
Polskie Wydawnictwo Muzyczne,
Kraków 2025, 928 s.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.