Znakomita muzykolożka Beata Bolesławska‑Lewandowska, czołowa znawczyni życia i twórczości Andrzeja Panufnika, nie od dzisiaj przybliża także postać jego najbliższego przyjaciela. Opracowała między innymi dwa tomy korespondencji między Mycielskim a Panufnikiem, sporządziła tom wywiadów o tym pierwszym Szlachectwo zobowiązuje, współredagowała też stronę internetową mycielski.polmic.pl. Ale i dla niej napisanie tak pionierskiej, obszernej i wszechstronnej biografii było zapewne wyzwaniem karkołomnym.
Musiało tę pracę utrudniać coś, co jednocześnie ją ułatwiało: nieczęsto spotykane bogactwo pisemnych śladów po bohaterze. Niesłusznie zapomniany jako twórca muzyki, był on także krytykiem muzycznym, publicystą, autorem dramatów i opowiadań, zjawiskowym epistolografem. Przede wszystkim jednak zostawił po sobie chyba najwybitniejsze, prócz gombrowiczowskich, dzienniki w dwudziestowiecznej polszczyźnie (wydane pośmiertnie przez Iskry) i zapiski jeszcze niepublikowane. Nie lada to wyczyn ułożyć z takiego bezmiaru wiadomości dający się ogarnąć obraz. I co więcej, jak czyni to autorka, określając własną perspektywę, stanąć obok. Być zarazem obecnym i nieobecnym.
W dodatku Mycielski zastawił na biografa pułapki efektownego życiorysu. Arystokrata z pochodzenia, znał wdowę po Wagnerze i matkę Strawińskiego, ocierał się o śmierć podczas walk na linii Maginota i w niemieckiej niewoli, dyskutował z Bolesławem Bierutem i polemizował z prymasem Stefanem Wyszyńskim, był obserwowany przez bezpiekę, a kiedy jednak dostawał paszport, bawił u europejskich książąt, ale raz też w celi paryskiego więzienia La Santé. Nic łatwiejszego dla spisującego biografię, niż zatracić w tym życiorys równoległy, utrwalaną w literach i nutach drogę duchową, odpowiedź na kondycję własną, cudzą i epoki.
Jednak Bolesławska‑Lewandowska omija nawet najgroźniejszą z tych pułapek. Było nią bujne życie uczuciowe i erotyczne Mycielskiego, przy czym wyraźnie rozdzielał on tę pierwszą sferę od, jak to kiedyś nazwał, „miętoszenia”. W dziennikach, nieprzeznaczonych do publikacji za życia, odsłaniał niektóre swoje doświadczenia homo‑ i heteroseksualne z niezwyczajną jak na owe czasy szczerością. Ta jednak miała granice. I także biografka powściągliwie odtwarza intymne wątki w życiu i twórczości kompozytora. Wzorem badań genderowych tropi ważne odniesienia gejowskie niektórych jego utworów, jednak domysły czysto faktograficzne snuje ostrożnie. Tak też opowiada o najbardziej spełnionej, jak stwierdza, formie miłości w życiu Mycielskiego: o związku z tłumaczem i wydawcą Stanisławem Kołodziejczykiem, jego wieloletnim współlokatorem. Tej subtelnie nakreślonej historii dodaje znaczenia, poświęcając jej przedostatni z głównych rozdziałów książki. Ostatni traktuje już tylko o „dziele życia” Mycielskiego: o dziennikach.
Autorka nie rozwija bowiem opowieści konwencjonalnie. „Książka ta nie jest typową monografią o klasycznym układzie twórca‑dzieło”, podkreśla; takie rozgraniczenie zafałszowałoby jednorodną naturę „twórcy z krwi i kości”. Dodam, że z kolei podział chronologiczny utrudniałby śledzenie tego, jak poszczególne wątki jego życia i pracy, liczne i zawile posplatane, ciągną się przez długie lata. Nic więc dziwnego w pomyśle, by umieścić w książce różnokierunkowe ujęcia, dla których nie ma jednej oczywistej kolejności. Może jednak zdumiewać to, jak czytelnie te odrębne tematycznie rozdziały wprowadzają w materię spraw, jak zgrabnie wplatają omówienia utworów w narrację biograficzną – i jak wciągają. W tym, jak okrążają postać, zdaje się przejawiać gest pokory, jak gdyby o Mycielskim nie sposób było opowiedzieć raz a dobrze. Ale też w nieodzownych powrotach pewnych stwierdzeń, w naprzemienności tematów i spięciu całości klamrą znać pewną muzyczność tej konstrukcji.
Klamrą jest przywołanie miejscowości Wiśniowa na Podkarpaciu, czy ściślej biorąc – zespołu pałacowo‑dworskiego, który, za czasów Polski Ludowej zamieniony w pegeer, dziś pozwala upamiętniać tradycję Mycielskich. Tam właśnie do drugiej wojny światowej miała swoje gniazdo część rodziny, z której wywodził się kompozytor. Jak sam wspominał, określenie „ci z Wiśniowej” było w jego wczesnym życiu głównym wyznacznikiem tożsamości. Czuł się ogniwem wielowiekowego łańcucha pokoleń, cząstką tej Europy, która – jak pisał do matki – skończyła się z wybuchem drugiej wojny światowej. Bolesławska‑Lewandowska zaś zaprzecza ahistoryczności, w jaką współcześnie popadają nieraz książki albo przyczynki biograficzne. Już pierwszym rozdziałem przygotowuje scenerię pod pojawienie się protagonisty: opisuje tu i teraz własnej bytności w podkarpackim pałacu, a równolegle tam i wówczas wiśniowskich wspomnień Mycielskiego.
Jej perspektywa to spojrzenie na mapę. Ta geograficzna obejmuje także Kraków, Paryż i Wilno, gdzie kompozytor pomieszkiwał przed wojną, Niemcy, gdzie był w niewoli, a od 1945 roku głównie Warszawę i miejsca kolejnych podróży. Ale znajdziemy tu także mapę duchowych i artystycznych relacji twórcy – zgodnie z actor and network theory – bo taką metodę badawczą przyjmuje autorka. Szczególnie bliskie przyjaźnie artystyczno‑intelektualne wiązały go (poza wspomnianym Panufnikiem) z takimi postaciami, jak słynna nauczycielka kompozycji Nadia Boulanger, Karol Szymanowski, Józef Czapski, Jarosław Iwaszkiewicz czy Paweł Hertz. Im wszystkim Bolesławska‑Lewandowska poświęca odrębne rozdziały; ponadto zostają przywołani zwłaszcza Stefan Kisielewski, Czesław Miłosz, Konstanty Ildefons Gałczyński, Henryk Krzeczkowski i Zbigniew Herbert. Bohater tej książki jak chyba nikt inny zadomowiony był i w Maisons‑Laffitte, i na Stawisku, a trochę też pod trzecim kluczowym adresem powojennej kultury polskiej: w krakowskiej redakcji „Tygodnika Powszechnego”.
Jednak autorka, wychodząc pisarsko z Wiśniowej i tam na koniec wracając, ukazuje kompozytora także w atlasie historycznym. Urodzony w roku 1907, tak wspominał on jedno z wnętrz rodzicielskiego domu: „Nad tym długim stołem jadalnym, pod dużym lustrem weneckim konał wiek
Inne sprzeczne sfery rzeczywistości, między którymi żył, to z jednej strony twórczość, a z drugiej – społecznikostwo. Pokolenie Mycielskiego, które dojrzewało w
Kiedy w 1948 roku wszechwładza socrealizmu wydawała się tylko kwestią czasu, zgodził się prezesować Związkowi Kompozytorów Polskich. W liście do matki porównał się z Aleksandrem Kiereńskim, ostatnim premierem Rosji przed rewolucją bolszewicką. Byle zapewnić swojemu środowisku świadczenia socjalne i mecenat, niecałe dwa lata pozorował zgodę ZKP na socrealistyczne postulaty – po czym zgłosił dymisję. Biografka precyzyjnie rozwija te i dalsze jego perypetie. Opisuje, jak w roku 1957 przystał do zespołu niedoszłego miesięcznika „Europa”, a dwa lata później został naczelnym redaktorem „Ruchu Muzycznego”. Funkcję tę stracił w roku 1968, poparłszy marcowe protesty; po inwazji na Czechosłowację wyraził w liście otwartym solidarność z tamtejszym społeczeństwem. A stąd – mimo różnych sceptycyzmów – prosta droga prowadziła do współpracy z opozycją demokratyczną przez resztę życia.
Dobrowolne obowiązki publiczne sprawiały jednak, że Mycielski, po latach kryzysu zacząwszy w latach sześćdziesiątych nowy okres twórczości kompozytorskiej, nie znajdował potrzebnego dla niej spokoju. Rok po roku z jego listów do Panufnika przebijał dramat sprzecznie pojmowanych powinności. Te związane z „Ruchem Muzycznym” rodziły jednak pisarstwo, które wykraczało poza swój czas i gatunek. Dynamiczne jak wszystko spod jego pióra, pozwalało niemal słyszeć żywy głos autora, przynosiło relacje z koncertów, opisy utworów, czasem refleksję rzuconą od niechcenia, czasem sylwetkę wielkiego solisty, uchwyconą, kiedy wyczerpany swoim statusem przysiadł za kulisami. Dopiero książka muzykolożki w pełni pokazuje, jak zawiłe bywały losy tych tekstów i ich zbiorów, nierzadko padających ofiarą cenzora.
Rozdarty między słowem a muzyką, w komponowaniu Mycielski szczęśliwie godził te żywioły; nie przypadkiem tak wiele z jego ważnych utworów powstało do tekstów poetyckich. Autorka także łączy czuły słuch muzykologiczny z literackim; wychwytuje to, jak muzyka bohatera znacząco zbiega się z budową cudzych strof bądź od nich odbiega. Pierwsze z ważniejszych takich dzieł to przedwojenne Pięć pieśni weselnych do słów Brunona Jasieńskiego – pamiętał je nawet obojętny muzycznie Czesław Miłosz. Wśród późniejszych był choćby Nowy lirnik mazowiecki według cyklu Pawła Hertza, była przejmująca pieśń Brzezina do quasiludowych strof z noweli Iwaszkiewicza, pośrednie albo bezpośrednie inspiracje wierszami Herberta; były wreszcie Fragmenty według Słowackiego, ukończone na cztery miesiące przed śmiercią. Biografka wysuwa frapujące przypuszczenia co do ukrytych inspiracji Mycielskiego: tużpowojenne pieśni według Miłoszowego Ocalenia mogą na przykład kryć żałobę po przedwojennym kochanku.
Autor pamiętał z młodości powiedzenie kolegi po fachu: „Ty masz komponować i umrzeć”. Z tym utożsamiał się najmocniej – ale nie zabiegał o sukces własnej muzyki. Nie miała ona – zwłaszcza ta późniejsza, bezkompromisowo nieozdobna – hołdować modom ani uwodzić słuchaczy. Do dzisiaj też nie rozbrzmiewa w salach koncertowych. Czyżby więc kompozytor przyćmił ją swoim dorobkiem pisarskim? Czyżby potomność miała, jak rzekłby Norwid, przyjmować Mycielskiego „nie w tych, które wybrał on, pokojach”?
Dzięki witrynie Polmic.pl słucham teraz
