09/2021

Leszek Bugajski

Na chwilę przed

Tym razem Stasiuk nie opisuje swoich samochodowych wędrówek po Bałkanach czy bliskich jego domu okolicach przygranicznych ani nawet nie dzieli się swoją fascynacją włóczęgami po Wschodzie. Wydał świetną powieść, która nie ma wiele wspólnego z jego potrzebą wędrowania. Przewóz to powieść introwertyczna, w tym sensie, że nie jest jej tworzywem obserwacja fizycznego świata, ale przekopywanie pamięci. I co ciekawe, nie jest to jego własna pamięć, ale strzępki pamięci jego ojca. Mówił o tym wprost w wywiadzie, jakiego udzielił „Tygodnikowi Powszechnemu” (23.05.2021): „Przewóz mocno wyrósł z tego, że ojciec stracił pamięć. To próba zrekonstruowania tego, czego już nie posiada. Same okruchy mi przekazał, resztę musiałem sztukować. Przywoływać obrazy, wymyślać je od nowa. […] on nigdy niczego nie zmyślał, to ja byłem od zmyśleń”. Ojciec pisarza zresztą – jak to opowiada – „nigdy nic nie mówił, milczkiem był raczej i pięć lat temu dopiero się rozkręcił w takich długich, chaotycznych narracjach”.

Taka jest geneza tej powieści, a w każdym taka jest opowieść autora o tym, skąd się ona wzięła. Musiało bowiem być dla niego silnym przeżyciem to, że małomówny ojciec jakby w przeczuciu zbliżającej się amnezji zaczął wyrzucać z siebie jakieś nieskładnie opowiadane historie, a potem stracił pamięć i zamknął się w sobie na zawsze. I syn-pisarz został z wielką nieopowiedzianą opowieścią i uczuciem lekkomyślnej straty (mówi o niej też w tym wywiadzie), że wtedy, kiedy mógł słuchać ojca, lekceważył rozmowy dorosłych i nie zadał sobie trudu uważnego słuchania. W tym sensie jest ta powieść formą zadośćuczynienia porzuconej pamięci i próbą jej zrekonstruowania. Chyba przede wszystkim dla samego siebie.

To, o czym Stasiuk mówi w wywiadzie, jest w powieści zawarte w jednym z jej wątków – współczesnym. Jej narrator stara się zrozumieć swego ojca, który jako dziecko żył w czasie zawieruchy wojennej we wsi nad Bugiem. Obserwował to, co się działo, choć przecież nie wszystko rozumiał, ale widział dość, by nabawić się traumy, i przeżył tyle chwil strachu, że ta trauma została w nim na całe życie. Teraz, jako powieściowa postać, indagowany przez syna, nie chce opowiadać o tamtym czasie. Zamknął się na przeszłość i nie otwiera się na nią, mimo że syn wozi go po okolicy, w której wszystko się działo. Pewnie zamknął się tak szczelnie, że sam już nic nie pamięta, wymazał tamte obrazy z pamięci razem z uczuciem dawnego strachu.

„Patrzę razem z nim w głąb minionego i mogę przywołać obrazy, których nie pamięta – stwierdza narrator powieści. – Mogę wymyślać od nowa. Żadna już różnica. Nie może zaprzeczyć ani potwierdzić. Siedzi jak jaszczurka. Jak stary embrion zanurzony w czasie niczym w wodach płodowych”. Czyli syn, dzisiejszy pisarz, staje się właścicielem wspomnień ojca. Tyle tylko, że jest ich niewiele więcej niż nic, ale mimo to chce te „zachowane” resztki uratować i wmontować w rozległą narrację. Bo skoro ojciec jest jak „stary embrion”, to musi się rozwinąć i jego napomknienia muszą się przekształcić w „pełną” opowieść. Pewnie Stasiukowi takie życiowe (!) porównanie lepiej pasowało niż odwołanie się do znanego skądinąd określenia „archeologia pamięci”, bo opowieść żyje swoim życiem, rozwija się o własnych siłach, a nie jest sklejana i wyobrażona na podstawie znalezionych okruchów.

Dlaczego ceniony i popularny pisarz to robi? Robi coś, co jest zupełne różne od jego wcześniejszej twórczości? Po co jest mu to potrzebne? Odpowiedź jest prosta: dlatego, że odkrył obecność tego nieopowiedzianego strachu ojca w sobie. Traumy przeżyte przez rodziców dręczą następne pokolenie mimo całego systemu przemilczeń. To dotyczy całego powojennego pokolenia, a w każdym razie jego bardziej wrażliwej części. To niby generacja, która nie doświadczyła żadnej straszności, ominęły ją wojny, wmawiano jej, że jest najszczęśliwszym pokoleniem od dawien dawna, bo nie przeżywali panicznego lęku o życie i całą resztę. Wiem, o czym piszę, bo należę do tego pokolenia, i wiem, że to tylko ładna rodzicielska retoryka. Znam aż za dobrze milczenie rodziców na temat przeżyć wojennych, milczenie zwłaszcza o najgorszych z nich, albo tylko jakieś napomknienia, jakieś wydobywające się na chwilę obrazy z tamtych lat. Szybko i jakby wstydliwie zagadywane, żeby dzieciom nie zapisały się w pamięci.

To oczywiście było niemożliwe, co już od kilkunastu lat ujawnia się w literaturze, najczęściej w izraelskiej – choćby w powieści Dawida Grosmana Patrz pod: Miłość, w której dziecięcy bohater pierwszej części próbuje zrozumieć, czym jest „nazistowska bestia”, o której coś podsłuchał w rozmowach dorosłych i chce ją sobie wyobrazić. A żeby nie patrzeć w jedną stronę: o tak zwanej postpamięci, czyli pamięci dziedziczonej, piękny esej napisała kilka lat temu Maria Stiepanowa Pamięci pamięci (polskie wydanie: 2020).

Wychodzi na to, że Stasiuk nie jest osamotniony w swoich dociekaniach tego – według jego słów – „co jest pod pamięcią”, że jego powieść wpisuje się w szerszy trend, który jest wyrazem udręki i niepokoju osaczających artystów z tego „najszczęśliwszego” pokolenia Europy, za sprawą tego, co ich rodzice, czy szerzej: przodkowie, wypierają z pamięci. Żeby nie szukać daleko – w polskiej literaturze w ciągu ostatniego roku pojawiły się takie powieści, jak Pokora Szczepana Twardocha, Gorzko, gorzko Joanny Bator czy Ojczyzna jabłek Roberta Nowakowskiego, które nie ujawniają tak mocno jak Przewóz Stasiuka odwołań do relacji rodzinnych narratorów, ale – generalnie rzecz ujmując – są wehikułem prześwietlania historycznej przeszłości miejsc, z których pochodzą. Prześwietlania bez żadnego innego zamówienia poza osobistym zainteresowaniem tym, skąd pochodzę, co z przeszłości tego miejsca utkwiło we mnie w jakiś tajemniczy sposób i określa mnie oraz niepokoi.

Akcja powieści Stasiuka rozgrywa się na Podlasiu w ciągu kilku dni drugiej połowy czerwca 1941 roku, czyli wtedy, gdy na zachodnim brzegu Bugu zbiera się armia niemiecka szykująca się do ataku na Związek Radziecki, a miejscowi prowadzą – a raczej starają się prowadzić – swoje normalne życie. Ale to oczywiście niemożliwe, bo żyją w wiosce na brzegu granicznej rzeki, bo wokół dzieje się historia z całym jej okrucieństwem, choć oni sobie nie zdają sprawy, co z tego dziania może wyniknąć. Coś przeczuwają, czegoś się domyślają, ale bardziej skupieni są na swojej codzienności niż geopolityce.

Stasiuk powołał do powieściowego życia bardzo pomysłowo skomponowaną grupę bohaterów. Zrobił to tak, by w przejrzysty sposób, nie robiąc bałaganu, pokazać rozmaite postawy wobec tego, co się wokół nich szykuje. Najpierw więc jest świetna para – kobieta, wdowa, jakby symbol trwałości życia i jego ładu, gospodyni, która, kiedy Niemcy zajęli jej dom dla swoich oficerów, niewzruszona prowadzi gospodarstwo domowe w stodole. Trochę przy tym zielarka, a może trochę czarownica, która na wszystko ma gotową rozsądną radę. A przy tym emanuje seksapilem, który gotowa jest wykorzystać, kiedy jest to konieczne. To ona jest postacią, która stanowi oś opowieści.

Najbliżej niej jest Lubko. Mieszka z nią, ale ich relacja nie nabrała charakteru – jak to można określić – intymnego, choć on myśli o niej nieustannie. Jest pogorzelcem, któremu ona ofiarowała kąt za pomoc w gospodarstwie. Ta zależność hamuje wszystkie jego marzenia, ponieważ zdaje sobie sprawę z tego, że ich urzeczywistnienie zakłóciłoby ład ich relacji. To właśnie Lubko zajmuje się tytułowym przewozem – ma łódkę, którą przewozi z jednego brzegu rzeki na drugi (czyli przez granice stref okupacyjnych) wszystkich, którzy tego potrzebują, mimo że jest to skrajnie niebezpieczne. Człowiek przywiązany do miejsca, w którym żyje, do natury – zna jej tajemnice i na swój sposób jest mądry jakąś pierwotną niewzruszoną mądrością. Wprawdzie ma wielki kłopot z posługiwaniem się widelcem, którego wcześniej nigdy nie używał, ale nie daje się nabrać na agitację dowódcy partyzanckiego oddziału Siwego – daje mu się wygadać, a potem niewzruszony mówi, że on nigdy nikomu nie przysięgał, a teraz to musi wyprowadzić krowę na pastwisko. To dla niego jest ważniejsze niż jakieś wydumane powinności, może patriotyczne w szerszym sensie, ale dla niego nic to nie znaczy, bo on jest patriotą tego skrawka ziemi, na której żyje i o której wie, że jest odwieczna i przetrzyma wszystkie przemarsze wojska, polityczny bałagan i patriotyczne fantasmagorie.

Są oczywiście wspomniani partyzanci, czyli przedwojenny plutonowy z wisem za paskiem i trzech chłopaków, których zwerbował i z których robi żołnierzy. Nie walczą, bo nie mają jak i czym, ale plutonowy Siwy deklaruje chęć walki „ze wszystkimi. Tutaj zawsze trzeba się było bić ze wszystkimi. Z Niemcami, z Ruskimi, z komunistami”. Tyle, że z nikim nie walczą – jedyna ich aktywność to liczenie niemieckich pojazdów zjeżdżających nad graniczną rzekę i szykujących się do ataku. Nawet nie wiadomo, komu to liczenie jest potrzebne. Wprawdzie ten minioddział Siwego chyba funkcjonuje w ramach jakichś większych struktur, bo przybywa z wizytacją kapitan, ale to wszystko niepoważne, operetkowe. Kapitan gada jakieś napuszone banały, jakby nie widział, gdzie jest, albo jakby nie chciał widzieć. A oddział Siwego nieudolnie powiesił kogoś, kto był podobno donosicielem, zabił jeszcze bardziej nieudolnie świnię, w trakcie czego jeden z „żołnierzy” odniósł ranę. I na koniec wszyscy trzej członkowie oddziału – gdy tylko dowódca spuszcza ich z oka – wzajemnie się wybijają – i tyle było tego wojowania.

Pojawia się żydowskie rodzeństwo z wielkiego miasta, które omamione opowieścią o Birobidżanie, raju który Stalin miał stworzyć dla Żydów na Dalekim Wschodzie, chce tam dotrzeć. Ale utknęło w wiosce nad rzeką i wplątało się w jej życie. Pomogła im oczywiście kobieta, umieściła w kryjówce, a partyzant tylko chciał zgwałcić dziewczynę, bo był poza wszystkim antysemitą.

Jest w powieści Stasiuka jeszcze kilka pobocznych postaci, które odgrywają mniej istotne role w tym teatrze, jaki pisarz wprawił w ruch. Wszystko to, co się między nimi dzieje, układa się w opowieść o tym, że ludzkie życie biegnie swoim rytmem niezależnie od tego, co wielkiego dzieje się wokół nich; to opowieść o ludziach, którzy nie chcą wiedzieć o wielkich sprawach, nie chcą w nich uczestniczyć, bo żyją – przynajmniej na razie – na takim poziomie, że te sprawy bezpośrednio ich nie dotyczą. Są ofiarami, ale nie załamują się, tylko wytrwale wracają do swoich elementarnych obowiązków, bo życie musi biec ustalonym torem niezależnie od wszystkiego – muszą mieć co jeść, muszą mieć trochę pieniędzy, muszą mieć gdzie spać, muszą się jakoś między sobą układać. Wojna i polityka temu przeszkadza, ale oni dają radę.

„Cienie minionego łagodnie rozstępują się przed nami, gdy wchodzimy do ich królestwa” – Stasiuk napisał powieść apolityczną, nie określił nią żadnych politycznych sympatii ani swoich, ani powieściowych postaci. On pewnie je ma, ale tu nie grają roli, stworzone przez niego postaci nawet nie czują potrzeby ich posiadania. Zresztą po co tu byłaby potrzebna jakakolwiek polityka – liczy się ład codzienności. Czy dla powieściowej osady ma jakieś znaczenie, że Żyd uciekający przed faszystami za rzekę wrócił, bo tam po komunistycznej stronie jest jeszcze gorzej? Nie ma też znaczenia, dokąd i po co ruszyli żołnierze stacjonujący w pobliżu, ważne, co zostawili, co dawali mieszkańcom i co się z nimi dawało załatwić. Na rzeczywistość, w której żyją, oni sami nie mają wpływu, więc się od niej odsuwają. Ważniejsze niż decydująca operacja Barbarossa jest chyba dla nich to, że głuchy woźnica nie słyszał nadjeżdżających niemieckich żołnierzy i zderzył się ich samochodem. To oczywiście scena symboliczna, coś w rodzaju ostrzeżenia czy ujawnienia wiedzy narratora o biegu historii: wcześniej czy później agresja świata dotyka też i taki pozornie sielski zakątek. Żyjemy pod presją i w oczekiwaniu zderzenia, głusi na jego zbliżanie się.

Andrzej Stasiuk: Przewóz.
Wydawnictwo Czarne,
Wołowiec 2021, s. 400.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.