Wizyta na Stawisku została umówiona i tak to odbyłam pierwszą podróż kolejką WKD do Podkowy Zachodniej. Od kolejki WKD do Stawiska dzielił mnie kilkunastominutowy spacer.
W gabinecie na pierwszym piętrze za wielkim biurkiem siedział Jarosław Iwaszkiewicz, w tiubietiejce na głowie. Po długiej rozmowie zostałam poproszona o pozostanie na obiedzie. Po bodaj dwóch rozmowach Pan Prezes – bo tak go najczęściej tytułowano, także w domu – zaproponował mi pracę na Stawisku. Formalnie ciągle będąc zatrudniona w Muzeum Literatury, zostałam oddelegowana do pracy na Stawisku.
Rozpoczął się mój trzyletni okres pracy w domu w Podkowie Leśnej – dwa lata dojazdów i w ostatnim roku zamieszkanie pod dachem domu Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów. Na Stawisko wchodziłam od kuchni. Tam od wypicia mocnej herbaty zaczynał się mój dzień pracy, kończony po zjedzonym obiedzie. Obiady były zawsze podawane przy wielkim stole. Obok nakrycia Anny Iwaszkiewiczowej często leżały zioła Herbapolu. U szczytu stołu siedział zawsze Pan Prezes. „Zosiu, wyparz talerz”, zdarzało się usłyszeć. Migdał, jeden z trzech psów, oblizywał się z zadowoleniem.
Dom żył. Skrzypiał, oddychał. Biegały psy, maszerowały z godnością koty. Z obszernej kuchni dochodziły zapachy. Bez kuchni nie ma domu. Wiekowy kaflowy piec kuchenny z żeliwną płytą i fajerkami długo trzymał ciepło. Lodówka, przywieziona w latach pięćdziesiątych przez Teresę Markowską z Kanady, ciągle dobrze funkcjonowała.
W mojej epoce głównie gotowała Zosia Dzięcioł. Kuchnia na Stawisku wychowała znakomite kucharki. Córki gospodarzy – Maria i Teresa oraz wnuczka Anna Włodek świetnie gotowały. Wnuczka była szczególnie zdolna. Sweter na drutach zrobiony przez nią w stanie wojennym służył mi długo.
W kuchni lubiłam przesiadywać wieczorem. Były pogaduszki, wspominano odległe lata, od czasu do czasu zdarzało się wypicie jednego czy dwóch niewinnych kieliszków. Pani Jadwinia, najmłodsza z sióstr gospodarza, w szafie miała zawsze słodką wódkę. „Kieliszeczek, pani Grażynko”, proponowała mi w brzydkie dni. Butelkę czasami wypożyczali sobie Zosia i Władek Kuświk, ale zawsze była zwracana.
W relacjach z kilku ostatnich lat domu na Stawisku i o jego mieszkańcach powtarza się ciemna nuta. Po części jest to wina Jarosława Iwaszkiewicza. W listach, dziennikach często narzeka. Na brak uwagi, ignorowanie jego potrzeb, na utrudnianie mu pracy, chaos w domu. Dalekie to od prawdy.
Jedna z opinii, powtarzana wielokrotnie, szczególnie dotyka Annę Iwaszkiewicz. Króluje opinia, że jej stan psychiczny przed kilka ostatnich lat życia był poważnie zakłócony. Nie mogę się zgodzić. Przez ostatni rok widywałam ją codziennie. Ostre stany lękowe nie trwały latami, zaczęły się pod koniec maja 1979 roku, zmarła 23 grudnia.
Co zapisane w literach, to zostaje. Sprawiedliwe czy niesprawiedliwe. Dopóki mogę, dopóty walczę z jednym dziennikowym zapisem. Po wizycie Magdaleny Markowskiej, córki Teresy, w podparyskim Sailly Iwaszkiewicz zapisuje w dzienniku kilka tygodni przed śmiercią: „głupia, jak wszystkie moje wnuki”. Nic dalszego od prawdy, ale zostało.
Iwaszkiewicz krzyczący na umierającą żonę. Z jej odchodzeniem nie potrafił się uporać. Ale w dzienniku zapisuje, że jest mu przykro.
Pisarz, umierając, zamyka na klucz swój świat. Zostają litery, na dobre i złe. Niesprawiedliwości, krzywda wyrządzona innym po latach stają się często nie do odsączenia. Na zawsze.
