2/2026

Grażyna Obrąpalska

Na Stawisko wchodziłam od kuchni

Moje Stawisko zaczęło się od Puszkina. Był to rok 1977. Warszawskie Muzeum Literatury, moje pierwsze miejsce pracy, organizowało wystawę teatraliów Jarosława Iwaszkiewicza w moskiewskim Muzeum Puszkina, od niego wypożyczano sporą część eksponatów.

Wizyta na Stawisku została umówiona i tak to odbyłam pierwszą podróż kolejką WKD do Podkowy Zachodniej. Od kolejki WKD do Stawiska dzielił mnie kilkunastominutowy spacer.

W gabinecie na pierwszym piętrze za wielkim biurkiem siedział Jarosław Iwaszkiewicz, w tiubietiejce na głowie. Po długiej rozmowie zostałam poproszona o pozostanie na obiedzie. Po bodaj dwóch rozmowach Pan Prezes – bo tak go najczęściej tytułowano, także w domu – zaproponował mi pracę na Stawisku. Formalnie ciągle będąc zatrudniona w Muzeum Literatury, zostałam oddelegowana do pracy na Stawisku.

Rozpoczął się mój trzyletni okres pracy w domu w Podkowie Leśnej – dwa lata dojazdów i w ostatnim roku zamieszkanie pod dachem domu Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów. Na Stawisko wchodziłam od kuchni. Tam od wypicia mocnej herbaty zaczynał się mój dzień pracy, kończony po zjedzonym obiedzie. Obiady były zawsze podawane przy wielkim stole. Obok nakrycia Anny Iwaszkiewiczowej często leżały zioła Herbapolu. U szczytu stołu siedział zawsze Pan Prezes. „Zosiu, wyparz talerz”, zdarzało się usłyszeć. Migdał, jeden z trzech psów, oblizywał się z zadowoleniem.

Dom żył. Skrzypiał, oddychał. Biegały psy, maszerowały z godnością koty. Z obszernej kuchni dochodziły zapachy. Bez kuchni nie ma domu. Wiekowy kaflowy piec kuchenny z żeliwną płytą i fajerkami długo trzymał ciepło. Lodówka, przywieziona w latach pięćdziesiątych przez Teresę Markowską z Kanady, ciągle dobrze funkcjonowała.

W mojej epoce głównie gotowała Zosia Dzięcioł. Kuchnia na Stawisku wychowała znakomite kucharki. Córki gospodarzy – Maria i Teresa oraz wnuczka Anna Włodek świetnie gotowały. Wnuczka była szczególnie zdolna. Sweter na drutach zrobiony przez nią w stanie wojennym służył mi długo.

W kuchni lubiłam przesiadywać wieczorem. Były pogaduszki, wspominano odległe lata, od czasu do czasu zdarzało się wypicie jednego czy dwóch niewinnych kieliszków. Pani Jadwinia, najmłodsza z sióstr gospodarza, w szafie miała zawsze słodką wódkę. „Kieliszeczek, pani Grażynko”, proponowała mi w brzydkie dni. Butelkę czasami wypożyczali sobie Zosia i Władek Kuświk, ale zawsze była zwracana.

W relacjach z kilku ostatnich lat domu na Stawisku i o jego mieszkańcach powtarza się ciemna nuta. Po części jest to wina Jarosława Iwaszkiewicza. W listach, dziennikach często narzeka. Na brak uwagi, ignorowanie jego potrzeb, na utrudnianie mu pracy, chaos w domu. Dalekie to od prawdy.

Jedna z opinii, powtarzana wielokrotnie, szczególnie dotyka Annę Iwaszkiewicz. Króluje opinia, że jej stan psychiczny przed kilka ostatnich lat życia był poważnie zakłócony. Nie mogę się zgodzić. Przez ostatni rok widywałam ją codziennie. Ostre stany lękowe nie trwały latami, zaczęły się pod koniec maja 1979 roku, zmarła 23 grudnia.

Jest luty 1980, środek nocy. Stary człowiek na schodach w pidżamie. Zbiera się do wypuszczenia na dwór szczekających psów.

Co zapisane w literach, to zostaje. Sprawiedliwe czy niesprawiedliwe. Dopóki mogę, dopóty walczę z jednym dziennikowym zapisem. Po wizycie Magdaleny Markowskiej, córki Teresy, w podparyskim Sailly Iwaszkiewicz zapisuje w dzienniku kilka tygodni przed śmiercią: „głupia, jak wszystkie moje wnuki”. Nic dalszego od prawdy, ale zostało.

Iwaszkiewicz krzyczący na umierającą żonę. Z jej odchodzeniem nie potrafił się uporać. Ale w dzienniku zapisuje, że jest mu przykro.

Pisarz, umierając, zamyka na klucz swój świat. Zostają litery, na dobre i złe. Niesprawiedliwości, krzywda wyrządzona innym po latach stają się często nie do odsączenia. Na zawsze.

Przestrzeń Stawiska jest dla mnie ciągle niezamknięta. Minęło tyle lat i dalej wygląda łagodniej. Zima na przełomie lat 1979 i 1980 była bardzo śnieżna. Stawisko od najbliższego sklepu w Podkowie Leśnej dzielił spacer. Brnęłam w głębokim śniegu, towarzyszyły mi wszystkie psy. Cała piątka – Migdał, Aza, Reksio, Kora – pies Szymona Piotrowskiego, nasz mały kundel Miszuta. Psy czekały na mnie przed sklepem. Wracaliśmy w tym samym porządku. Śnieg padał i padał.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.