02/2023

Radosław Romaniuk

Niedyskrecje pocztowe.
Tajemnice artystów

Zygmunt Mycielski do Jarosława Iwaszkiewicza:


Sobieszów, 11 IV 1953. Dom Zaiksu.



Kochany Jarosławie –
nie chcę Cię nużyć, ale wśród moich adresatów jesteś jedynym, z którym z zupełną swobodą gwarzyć mogę – a właśnie zrobiłem kleksa na wyciągu (czteroręcznym) baletu – więc przed skrobanką piszę to. – Jednym z niezliczonych objawów nadchodzącej starości, które śledzę jak masochista – jest przekonanie, że młodzi nie mają sensu – są bez sensu. Exemplum, Urgacz. Poeta, młody (26 lat), byczek, po prostu na wystawę. Członek partii, i członek w ogóle. Pisze poemat. Nic to, że Homer i jakaś tam Boska komedia – to trudno wyspekulować, czy czytał. Wszelkie wyrazy twarzy świadczące, że niby tak, zdradzają, że nie. Ale Eneida, Owidiusz – co tam, Trembecki, Potocki, Krasicki – wszystko albo liźnięte, albo w ogóle nie. O klasykach nie ma pojęcia, już nie pytam o obcych – ale własnych. Czytał dwa przekłady Oniegina, Pana TadeuszaZagadnienia leninizmu. Poza tym kolegów, których dzieli na gorszych od siebie i równych. Jednym słowem: „Nowa Kultura” i „Przegląd” Jureczka Andrzejewskiego. Odkrywa Amerykę, rozmawiając ze mną. Nie widzi nic. Ani du du. I to nie widzi ani świata, ani tego, co naokoło, tych czterech osób w domu ZAiKS‑u. Gdy przyjechałem – klepał takie bzdury, że wziąłem go na bok, dałem wódki i oświadczyłem, że tak dalej nie można. Wziął to sobie do serca, bo wie, że dostałem nagrodę i posłali mnie do Pekinu, więc sądzi, że jestem „szyszka”. Co do partii zaś, nie masz pojęcia, jak to ciasne – czekanie na interpretację „Trybuny” czy innej „Izwiestii”. A są powody, żeby stracić głowę – bo niby co tu sądzić, gdy nie wiadomo, kto jutro pójdzie do ciupy, a kto zostanie na wierzchu. Próbowałem więc historycznie, że były różne czasy już, i liberalne, i despotyczne, i wolnomyślne, i w kołnierzu, ale on tylko słyszał o inkwizycji.

W pensjonacie są dwie stare baby, które lecą na mnie, i Urgacz, który leci na młode. Wszystko do góry nogami. To Dobrowolski taki dom założył. W przepisach stoi, że trzeba cicho i grzecznie, staram się. Zresztą, hałaśliwe fantazje przeszły mi dokumentnie. Wywietrzały. Przyczynił się do tego i Goebbels, i Himmler, i sam Hitler, w ciągu tych paru niedawnych lat. Teraz czytam podróże Darwina do Patagonii (polecam ci to, dużo świetnych kawałów z chrząszczykami), no i tę poleczkę piszę. Do sztuki trzeba być pobudliwym. Intelektualna pobudliwość jest konieczna. A w muzyce to już konia z rzędem temu, kto odczytuje, czym się facet pobudził i wzruszył. Tu nawet Lissa z Łobaczewską nie wynajdą, czym się Chopin wzruszył, gdy pisał Barkarolę. A jak to dobrze! Pomyśl, gdyby one mogły się do tego dodłubać, co by się stało! Dobrze, że mamy trochę tajemnic, do których żaden człowieczy lancecik naukowy ani żadna maszynka nie dotarły. Tyle, może tylko tyle, mamy. Dzięki temu można jakoś się przemykać po życiu.

Wracam po 20 IV 1953. Jakoś niedługo po. Zobaczymy się wtedy? Co z tobą robią? Gdzie jeździsz? Czego bronisz? Co wybronisz? Czego się nauczysz? Śnił mi się kiedyś kongres. Ale to był straszny koszmar. Zbudziłem się z krzykiem. Jakiś Francuz przyszedł do mnie we śnie i mówił: „Dites donc, tout ceci, c’est de la fumisterie” [(fr.) Przecież to wszystko istna kpina]. – A ja goniłem w drewniakach przez całą salę – że to prowokacja – i krzyczałem – i jakim potem zimnym oblany się zbudziłem. Ale to jeszcze nic. Mam gorsze sny. – Ale po co o tym. Ściskam Cię bardzo.

Twój
Zygmunt Mycielski

(Rękopis w archiwum Muzeum im. Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów w Stawisku, publikowany za zgodą Spadkobierców autora).


Bez względu na zmieniające się czasy i przeobrażenia pojęć o Zygmuncie Mycielskim mówiono, że się „zdeklasował”. Jeśli było w tej opinii ziarno prawdy, w najmniejszym stopniu mogła ona dotyczyć twórczości, pisania muzyki. W sferze estetyki deklasacja była tylko przejściową chorobą, na którą zapadł w okresie socrealistycznej epidemii, ale przechorował ją krótko i niegroźnie. Geny zaprzedanego sztuce hrabiego wytwarzały niezawodne przeciwciała. W Dwudziestoleciu przyjaźnił się z Szymanowskim, uczył u Paula Dukasa i Nadii Boulanger. Wieloletni pobyt w Paryżu i muzyka francuska uformowały jego osobowość i odcisnęły piętno na muzycznym języku, ale również na korespondencji, w której pod wpływem ortografii francuskiej wielkich liter w zwrotach grzecznościowych używał z oporem i niekonsekwentnie. Kultura Francji może też pogłębiła w jego osobowości sceptyczny dystans do świata, o którym wspominał później Czesław Miłosz, stwierdzając, że żadna ze znanych mu osób nie miała go w takim stopniu jak Zygmunt Mycielski. Później, krewny wiceministra spraw zagranicznych, poszedł na wojnę jako szeregowy żołnierz. Pięć lat spędził w niemieckich oflagach i pracując przymusowo w gospodarstwie rolnym. Zrobioną wówczas fotografię, przedstawiającą go w roli pastucha, przywiózł do Polski jesienią 1945 roku. Wcześniej zahaczył o przyjazne mu paryskie salony, konstatując, jak daleko ich horyzont odbiega od jego spojrzenia na rzeczywistość. Nadając się na emigranta jak mało kto (samotny, ustosunkowany, komunikujący się swobodnie w języku Prousta i w uniwersalnym języku sztuki, w końcu też, co nie błahe, homoseksualny, więc i z tego powodu swobodniejszy po europejskiej stronie przyszłej żelaznej kurtyny), wrócił – nieco wcześniej, niż to uczynił Słonimski, który pytany, czy powrócił na dobre, odpowiedział, że na dobre i złe.

Mycielski nawiązał współpracę z redagowanym wówczas przez Putramenta krakowskim „Dziennikiem Polskim”, gdzie pisał o muzyce, ale i o polskich pogromach na Żydach oraz zbrodniach ukraińskiego podziemia. W ówczesnym Krakowie, gdzie za każdym rogiem ukazywała się jakaś zbankrutowana hrabina (to jego słowa), zaczęto mówić, że hrabia kolaboruje z komunistami. Współtworzył ze Stefanem Kisielewskim wydawany do dziś „Ruch Muzyczny”, przypominający u swych początków konspiracyjne druki. Traktował to zgodnie z tradycją pracy organicznej – jak orkę na spalonym ugorze. Zwłaszcza że odbudowa kraju i życia kulturalnego zakładała ideologiczną rewizję przeszłości, przeprowadzaną w sposób coraz bardziej doktrynerski i każdy znak ciągłości z kulturą sprzed lat kilkunastu zyskiwał wymiar obrony odwiecznych wartości.

Momentami był na dobrej drodze, by stać się publicystą czy pisarzem muzycznym – co mu nie uwłacza, bo adresat przywołanego listu, Jarosław Iwaszkiewicz, uważał go za pierwszorzędnego pisarza, a ten był nim rzeczywiście, choć głównie w dziennikach i listach. Ale znów subiektywna deklasacja, bo sam widział siebie jako kompozytora. Poprawiał przedwojenne utwory (poświęcony Szymanowskiemu Lamento di Tristano), pisał neoklasycystyczną I Symfonię i myślał o nowej muzyce, która tak jak doświadczenia ostatniego dziesięciolecia, będzie wyzwaniem dla wrażliwości słuchaczy. Nie stał się jednak awangardowym gorszycielem – czasy temu nie sprzyjały. Kiedy był sobą, gorszył naleciałościami burżuazyjnej estetyki. Gdy wchodził w rolę, tworzył muzykę użytkową, do filmu o Komunie Paryskiej bądź słuchowisk radiowych o muszkieterach i krasnoludkach. Kiedy był sobą – pisał dziennik, listy lub muzykę. Gdy wchodził w rolę – stawał się działaczem Związku Kompozytorów Polskich, od 1947 roku był jego wiceprezesem. Przez rok nawet mu przewodniczył. Zrezygnował z tej funkcji, gdy rozpoczęto „nowy rewolucyjny etap”. Rozstano się z nim polubownie, żegnając nagrodą państwową za I Symfonię, tzw. Symfonię polską („dostałem nagrodę”) i wysyłając w delegację twórczą do Chin, ogłosiwszy zarazem, że druga symfonia kompozytora będzie poświęcona chińskiej młodzieży.

W tym miejscu mała dygresja. Adresat listu w tym samym mniej więcej okresie fotel prezesa Związku Literatów Polskich przekazał Kruczkowskiemu, zastępując nieco później tę funkcję stanowiskiem przewodniczącego Polskiego Komitetu Obrońców Pokoju. Odtąd zaczęła się jego służba na tym froncie, podróże i uczestnictwo w radzieckim spektaklu walki o pokój. Literaturę rzecz ominęła, przynosząc tylko tomik pokojowych mów, ale w skierowanych do niego ironicznych pytaniach korespondenta pobrzmiewa świadomość, że „dwójmyślenie” pisarza, obwożone po świecie, jest sroższą karą niebios niż takie samo ukryte w Sobieszowie.

Wróćmy do autora listu, dodając do jego portretu jeszcze jeden szczegół: permanentne kłopoty mieszkaniowe. Tu linia rozwojowa pięła się nieco wzwyż – bo od mieszkania we wspólnym pokoju z matką (po wojnie Mycielscy stracili dwór w Wiśniowej), po niewielkie warszawskie mieszkanko dzielone z intymnym przyjacielem – ale natura wyciągała artystę z domowej męskiej prowizorki i kazała włóczyć się po mniej lub bardziej zaniedbanych i opuszczonych pałacach z fortepianem. Był więc gościem Apolonii Niedzielskiej w zrujnowanych Śledziejowicach („wyglądają tak, że atomówka nie ma już co robić” – pisał). Pomieszkiwał w remontowanym pałacu w Łańcucie i zawsze ekskluzywnym Nieborowie. Trafił pod dach iwaszkiewiczowskiego Stawiska. Próbował też zalet domów pracy twórczej. W ten sposób znalazł się w domu ZAiKS‑u w Sobieszowie, z którego 11 IV 1953 pisze do Jarosława Iwaszkiewicza.

Staroświecki jak czytany przezeń Darwin (choć była to niby lektura znów na czasie), Mycielski pochodzi ze świata, który studium Zofii Łobaczewskiej o Szymanowskim odesłało właśnie do historii. Nie jest tym, za kogo uważają go goście i gospodarze domu, i jakby tych tajemnic było mało, erotycznie skłania się w stronę swego młodego rozmówcy, niedawnego poetyckiego debiutanta Tadeusza Urgacza. W oczach autora tomiku Uśmiech ojczyzny, opublikowanego nakładem Ministerstwa Obrony Narodowej, równo dwadzieścia lat starszy kompozytor jest prominentnym twórcą starszego pokolenia. Prezesem, laureatem, delegatem. Reprezentuje ezoteryczną sztukę, do uprawiania której należy znać język obcy w codziennej mowie – język, jakim mówili dawni bogowie: wszechmocny Bach, niesforny Mozart, groźny Beethoven. Sam Urgacz to nowy człowiek, ukształtowany przez nową prasę i artystów. Jego świadomości nie obciąża istnienie poprzedników w poetyckim rzemiośle. Mobilizuje go tylko istnienie kolegów. Zaczyna od początku. Wszystko może.

W wydanym rok wcześniej tomiku utrwalał optymistyczne tony swej epoki. Może też je kształtował. Miłośnicy poezji pamiętający owe czasy dziś jeszcze potrafią wyrecytować z autoironicznym patosem i nutą nostalgii pochodzący z tej książki refren: „już żujesz, bracie, ziarnko zwątpienia, / wtem nagle czujesz uśmiech Stalina”. Teraz z ust kompozytora chciałby się dowiedzieć, co jest grane po śmierci generalissimusa. Gość Sobieszowa egzaminuje go tymczasem z literatury. Wskazuje poważne luki w wykształceniu – i to nie politycznym, lecz najściślej klasycznym. Wykłada dialektykę historyczną (według jej praw nadchodzi odwilż i czas rozluźnić nieco myśli i nerwy). Nakazuje więcej milczeć. Zabrać się za to, co wieczne – począwszy od Homera. Próbuje zgorszyć młodzieńca, ufny, że świadomość istnienia Odysei, IliadyEneidy obciąży pióro adepta literatury.

Tymczasem Urgacz pisze poemat o marszałku Rokossowskim, a Mycielski, walcząc z kleksami, balet do libretta Iwaszkiewicza, zatytułowany Zabawa w Lipinach. Trójkąt bohaterów baletu to Jadzia, Antek i bikiniarz o wdzięcznym pseudonimie „Bażant”. (Czyli bikiniarz do kwadratu, bo „bażant” był synonimicznym określeniem tej postaci). Fabuła utworu jest dość prosta. Jadzia to wiejska dziewczyna, zakochana w Antku. Ten, nieczuły na jej wdzięki, zajmuje się naprawą traktora i nie w głowie mu taniec z Jadzią. (Dla porządku dodajmy, że Iwaszkiewicz był zdania, iż traktor należy zastąpić snopowiązałką, by oprawę uczynić mniej banalną). „Bażant” z kolei tańczy chętnie, ale tylko zagraniczne tańce, których Jadzia tańczyć nie chce. Na scenie pojawia się jeszcze grupa starszych, którzy pokazują, jak się tańczyło dawnymi laty. Najpierw hrabia ze swym librecistą każą im parodiować dworskie tańce, potem bohaterowie rozpoczynają walczyka i poleczkę („no i tę poleczkę piszę”). Porwani ich przykładem bikiniarze zrzucają marynarki i kolorowe krawaty. „Bażant” tak naprawdę ma na imię Władzio. Nie ruszy jednak do tańca, lecz wraz ze swymi kompanami dołączy do Antka i jego towarzyszy. Naprawia z nimi traktor, by dopiero, gdy tego dokona, w finale zwycięsko odtańczyć dumnego krakowiaka, ognistego oberka. I jakby tych wrażeń było mało, w efektownej scenie zbiorowej niedawni bikiniarze palą atrybuty ich zdegenerowanego świata: kolorowe skarpetki, krawaty, koszule, marynarki. Ich entuzjazm udziela się widowni – efektowne auto‑da‑fé przy dźwiękach muzyki wywołuje starożytne katharsis.

Fabuła łatwa do opowiedzenia, trudna do zrozumienia. Prowadzi w sferę tajemnic, dzięki którym „można się jakoś przemykać po życiu”. Sposobów uciszania konfliktu artystycznej praktyki i świadomości. Istnienia pod ciśnieniem czasów, których złowrogim symbolem są w liście Mycielskiego nazwiska faszystowskich wodzów i niewypowiedziane nazwisko zmarłego przed miesiącem radzieckiego przywódcy. Sekretów odsuwania wiedzy, zamieniania w techniczne métier, pewność ręki, ekonomię środków. Sekretu wzruszającego potencjału banalności, z którym wiąże się zamiar Mycielskiego, by „w socrealistycznych ramkach zrobić coś z jajami” (o czym pisał w innym z listów), a więc chęć przyjęcia zasad gry, by następnie zagrać jak najlepiej. Pisząc Zabawę w Lipinach, nie uważał jej za rzecz poronioną i starał się nie myśleć, że musi ją pisać, aby brać udział w życiu artystycznym i zarobić na życie.

Odrywając się od pracy nad partyturą i lektury Darwina, Mycielski opowiada Urgaczowi o jednym z jego wielkich poprzedników – Owidiuszu. Wygnany przez cesarza, komplikacje w życiu artysty świetnie rozumiał, podobnie jak znający blaski i cienie dworu poeci polskiego oświecenia. Czy rozgrzeszyliby oni autora listu (za sprzeniewierzenie się duchowi własnej sztuki) i jego rozmówcę (który staje się twórcą bez terminowania)? Jaką lekcję by im dali? Konstanca (wtedy nazywała się Tomi), w której zakończył życie autor Metamorfoz, była portowym miasteczkiem nad Morzem Czarnym, z wielokilometrową piaszczystą plażą, ale bez bibliotek i partnerów uczonych przechadzek. Bez oddźwięku, jaki budzi napisany wiersz, choćby w sercu jednego słuchacza. Owidiusz opisuje to miejsce w sposób całkowicie nieprawdziwy, lecz z wielką siłą wyrazu: śnieg zalega tam całe lato, lód skuwa strumienie w biegu i morze, a wino stoi na stole bez butelki i trzeba je chrupać, zamiast pić. Gdyby mógł (ale było już za późno), starałby się za wszelką cenę (a więc i sztuki) utrzymać w Rzymie – niemiłym, ale jedynym. Gdyby, jak Wergiliuszowi, cesarz zlecił mu napisanie eposu legitymującego swą władzę (w takich „ramkach” powstała Eneida) – świat zadziwiłby się. Ale nie wydał takiego polecenia i niejasny pozostaje brak sympatii boskiego Augusta wobec tego poety, niewrażliwość na wielokrotnie powtarzane prośby o łaskę. W Tomi powstały więc wielkie poetyckie listy i żale. Taką przestrogę zostawił. „Jestem w rozpaczy – to skrót moich nieszczęść. / Bo będzie zawsze czuł się nieszczęśliwy/ każdy, kto żyje w niełasce Cezara”.

Owidiusz wierzył, że zdania te, pisane mistrzowską łaciną, dotrą do boskich uszu władcy, a ten, rozumiejąc, że kolejnym potwierdzeniem jego wszechmocy może być odwrotność „niełaski”, przywróci cywilizowanemu światu genialnego skazańca. Potężne siły robią z nami bowiem, co chcą. Należy na rzecz spojrzeć stoicko, nie szarpać się bardziej niż trzeba, aby przez zmienność czasów przenieść Tajemnicę. Muzy nie odwróciły bowiem oblicza od „poety Nazo”. „Mnie, odartemu z ojczyzny i domu, / wszystko zabrali, co mogli, a przecież, / przy mnie pozostał talent – źródło szczęścia – i żadnej nad nim Cezar nie ma władzy” – to również jego słowa. Dobrze byłoby jednak zadumać się nad tym już po wszystkim, opowiedzieć jakiemuś kolejnemu adeptowi sztuki artystycznych kompromisów.

Nawet jeśli Zabawa w Lipinach okaże się klapą (a okaże się), w drugiej symfonii Mycielskiego, która powstanie dopiero na początku lat sześćdziesiątych XX wieku, nie ma ani śladu chińskiej młodzieży. Tadeusz Urgacz po debiucie zamilkł na lat kilkanaście, zanim odezwał się mową wiązaną w 1966 roku. „Nie darł na sobie koszuli, a owszem, sprawił sobie nową i to z nonironu” – ironizował o nowej odsłonie jego twórczości Stanisław Grochowiak. Piosenki Berlińska pieśń, Morskie orły czy Marsz KBW, które niegdyś znalazły uznanie w szeregach wojska, zamienił wtedy na bigbitowe przeboje, jak Czarny Alibaba lub piosenkową lirykę Kalinowego serca czy Jabłuszka pełnego snu, cenione przez młodsze rodzeństwo bikiniarzy i ich dziewczyny w czarnych bluzkach. Pisał potem dużo i coraz lepiej. Już jako „stary poeta”, pytany w 1998 roku, czy chciałby „w obecnych czasach znaleźć się w skórze debiutanta”, odpowiadał przytomnie: „Tak, chciałbym, ale za cenę uzyskania takiej młodości, której jedynym dyktatem byłoby niebo gwiaździste i prawo moralne. Metafizyka – tak, ideologia – nie”. Zmarł w czerwcu 2011 roku i trochę przykro wspominać go w durnej młodości, choć chyba nie jest to tutaj postać niesympatyczna.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2022 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.