03/2022

Kamila Dzika-Jurek

Nieloty

Lot nad kukułczym gniazdem – tytuł słynnej książki Kena Keseya, ale i znakomitego filmu Miloša Formana, w którym główną rolę gra Jack Nicholson, ma wyobrażać coś niemożliwego do zrealizowania. Wyjątkowo opresyjny system szpitala psychiatrycznego, do którego z własnej woli trafia Randle McMurphy, główny bohater powieści, z każdego pacjenta robi od razu więźnia. Więc „lot” bohaterów książki i filmu, metaforyczne uwolnienie się z opresji choroby i przemocowego systemu w którąkolwiek stronę, nie jest tu możliwy. W Pustym przelocie, swojej nowej książce, Daniel Odija podąża tym tropem, przenosząc wymowę amerykańskiej powieści na rodzime podwórko. Choć schizofrenia, na którą choruje brat głównego bohatera, i zakład, gdzie za każdym razem trafia, by się leczyć, to nie jedyne i najważniejsze systemy opresji w powieści Odiji. W Pustym przelocie to samo życie, a zwłaszcza rodzina: przedwcześnie opuszczone przez opiekunów gniazda oraz dzieci, które nie mają siły, by się wznieść poza niezrealizowane ambicje rodziców i podążyć swoją ścieżką. Jak psychotyczny bohater, który ze względu na matkę wybierze zawód aktora zamiast wymarzonej ornitologii, a brat dowie się o tym dopiero po wielu latach, od jego byłej dziewczyny. Osoby mądrzejszej, bo będącej poza „systemem”, czyli „zdekompletowaną rodziną” (bez ojca), w której wychowują się bracia. „Pewnie jest tak z każdym, kto tkwi w jakimś układzie. Dopiero ktoś z zewnątrz, spoza układu, może w sposób obiektywny dostrzec i ocenić zasady, jakie tym układem rządzą” – pisze autor.

W nowej książce Odiji powracają stałe wątki z jego wcześniejszych powieści: z Ulicy, Tartaku czy choćby z Kroniki umarłych. Życie bohaterów jego prozy wydaje się nigdy nie zależeć od ludzkich, jednostkowych decyzji, lecz wynika z samego ułożenia świata, który, jak się zdaje, nikomu nie daje możliwości zmiany. Tytuł nowej powieści, jak u Keseya, określa w całości pragnienia bohaterów – skazane od początku na porażkę. Dla nas jako czytelników jest to tym bardziej bolesne, bo widzimy z góry ustalony przebieg ich życia. Beznadziejną walkę o coś lepszego niż dreptanie w tych samych miejscach prowincjonalnego miasta; miasta „mniejszego i biedniejszego” od innych, w którym bohaterowie Pustego przelotu się urodzili i w którym wielu z nich zostanie zapewne do śmierci. Doraźną ulgę przynoszą im wieczory przed telewizorem, z drinkiem i z żoną, która też popija – dla zabicia nudy, ale i przez nieudany związek. Ten stan – bo jakie to życie? – znakomicie oddaje określenie „pusty przelot”, którym bohater-schizofrenik (jeszcze zanim dowie się o swojej chorobie) nazywa charakterystyczny dla gołębi lot po kole: „Trochę bez sensu, bo poza okrąg, który zakreślają, dalej nie polecą. A ptaki powinny latać, gdzie chcą. Tylko, że te gołębie o tym nie wiedzą i potrafią tak krążyć do usranej śmierci”. To samo dzieje się z ludźmi w opowieści Odiji: ich życie to monotonne wędrówki po wcześniej ustalonych ścieżkach. „Po kole”, z którego nie można się w żaden sposób wyrwać.

Tą wydeptaną ścieżką jest m.in. choroba zapisana w genach, bo, jak się okazuje dopiero pod koniec powieści, chorujący na schizofrenię bohater odziedziczył ją po swoim ojcu. Ojcu, który, jak powie pewnego dnia swoim synom matka: „miał to samo” – pewnego dnia wyszedł z domu i zaginął. Ale zanim główny bohater się o tym dowie, usłyszy w dzieciństwie i w życiu dorosłym wiele kłamstw: że ojciec wyjechał za granicę (matka), że jest bogaty, wydziedziczył synów i założył drugą rodzinę (brat chorujący na schizofrenię). To wstyd za dziedziczoną chorobę psychiczną stanie się dla bohaterów Pustego przelotu kolejną rzeczą, która usadza w miejscu, nie pozwala wyrwać się poza krąg rodzinnej tajemnicy. Większość energii życiowej matki chłopców pójdzie w ukrywanie wstydliwej prawdy o psychotycznym ojcu, a obawa przed wykluczeniem z grona znajomych będzie na tyle duża, że skłoni ją do życia utartym szlakiem: odrzucania kolejnych propozycji matrymonialnych, odprawiania pustych rytuałów i krzątactwa w niewielkim mieszkaniu aż do późnej starości. Co więcej, ta myśl, że ludzkie życie podobne jest w pewnym sensie do beznadziejnego lotu gołębi „po kole”, nawet na moment nie opuszcza czytelnika Odiji. Taka jest siła obrazów i metafor autora Kroniki umarłych.

Nie jest tego w stanie odmienić nawet zaskakująca puenta powieści – piękny opis „lotu” dwóch chłopców, którym młode, gibkie ciało nakazuje odbić się co jakiś czas od ziemi i na kilka chwil naprawdę lecieć. „Lecieć”, czyli zapomnieć na moment o domowym marazmie: o wychowywaniu się bez ojca, o czającej się w tle chorobie brata, o ciężarach, które nosić muszą również dzieci za swoich rodziców.

Niby nic szczególnego. Stoimy z bratem u szczytu schodów w naszej klatce schodowej. Jesteśmy dzieciakami i za chwilę, gdy nikt nas nie będzie obserwował, zrobimy to, co już tyle razy robiliśmy. Teraz moja kolej. Wychylam się do przodu tak daleko, że chwytam poręcz w połowie długości. Zapieram się na niej, odbijam nogami od najwyższego stopnia i przeskakuję całe półpiętro. Jakieś piętnaście stopni w dół. Jestem lekki jak piórko, jesteśmy jak spełniona obietnica. I wiszę, wisimy w powietrzu. Trwa to dłużej niż chwila albo dwie. Nie opadam, nie opadamy. Unoszę się, unosimy się znacznie dłużej niż trzy chwile, w tym locie rozciągniętym własną wolą.


Scena jest poruszająca, na te kilka zdań unosi czytelnika w górę. Choć przecież wiemy, zwłaszcza ci, co przeczytają książkę Odiji z własną historią w tle, że takie dzieci w dorosłym życiu pozostają nielotami.
Daniel Odija: Pusty przelot.
Wydawnictwo Czarne,
Wołowiec 2021, s. 190.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.