Doskonałym tego świadectwem są powieści takich autorów, jak Emilia Smechowski, Przemek Zybowski, Mariusz Hoffmann czy Paul Bokowski. Wszyscy urodzili się w Polsce, ich rodzice zdecydowali jednak, że mają wychowywać się gdzie indziej. Niemieccy wydawcy zdają się obecnie dość otwarci na tego typu literaturę. Wpisuje się ona bowiem w jeden z ważniejszych od kilku lat nurtów literatury niemieckiej – powieści, wspomnień, reportaży pisanych przez dzieci migrantów z całego świata, które wychowały się w Niemczech. Ich językiem ojczystym, choć na ogół drugim, jest właśnie język niemiecki. Posługują się nim bezbłędnie, ale nadają mu często obcy „szlif” – naleciałości, wyrażenia czy wręcz słowa pochodzące z ich ojczyzny. Często piszą o swoich pierwszych latach życia w Niemczech, o traktowaniu ich przez rodowitych Niemców i przełomach życiowych. We wspomnieniach wracają do historii rodzinnych sprzed kilku pokoleń, do wojen, kryzysów, zmian ekonomicznych. Opisują kulturę dziadków i rodziców, ich zwyczaje, bolączki, tęsknoty. Do najważniejszych przedstawicieli tego nurtu pisarzy niemieckich, których twórczość jest wydawana także w Polsce, należą na przykład Saša Stanišić (Skąd, przeł. Małgorzata Gralińska, Książkowe klimaty), Nino Haratischwili (Ósme życie, przeł. Urszula Poprawska, Wydawnictwo Otwarte) czy Fatma Aydemir (Dżiny, przeł. Zofia Sucharska, Wydawnictwo Cyranka). Nie powinno nas dziwić, że pisanie o migracji i asymilacji oraz o różnych kulturach i krajach pochodzenia jest ważnym odzwierciedleniem niemieckiej codzienności. Według statystyk w Niemczech mieszka aż 28,7 procent osób z pochodzeniem migracyjnym, co oznacza aż 23,8 milionów ludzi.
Do grona dzieci migrantów, którzy piszą o swoim pochodzeniu, należy zaliczyć grupę pisarzy i pisarek polskiego pochodzenia. Ich książki są w Polsce nieznane, a w Niemczech chętnie wydawane i czytane.
Choć pisarze ci nie znają się osobiście, wiele ich ze sobą łączy. Ich rodzice przybyli do Niemiec w latach siedemdziesiątych, osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych
Przełomową książką o tej tematyce, o której dużo się w Niemczech mówiło, była autobiografia dziennikarki Emilii Smechowski. Wir Strebermigranten z 2017 roku (w Polsce książkę wydano rok później pod tytułem My superimigranci w przekładzie Bartosza Nowackiego przez wydawnictwo Prószyński i S‑ka, nie odniosła jednak większego sukcesu), za którą autorka zdobyła nagrody literackie, dziennikarskie i była zapraszana na bardzo wiele spotkań autorskich, nie tylko w polsko‑niemieckim gronie. Książkę komentowały najważniejsze niemieckie media, odbiła się echem również w kontekście przybywających do Niemiec uchodźców z Afryki.
Smechowski stworzyła bolesny portret polskiej rodziny, która praktycznie nie przetrwała emigracji i procesu asymilacji w innym kraju. Kilkuletnia Emilia i jej siostra miały absolutny zakaz mówienia po polsku, musiały przynosić do domu jak najlepsze oceny z języka niemieckiego i szybko zapomnieć o swoim pochodzeniu. Autorka przypłaciła to poważnym kryzysem, i w końcu konfliktem z rodzicami: „Dla mnie skończyło się to kryzysem tożsamości, ponieważ miałam poczucie – coraz mocniejsze i oczywiście bardzo nieświadome – że coraz bardziej udaję. Trochę grałam, a trochę postrzegałam siebie jako Niemkę i tak się zachowywałam, choć tak naprawdę wcale Niemką nie jestem”1. Przy okazji swojej powieści Smechowski zwraca uwagę jeszcze na inny ważny aspekt: polscy imigranci są w Niemczech niewidzialni, szybko się integrują, nie chwalą się swoją kulturą, nie trzymają się w grupie jak na przykład migranci tureccy. Są wciąż zakompleksieni, walczą o przetrwanie, nie chcą być widoczni. Po sukcesie pierwszej książki Smechowski wyjechała na rok z małą córką do Gdańska, by lepiej poznać swoją pierwszą ojczyznę. Efektem tego był zbiór reportaży Rückkehr nach Polen (Powrót do Polski, przeł. autorka tekstu), w których konfrontuje się z Polską rządzoną przez PiS. Obecnie jest redaktorką naczelną „Zeit Magazin”, dodatku do najbardziej znanej w Niemczech gazety „Die Zeit”. W styczniu tego roku opublikowała w nim wywiad ze swoją koleżanką z dzieciństwa – Dorotą Masłowską, która jest w Niemczech bodaj najbardziej znaną polską pisarką (pewnie zaraz za Olgą Tokarczuk). W rozmowie wspominają dzieciństwo w Wejherowie. Podział na tych, co w Polsce zostali, i tych, co uciekli do Niemiec, a także przemiany polityczne, stanowią główną oś długiego wywiadu zilustrowanego zdjęciem bloków z płyty.
Przemek Zybowski przyjechał do Niemiec w 1985 roku jako dziewięcioletni chłopak, teraz jest lekarzem psychiatrą, pracuje w Szwajcarii. W czasie wolnym od pracy pisze sztuki teatralne, angażuje się w różne projekty teatralne, a w 2023 roku wydał debiutancką powieść Das pinke Hochzeitsbuch (Różowa książka ślubna, przeł. autorka tekstu), w której opisuje swoją traumę z dzieciństwa. Rodzice wraz z młodszą siostrą wyjeżdżają na wakacyjny urlop zagraniczny, który okazuje się ucieczką z kraju na zawsze. On zostaje sam z babcią na rok. Nikt go na to nie przygotował, nikt z nim o tym nie rozmawiał. Stał się kartą przetargową – nikt z władz nie przypuszczał, że rodzice nie wrócą, skoro w ojczyźnie zostało dziecko. Gdy rodzina znów jest razem, wszyscy udają, że nic złego się nie wydarzyło – chłopiec musi się nauczyć języka niemieckiego i jak najszybciej zintegrować. Tęskni za Polską, ale przede wszystkim za babcią, z którą więź podczas rozłąki z rodzicami stała się niezwykle mocna. Również w tym przypadku doszło do konfliktu z rodzicami i próby odnalezienia polskiej tożsamości. Podczas spotkania rozmawiam z pisarzem po polsku, nie czuje się on w nim bardzo swobodnie, mówi powoli, ale nie chce przejść na niemiecki, choć mu to proponuję. W czasie przerwy w studiach medycznych w Heidelbergu zaczął studiować filozofię, poszukiwać siebie i własnego języka: „Czułem się głupi, mogę tak śmiało powiedzieć. Nie umiałem rozmawiać z ludźmi, coś mnie blokowało. Nie umiałem opowiadać o sobie, o tym, skąd pochodzę, kim w ogóle jestem. Dopiero pisząc, zacząłem używać swojego języka. Piszę po niemiecku, ale ten język ma moje rysy. Czuję się człowiekiem, który dostał szansę, aby pisać. To mi pomaga. Pisząc, czuję się jak w domu”2.
Kolejny autor, który poczuł, że ma potrzebę opisania swoich przeżyć z dzieciństwa i chęć powrotu do polskiego krajobrazu w Niemczech lat osiemdziesiątych
Ostatnią powieścią, o której należy wspomnieć przy tej okazji, jest wydana również w ubiegłym roku książka Mariusza Hoffmanna Polnischer Abgang. W dosłownym znaczeniu tytuł można przetłumaczyć jako „Polski odjazd”, jednak w języku niemieckim jest to odpowiednik polskiego „wyjścia po angielsku” – bez pożegnania czy uprzedzenia, nagle. I o tym jest ta książka. Rodzice kilkunastoletniego bohatera pakują się i bez słowa pożegnania z rodziną wyjeżdżają do Niemiec. Oficjalnie chcą jedynie odwiedzić babcię w Hanowerze, która wysłała im do siebie zaproszenie. Do babci jednak nigdy nie docierają, ku wielkiej rozpaczy związanego z nią chłopca. I w tym przypadku, podobnie jak w książkach Zybowskiego i Bokowskiego, poznajemy początki emigracyjnego życia opisane z perspektywy nieświadomego niczego dziecka. Rodzice zajęci biurokracją, nauką języka, szukaniem mieszkania, zapominają o potrzebach tęskniącego za swoimi przyjaciółmi i rodziną syna. Miesiące w ośrodkach dla uchodźców, pokora i cierpliwość, których się muszą uczyć, a przede wszystkim start od kompletnego zera to główne motywy powieści.
Opisane książki nie mają na celu uderzenia w niemieckie struktury polityki integracyjnej, ukazują raczej, jakim kosztem odbyła się asymilacja tysięcy polskich rodzin przybywających do Niemiec. Szybka, bezkonfliktowa, cicha i niewidoczna integracja Polaków była ułudą – pozostawiła za sobą pokolenie ludzi z problemami tożsamościowymi, kompleksami. Szukają swoich korzeni, uczą swoje dzieci mówić po polsku, choć sami nie czują się już pewnie w tym języku. O tym, zdaje się, chcą pisać dzieci migrantów: o cenie, jaką zapłacili oni i ich rodzice za to, że są Niemcami. O dzieciństwie, które nie było takie proste, o Polsce, która choć szara, brudna i komunistyczna, została we wspomnieniach jako ojczyzna, którą opuścili ich rodzice po to, by im się lepiej żyło, i po to, by za nią już na zawsze tęsknić. Bo nie da się już wrócić do tej Polski z dzieciństwa.