06/2021

Maciej Wnuk

Nieprzygotowanie

Jeżeli przez dziesięć lat obróciłaś w dłoniach setki pudełek leków, jeżeli znasz na pamięć nazwy substancji czynnych i „atorwastatyna” mówisz z taką łatwością jak „dzień dobry”, jeżeli leki trzymasz w walizkach, zmagazynowane i na czarną godzinę, jeżeli nawigujesz po mieście od gabinetu do gabinetu, witając się z lekarzami po imieniu, jeżeli wiesz, jakie działanie ma kwas acetylosalicynowy i potrafisz rozczytać nawet najgorzej nabazgraną receptę, to chyba możesz mówić o sobie, że jesteś farmaceutką. Jesteś farmaceutką – bez studiów ani kwalifikacji, ale z dziesięcioletnim stażem ciągnącym się od dnia, w którym twoja mama wylądowała twarzą na chmurce drożdżowego ciasta. Upadła w miskę, złożyła głowę jak na poduszce, nawet bez westchnienia, bezszelestnie po prostu. Drożdże rosły od ciepła jej polików. Zastałaś ją taką – obrosłą ciastem i sparaliżowaną. Bełkotała słowa przez zdrętwiałe usta. Dopiero później, już w szpitalu, przyszło ci do głowy, żeby zapytać, dlaczego mama tak dziwnie mówi, panie doktorze? Potrafi pan powiedzieć, kiedy jej to przejdzie?

Nie przeszło jej do dzisiaj i nigdy nie będzie już lepiej. Tego jednak nie wiesz, chociaż tak przypuszczasz. W pacjencie musi być wola życia, chęci do leczenia, bez nich poprawy nie będzie. To usłyszałaś w gabinecie, od lekarza wyjaśniającego skutki niedokrwienia mózgu. W twojej mamie nie ma żadnej z tych rzeczy. Kiedy ją odwiedzasz, widzisz, jak kiwa głową do rytmu zegara. Jakby coś odliczała, każdym skinieniem znaczyła mijającą sekundę. Do czego tak odlicza? Tego nie jesteś pewna, ale masz przypuszczenia. Jeździsz więc do niej codziennie, zawsze tą samą drogą, często bez żadnej potrzeby. To jest twój wybieg i jedyna trasa, jak to drzewo w okolicy, pod które prowadza się psa. Tylko tam i z powrotem. Wakacji w tym roku nie będzie, myślisz, kiedy dociskasz sprzęgło do końca.

Jedziesz przez najstarszą dzielnicę, tę, w której kiedyś mieszkali Żydzi. Zostały jeszcze ich drewniane domki. Pobudowane na kilkadziesiąt lat przed Himilsbachem i przed tym, jak herbem została leliwa. Jesteś na przejeździe, jedziesz przez chwilę na wstecznym. Wyjechałaś stanowczo za daleko, szlaban by rąbnął ci w maskę. Czekasz. Czekasz długo, bo to jedyna droga przez tory, więc wyboru żadnego, a minuty mijają. Czekasz długo, bo mieszkasz w małym miasteczku, a w małych miasteczkach na wszystko trzeba czekać długo. Stoisz, stukasz palcami w krążek kierownicy i myślisz, że w dupie masz małe miasteczka. Powinnaś wciąż teraz pracować. Jakie będzie moje alibi?, myślisz. Powiem, że wyskoczyła mi aktualizacja systemu, tłumaczysz sama do siebie. Albo że… Dzwoni telefon. Raz, drugi, trzeci, po trzecim sygnale odbierasz. Halo? Tak, mamo, właśnie jadę, jestem na Siennickiej. Wzięłaś leki z przegródki „po obiedzie”? Tak, jest druga czterdzieści. Druga czterdzieści po południu, nie w nocy. Mamo… Szlaban idzie w górę, jedziesz.

Myślisz, że jesteś szorstka. Że głos masz jak przeciągnięty po tarce. Nie powinnam była… mogłam to powiedzieć lepiej, inaczej, powtarzasz. Niczego w tej materii nie zmienisz, bo jesteś nauczycielką, a nauczyciele tak już po prostu mają. Używasz tego głosu codziennie. Włączasz laptopa i od razu Program. Wszystko jest po angielsku, ale ze szkoleń, które oglądasz w nocy, wyciągasz na tyle dużo, żeby sobie poradzić. Masz nowe narzędzia pracy i nowy rozkład dnia, dzieci są tylko te same i witasz je zawsze z uśmiechem. Pytają, czy słychać, czy nie słychać, a czy widać? Widać. Lekcje zaczynasz od pracy domowej, której nikt ostatnio nie robi, a potem odpytujesz z tabliczki mnożenia.

– Sześć razy cztery?

– Osiemnaście.

– Trzy razy osiem?

– Dwadzieścia jeden.

– Dziewięć razy siedem?

– Osiemdziesiąt dziewięć.

Z krztą żalu wciskasz przycisk z dwójką na klawiszu. Ocena wskakuje w przegródki. Dwója, bo jedynek nie stawiasz. Nie że nie chcesz, po prostu nie możesz. Z jedynek musiałabyś się tłumaczyć u dyrektora. Brak promocji do kolejnej klasy to kłopot, którego wolałabyś uniknąć.

Wyklikujesz frekwencję w dzienniku, pomiędzy lekcjami masz krótkie przerwy dla siebie. Zaczynasz więc pisać raporty. Sprawozdania. Oceny. Nadzoru pisać nie musisz, ale mimo wszystko piszesz, bo chcesz ten dodatek motywacyjny. Chcesz?, pytasz sama siebie. Chcę, opowiadasz. Zbierasz na studia Agnieszki.

Dostajesz dzisiaj dwójkę, mówisz. Głos jak przeciągnięty po tarce.

Zamykasz laptopa tuż po zajęciach i jedziesz od razu do mamy. Auto, sprzęgło, jedynka. Domki po Żydach wzdłuż ulic. Leki dokładasz ty, bo tylko ty potrafisz je wszystkie spamiętać. Co tydzień napełniasz mamie organizer na proszki i dzisiaj nie będzie inaczej. Brakuje dabigatranu i bisoporolu, więc najpierw do apteki z receptą. Do tej przy szpitalu, w niej wszystko mają od ręki. W innych trzeba zamawiać i czekać, tak jak na wszystko w takich małych miasteczkach. Pradaxa sto pięćdziesiąt mikrogramów i concor dwa opakowania. Nie zapomnisz. Dopisujesz też paracetamol w tabletkach, bo nigdy nie wiadomo. To będzie dwieście dwadzieścia złotych, dużo, ale najwyżej weźmiesz z motywacyjnego, przecież zdrowie jest najważ… Tak, jest druga czterdzieści. Druga czterdzieści po południu, nie w nocy. Apteka, apteka, powtarzasz, żeby nie zapomnieć. No ale przecież nie zapomnisz.

[…]


[Dalszy ciąg można przeczytać w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.