Fabuła Wyroku jest prosta: dwaj bandyci, Strzelecki i Majda, muszą zabić szpicla, który ukrywa się w górskiej wiosce. Rozpoczyna się pościg, a raczej żmudne tropienie ofiary, odbijanie się od drzwi do drzwi, krążenie od pogłoski do pogłoski i codzienna walka z głodem. Jest zima – w górach czas zawieruchy śnieżnej i wojennej; sceneria trochę jak z filmu Henryka Kluby Słońce wschodzi raz na dzień tudzież z Siekierezady Witolda Leszczyńskiego. Strzelecki i Majda – dwaj bandyci z krwią na rękach, trochę straszni, a trochę żałośni; w gruncie rzeczy dwa nędzne pachołki, które mają do wykonania wyrok śmierci. Przecierają szlaki i rozgarniają zaspy ze ślepym posłuszeństwem szeregowych, którzy prędzej daliby się pogryźć dzikim zwierzętom, niż odpuściliby zlecone im zadanie.
Taka to wojenna buchalteria: „coś za coś, a najczęściej oko za oko”; prawo talionu z kodeksu żołnierskiej etyki. Skoro dawniej ich samych wydobyto z kleszczy śmierci, teraz oni muszą wypełnić rozkaz człowieka, któremu zawdzięczają życie. Bez filozoficznych wahań – „To było pewne. Bardziej niż Bóg i zło, bardziej niż szkop, niż trupy”. Świat górskich wiosek, mały jak zaciśnięta pięść, ogromnieje, gdy trzeba znaleźć w nim zbiega i wtykę, o którym wie się niewiele ponad to, że nosi na plecach wyrok śmierci. Trzeba go zabić nie z osobistej urazy, ale w imię posłuszeństwa temu, z kim należy wyrównać rachunki splamione dawną zażyłością.
Szatrawska buduje beckettowski dramat dwóch postaci, przeciwstawnych sobie charakterem, lecz osadzonych w karcerze przymusowej wspólnoty. Dwaj skazani na siebie wojenni kamraci, zbłąkani kuzyni Vladimira i Estragona z Czekając na Godota. Strzelecki – młodszy i rozważniejszy, o bardziej refleksyjnym usposobieniu; Majda – „wiecznie wygłodzony i żądny łupu”, porywczy i krewki, chodzący na udry z byle powodu. Para z piekła rodem, ogień i woda połączone węzłem wyroku.
Myliłby się ten, kto widziałby w powieści Szatrawskiej kolejny kryminał wojenny, choćby pokroju Wyroku na Franciszka Kłosa Stanisława Rembeka (mimo że twarz Mirosława Baki, odgrywającego rolę Kłosa w ekranizacji Andrzeja Wajdy, jakoś automatycznie przychodzi na myśl, gdy czyta się o Strzeleckim). Jeżeli pewną sygnaturą kryminału jest szybkość lektury wynikająca z suspensu i przejrzystość języka, który ułatwia przedzieranie się przez akcję, to Wyrok sytuuje się na przeciwległym biegunie gatunkowym – między ludową balladą a powieścią łotrzykowską. Jeśli jest to kryminał, to raczej poetycki, w którym nie chodzi o to, czy na końcu kropną szpicla. Rozwiązanie zagadki jest tu wtórne, ważniejszy jest język, który czerpie trochę z pieśni dziadowskiej, a trochę z tradycji pikarejskiej.
Szatrawska układa piętrowe metafory, sypie porównaniami, nie stroni od opisów przyrody i filozoficznych stop‑klatek. Pierwsza scena Wyroku, w której bohaterowie wstają o świcie w sennych majakach, nie wiedząc jeszcze, kim są ani dokąd zmierzają, jako żywo przypomina fragment Rękopisu znalezionego w Saragossie Jana Potockiego, w którym Alfons van Worden budzi się nagle pod szubienicą, myśląc, że trupia czaszka to głowa tuniskiej księżniczki. Aż chciałoby się powtórzyć za Winnie, bohaterką Szczęśliwych dni Becketta – „Another heavenly day”, znów zaczyna się „cudowny” dzień, pełen poszukiwań, śmiertelnego niebezpieczeństwa, głodu i żebrów.
Wyrok osuwa się czasem w powieść łotrzykowską, z łotrami straszniejszymi niż Łazik z Tormesu, zbójami mniej intelektualnymi niż ten walserowski, a jednak – nie wiedzieć, dlaczego – chciałoby się ich trochę rozgrzeszyć, zrzucić winę na historię i górską niepogodę. „Tliła się gdzieś myśl nieznośna, że na końcu, gdy zbliżał się już walec historii, tak właśnie trzeba. Nie z osobistej urazy, nie z gniewu, nie dla gwałtu i terroru, tylko na rozkaz kogoś, za kim niósł się szmer podziwu, nawet jeśli zyskanego zniszczeniem”. W końcu nie wiadomo, czy brak osobistej urazy i gniewu może być okolicznością łagodzącą, i o tym właśnie, w warstwie etycznej, jest Wyrok.
Szatrawska prowadzi tę historię pod sam stryczek, nie poddaje się mitowi górskiej bandyterki („bandyta to nie gieroj”). Postaci więc bywają niejednoznaczne; zwykłe łobuzy mają przecież swoje przeszłe traumy, bolesne zaszłości i da się ich, przy odrobinie dobrej woli, po ludzku usprawiedliwić. Gdy czyta się zdania takie jak: „Prawda koncept miejski. W górach tylko własna dupa”, wiemy już, że nie nam, ludziom z miejskich nizin, ferować wyroki. „Kto się z gołą skałą nie starł, ten pięknoduch, w miękkości miejskich piernatów, w łagodnych liniach nizin chowany”. Bo kto nie był ni razu góralem, temu góry swej prawdy nie zdradzą.
Wyrok w tej powieści zapadł już na początku, w inicjującym wielokropku: „…ał świt pod powiekami”, który dopełnia ostatnie zdanie książki: „I wtedy pada. Strz…”. Tak zamyka się koło historii: człowiek strzela, góry kule noszą. Kto był na wojnie bez winy, niech pierwszy rzuci kamień – sugeruje Szatrawska, a może to tylko szumi halny. W końcu góry nie są tylko niemym świadkiem zdarzeń. Przestrzeń w ogóle gra tu pierwsze skrzypce, trochę jak w Ósmym dniu tygodnia Marka Hłaski, gdzie zniszczone wojną miasto odbiera młodym nadzieję na miłość i decyduje o ich dalszych losach. Tutaj funkcję „trzeciego aktora” pełnią góry, czasem Sierra Morena, a czasem Karkonosze, równie metafizyczne, co niebezpieczne. Prawdą gór, mówiąc z wysoka, jest „życie za życie”, bezwzględna walka o byt, która nie oszczędza nikogo.
Portret skazanego na śmierć literatura opracowała już nazbyt dobrze. Franz Kafka, autor najsłynniejszego w dziejach Wyroku, wielokrotnie badał metafizykę samego skazańca. Podobnie jak w Salcie Tadeusza Konwickiego, gdzie Kowalski/Malinowski grany przez Zbigniewa Cybulskiego ucieka przed „złymi ludźmi”, odtwarzając w wyobraźni sceny przyszłej egzekucji. Szatrawska wywraca na nice tak postawiony problem – zajmuje się, trochę przekornie, tymi, co przynoszą śmierć. Ma w tym sprzymierzeńca w innym filmie Konwickiego, Jak daleko stąd, jak blisko, który rozpoczyna się wyznaniem: „Za osiemdziesiąt sześć minut zabiję pewnego człowieka”. Nie zdradzę, proszę wybaczyć, czy Majda i Strzelecki szpicla dopadną. Od początku bowiem chodzi o drogę bohaterów do zleconego morderstwa, o traumę minionych lat wojennych oraz zaschniętą krew na własnych i cudzych rękach. Nie ma złudzeń – „walec historii” rozjedzie hale i połoniny, swołoczy nie oszczędzi, w swej biblijnej wspaniałomyślności z ostatnich uczyni pierwszych, a z pierwszych ostatnich. Przy końcu Wyroku „sprawiedliwość” nierychliwie wyrówna rachunki między złymi i dobrymi, łotrami i ich ofiarami, co dodatkowo wzmacnia moralny wydźwięk całej książki.
Powieść Szatrawskiej to przede wszystkim jednak próba stylu – zderzenie wiejskiej gwary z poezją, co w polskiej literaturze często dawało zachwycające rezultaty, jak, dajmy na to, w prozie Tadeusza Nowaka czy dramatach Wiesława Myśliwskiego. Jeszcze w debiutanckiej Toni autorka skupiała się głównie na opowiadaniu historii, przedstawiała zawiłe dzieje Prus Wschodnich i mierzyła się z zagadnieniem tożsamości ludzi pogranicza. To zresztą jej ulubione tematy; wystarczy przypomnieć sobie dramat o „osiemnastowiecznym” tytule Żywot i śmierć pana Hersha Libkina z Sacramento w stanie Kalifornia, biorący na warsztat historię polskiego Żyda, który przeżywa swój amerykański sen à rebours, zostając oskarżonym, na fali maccartyzmu, o kolaborację ze Związkiem Radzieckim. Stałe motywy Szatrawskiej – wojna i zmącona tożsamość narodowa – w Wyroku nie są już na pierwszym miejscu, choć są przecież obecne jako tło moralnych przemyśleń o posłuszeństwie i rodzącym się złu.
Nie znajdziemy tu postaci bliskich sercu, jakie spotykało się jeszcze w Toni, z którymi można się bez przeszkód utożsamić (zapadają w pamięć Alicja i Jarek, którzy zmagają się z, wówczas bardzo aktualnym, problemem „zielonej granicy”). W końcu niewiele wiemy o Strzeleckim i Majdzie – są raczej tubami dla języka Szatrawskiej, pretekstami do napisania kolejnego chwytliwego zdania. Motorem tej prozy jest styl – mieszanka górskiego dialektu, potocyzmów i archaizmów, zagęszczona pompatycznymi metaforami, które – oto ich próbka – „wybuchają ciemną ekstazą, rozświetlając […] życie knajackim splendorem”. Bohaterowie „pławią się w majestacie własnego zbydlęcenia”, wybierają „drogę wyboistą, wykuwają ją w skale, a jej imię było hańba”. Użyte raz po raz regionalizmy (głównie z gwary sądeckiej i podkarpackiej) nie rażą, podobnie jak dosadność mowy z wiejskiego chowu, połączone z lirycznymi partiami o górach, które podnoszą tę dość konwencjonalną fabułę do rangi poetyckiego kryminału.
Prześladuje mnie jednak myśl, że historia ta opowiedziana w trybie sprawozdawczym okazałaby się zaledwie zalążkiem powieści. W końcu większość zdań tej książki służy głównie prezentacji zdolności stylistycznych autorki:
Jeśli chodzi o samą treść, o bohaterach czytamy raczej mało sugestywne ogólniki: „Strzelecki nieco od Majdy młodszy, ale ostrożniejszy i mniej skory do decyzji podejmowanych gwałtem i spełnianych pochopnie. Z surowym dzieciństwem i nie lepszą przyszłością”. Różnice między nimi kwituje się tak: „Ogień i woda. Żywioł i głowa”. Uproszczenia to chyba zbyt westernowe (a może trafniej: „easternowe”), by czytelnik zaangażował się w opowieść, do czego jednak zachęca kryminalna intryga.
Szatrawska snuje dość oczywiste refleksje wokół maksymy „Inter arma silent leges” i prezentuje zarys wiejskich obyczajów, skądinąd dobrze znanych z literatury i kina powojennego. Wojna na wsi wygląda tak: „Ludzie strzelali się, zagarniali chałupy i pastwiska, dźgali się widłami, porywali baby, uciekali z babami, a jak kto porywszy, to i mord się przytrafił, i pożoga”. Zdanie pierwsza klasa, tylko, chciałoby się powiedzieć – dowiadujemy się jedynie tego, co już dawno wiemy skądinąd. Wciąż powtarza się natchnione frazy o potędze i zmienności gór, wzięte jakby od Jerzego Harasymowicza: „kapryśny ten górski żywot, niczego nie przewidzisz”. O wojennej przyjaźni dostajemy jedynie zgrabny aforyzm, że „z lęku powstała i w lęk się obróci”. O szpiclu wiemy tyle, co o Godocie: „żyw czy nieżyw, kolaborant czy bohater, co kto gębę otworzył, zaraz inna śpiewka”. O Bogu trochę więcej, zwłaszcza tym ludowym, którego chciałoby się przekupić wotywnym obrazkiem i „frymuśną koronką”. Rozmyślania o egzystencji nie wykraczają poza ogólnohumanistyczne uwagi: „Ludzie wszędzie ci sami, tak samo do chwały zdolni, jak i do zdrady”. A na końcu niepotrzebne zdaje się ujednoznacznienie wymowy książki, gdy Majda wykrzykuje: „To na nas jest wyrok, na nas! Był na nas od początku”. Zawołanie tyleż beckettowskie, co zbędne, bo fabuła sama przecież wskazuje na to, że wyrok na wojnie nie jedno ma imię.
Owszem, Szatrawska wyważa otwarte drzwi, ale dekoruje je tak misternie, że można chyba wybaczyć oberwane zawiasy. Polszczyzna Wyroku robi wrażenie, mimo że, pisana na jednym stylistycznym oddechu, po pewnym czasie zaczyna powszednieć. Połączenie gwarowej szorstkości z parabolicznym, często biblijnym patosem to nienowy wynalazek w polskiej prozie, choć dzisiaj wykorzystywany już z rzadka. Wyrok to książka stylistycznie sprawna, chciałoby się powiedzieć „poprawna”, mając w pamięci takie literackie dokonania jak, dajmy na to, Wniebogłosy Tadeusza Nowaka. Szatrawska korzysta z wypracowanej (między innymi właśnie przez Nowaka) frazy ludowej ballady i pieśni dziadowskiej; zderza liryzm z wiejskim i wojennym realizmem, podkręca wątki łotrzykowskie i oto dostajemy, stylistycznie fortunny, „kryminał poetycki”. Miejscami jest on jednak intelektualnie zbyt oczywisty, może czasem wręcz nachalny w moralnych dywagacjach o posłuszeństwie i sprawiedliwości wojennej, pisany tak, jakby, mówiąc za Psalmem sielankowym Nowaka, „nigdy nie było / Kurzej szyi pod nożem / Białej brzozy pod piłą”.
