04/2022

Samuel Tchorek-Bentall

Nikt nie spodziewa się hiszpańskiej rewolucji

I
Zimą 1936 roku George Orwell opuścił Anglię, aby walczyć z faszyzmem. W drodze do Hiszpanii zatrzymał się na jeden dzień w Paryżu, gdzie spotkał się z Henrym Millerem. Ten nie miał najmniejszego zamiaru towarzyszyć na froncie swojemu koledze po piórze, uważając jego szlachetne przedsięwzięcie za wymysł idioty: bo niby jak można bronić wolności z poczucia obowiązku? Obowiązek jest przecież zaprzeczeniem wolności! Jeśli walczysz o wolność, ponieważ czujesz, że zmuszają cię do tego twoje przekonania, już jesteś zniewolony. Niewątpliwie należy bronić wolności przed każdą szarżą przymusu, ale walka z faszyzmem – wszystkie jej kolektywne zrywy i przewlekłe służby – może okazać się równie sprzeczna z osobistą wolnością (jedyną jej formą, która ma jakiekolwiek znaczenie), jak walka faszystów z „czerwoną plagą”. Zresztą cywilizacja, zdaniem Millera, tak czy inaczej schodziła na psy i żadne chwackie wyczyny harcerzyka z Londynu nie mogą nic na to poradzić. Dla Orwella natomiast wolność i demokracja szły ręka w rękę, podtrzymując się wzajemnie i wspólnymi siłami goniąc za szczęściem. Pisarz nie miał zatem żadnych wątpliwości, że zmierzch demokracji i triumf faszystowskiej woli z konieczności oznaczałyby zmierzch wolności, w tym także wolności awangardowych artystów, którzy mieszkali sobie wygodnie w Paryżu.

Być może Orwellowi udało się częściowo przekonać Millera do swych racji, skoro ten oddał mu swoją sztruksową kamizelkę, stwierdzając, że będzie ona stanowiła jego wkład w walkę o wolność Republiki Hiszpańskiej. Nie jest to jednak pewne, gdyż Henry prawdopodobnie oddałby mu swoją kamizelkę nawet wtedy, gdyby George jechał na wojnę walczyć po stronie generała Franco.

Już 26 grudnia Orwell był w Barcelonie, którą od lipca tego samego roku kontrolowali anarchiści i inni rewolucjoniści. Tam – zgodnie z sugestią Johna McNaira, reprezentanta brytyjskiej Niezależnej Partii Pracy (Independent Labour Party) – udał się do baraków bojówki POUM (Partido Obrero de Unificación Marxista), czyli partii komunistycznej niepodległej Związkowi Sowieckiemu, który znajdował się natenczas w objęciach Wielkiego Terroru. (Ta w gruncie rzeczy przypadkowa okoliczność miała zaważyć na całej późniejszej karierze Orwella).

Reszta tej historii należy już do orwellowskiego mitu. W hołdzie Katalonii rozpoczyna się od opisu anarchistycznej lekcji sztuki wojennej w barakach Lenina, a kończy tak jak niejedna dwudziestowieczna historia: gorzką rozprawą z kłamstwami stalinowskich komunistów. Na początku romansu Orwella z Katalonią, w grudniu roku 1936, Barcelona była jedynym większym miastem w Europie, w którym klasa robotnicza faktycznie znajdowała się u steru władzy. Wszystkie pokaźne budynki zostały już skolektywizowane, a kościoły doszczętnie ograbione albo nawet zrównane z ziemią. Na murach widniały sierpy, młoty i inicjały partii ludowych, a także plakaty głoszące zwycięstwo rewolucji; nikt nie zwracał się do nikogo w formie grzecznościowej; żaden kelner ani windziarz nie umizgiwał się do swoich klientów w nadziei na swój mizerny napiwek. Wszyscy ubrani byli w stroje robotnicze albo w mundury bojówkarzy.

Obraz Barcelony, który Orwell namalował na pierwszych stronicach W hołdzie Katalonii, jest tak sugestywny i tak uwodzicielski, że każdy wychowany we wschodniej Europie czytelnik niechybnie zaczyna podejrzewać, że autor musiał paść ofiarą jakiejś przebiegłej propagandy komunistycznej – w końcu deskrypcja ta nie różni się za bardzo od licznych opisów Moskwy z tego samego okresu, które wyszły spod piór innych zachodnioeuropejskich romantyków. Poza tym czy Orwell sam nie przyznał, że wiele z tego, co wtedy zobaczył, nie rozumiał?

A jednak nie udało się późniejszym dziejopisarzom wykazać, że przez tę jedną chwilkę, gdy ciemny wiek dwudziesty zbliżał się do północy, nie rozbłysła w Katalonii niekłamanym światłem iskra wolności. To prawda, że Orwell wielu rzeczy nie zrozumiał, a inne, o których myślał, że je zrozumiał, w rzeczywistości rozumiał częściowo albo opacznie. Był nieświadomy skali przemocy, która towarzyszyła przewrotowi społecznemu we wcześniejszych miesiącach konfliktu: pozasądowych egzekucji, grabieży, gwałtów i napaści dokonanych na domniemanych wrogach ludu. Nic nie wiedział (co mądrzy historycy lubią mu zarzucać) ani o przyczynach wybuchu wojny domowej, ani o trudnych dziejach młodej Republiki Hiszpańskiej. Nie zdawał sobie sprawy, że już wtedy, w grudniu, nasilały się napięcia między katalońskim rządem z jednej strony, czyli tak zwaną La Generalitat, która stanowiła chwiejną koalicję wszystkich ugrupowań antyfaszystowskich, a POUM i anarchistami z drugiej. Nie wszyscy robotnicy pragnęli rewolucji i nie wszyscy członkowie anarchistycznych związków zawodowych wstąpili do nich z pobudek światopoglądowych – często o wiele bardziej liczył się dla nich dostęp do opieki medycznej czy domów komunalnych. Nigdzie Orwell nie wspomniał, że znaczną część mieszkańców Barcelony stanowili w owym czasie uchodźcy, dla których z wielkim trudem można było znaleźć zakwaterowanie oraz wyżywienie i którzy z tego powodu przyczyniali się do spotęgowania już obecnych w mieście konfliktów społecznych. Mimo to nie można powiedzieć, że Orwell po prostu dał się zwieść. Może i miał rację Juan Negrín, że był „idealistyczny i weltfremd [nieżyciowy]”, lecz kiedy natychmiast, jak mówił, rozpoznał w rewolucyjnej Barcelonie stan rzeczy, który zasługiwał na obronę, był mniej oderwany od rzeczywistości niż przytłaczająca większość „życiowych realistów” jego czasów.

II
Orwell bronił rewolucji nie tylko swoim piórem, ale także niesprawnym karabinem Mauser sprzed Wielkiej Wojny, przez sto piętnaście dni służąc na aragońskim froncie w bojówce POUM, choć przez większość tego czasu wydawało mu się, że nie robił nic. Pierwszą partię W hołdzie Katalonii stanowiłyby więc tradycyjne wspomnienia wojenne, gdyby Orwell nie uparł się, by głównymi bohaterami tej części jego opowieści zostały chłód, brud i głód. Pisał o chaosie panującym w barakach – w których kilkunastoletni rekruci przechodzili swoje całkiem bezsensowne szkolenie – o stosach rozbitych mebli, o złamanych siodłach i mosiężnych hełmach kawaleryjskich, o pustych pochwach na szable i gnijącym jedzeniu. We wsi Alcubierre, mniej więcej trzy mile od linii frontu, widział ulice przeorane morzem błota, kościół przemieniony w latrynę i zimowe ścierniska ze skorupami ludzkiego łajna na ich brzegach. Zapamiętał szczególny zapach wojny: nie zapach napalmu o poranku, lecz zapach ekskrementów i rozkładającego się pożywienia, który unosił się z głębokiej kupy skórek chleba, odchodów i zardzewiałych puszek rzuconych w rozpadlinę za pozycją bojowników. (Andrés, jeden z komunistycznych partyzantów w drugim największym micie hiszpańskiej wojny – w Komu bije dzwon Hemingwaya – twierdził, że słowa anarchistów były często bardzo piękne i przyjemne dla ucha, chociaż samych anarchistów nie lubił. Sądził, że wolność nie polega na zostawianiu wszędzie własnego brudu. „Żadne zwierzę nie cieszy się większą wolnością niż kot, ale on zakopuje swoje brudy. Kot jest najlepszym anarchistą. Póki anarchiści nie nauczą się tego od kota, nie mogę ich szanować”).

Zimą na froncie aragońskim o wiele ważniejsze od odległego na siedemset metrów wroga było drewno na opał (a raczej jego brak). Faszystowskie kule mogły trafić w swój cel jedynie przypadkiem, za to mróz przeszywał kości niczym strzała Apollona. Toteż wszystkie wspomnienia Orwella z tamtego okresu wiązały się, jak utrzymywał, z buszowaniem na urwistych zboczach wzgórz wapiennych w poszukiwaniu maleńkich gałązek krzaków rozmarynowych czy kolcolistnych. Zdarzało się wówczas wrogowi strzelać do niego z przeciwległego wzniesienia, ale strach przed chłodem zawsze przeważał w nim nad obawą przed postrzałem.

Za to do wszechobecnego brudu Orwell, bywalec paryskich kuchni restauracyjnych i londyńskich hosteli dla bezdomnych, rychło się przyzwyczaił. Po dwóch dniach na froncie zasypiał już smacznie w swoim przyodziewku. Jadł bez narzekania z tego samego metalowego kubka, w którym się mył. Nauczył się omijać w ciemną noc odchody walecznych rewolucjonistów, którzy bali się opuszczać swoje okopy. Nie miał do nikogo żalu o to, że przez osiemdziesiąt dni udało mu się zdjąć swoje ubrania tylko trzykrotnie. Jedynie wszy i szczury odbierały mu nieco wolę walki. Wesz ludzka (Pediculus humanus), przypominająca trochę swoim kształtem malutkiego homara, od marca, kiedy tylko pogoda odrobinę się ociepliła, zamieszkała na stałe w jego portkach i nie dawała się wyeksmitować za żadne skarby. Orwell sugerował w związku z tym pacyfistom, żeby do swoich pamfletów dołączali powiększone zdjęcia wszy. Mogliby wtedy za nim powtórzyć: „Żołnierzom, którzy walczyli pod Verdun, pod Waterloo, pod Flodden, pod Termopilami – wszystkim bez wyjątku łaziły wszy po jądrach”. Przed szczurami odczuwał szczególny lęk, o czym każdy, kto przeczytał Rok 1984, musi pamiętać. Jeden z jego towarzyszy broni opowiedział po latach, jak pewnego wieczoru Orwell stracił nad sobą panowanie i zastrzelił szczególnie wścibskiego szczura, który od dłuższego czasu dawał mu się we znaki. Eksplozja wewnątrz jego wykopu wywołała tak wielkie zamieszanie, że cały front po obydwu stronach wkroczył do akcji, co zakończyło się zrujnowaną kuchnią polową i dwoma zniszczonymi autokarami. Sprawca tych szkód pominął ten epizod w swoich wspomnieniach wojennych.

Orwell uważał, że namacalna prawda gówna i wszy łonowych posiadała swój własny romantyczny czar, który znacznie lepiej nadawał się do wzbudzania w sercach rewolucyjnego entuzjazmu niż jakiekolwiek obrazki deklamatorskich pismaków. Widział jasno nędzę rewolucyjnej armii i groteskowość wojny, w której uczestniczył. Wiedział aż nazbyt dobrze, że nie można było uznać za prawdziwą armię bandy niepełnoletnich analfabetów, która pozbawiona była podstawowego sprzętu wojskowego, nie posiadała jakiegokolwiek przygotowania do wojny okopowej i więcej szkód wyrządzała samej sobie niż wrogowi. Czym były siły uzbrojone w karabiny, naoliwione tłuszczem z boczku, z których dziewięć na dziesięć nadawało się wyłącznie na złom? Czym była wojna, na której zamiast strzelać do wroga pociskami, rzucało się na niego oszczerstwa przez megafon? Jaki z niego, Orwella, był żołnierz, skoro w przeciągu trzech tygodni na froncie zużył tylko trzy pociski – na marne? Angielscy ochotnicy mawiali, że nie brali udziału w wojnie, ale w pantomimie. Pociski artyleryjskie tak często nie wybuchały przy zderzeniu z ziemią, że obydwie strony często zwracały je do nadawców tą samą drogą, którą przyszły. Chodziła pogłoska, że jeden taki pocisk, który posiadał nawet własny przydomek, wędrował sobie co dzień wte i wewte, nigdy nie eksplodując.

A jednak, jak w niejednej kunsztownie zagranej pantomimie, taił się w tej udawanej wojnie dyskretny urok, który zdołał odurzyć całe pokolenia czytelników nieskorych z reguły do podziwiania osiągnięć na polu zorganizowanej rzezi – co też sugeruje, że nie tylko nacjonaliści mają skłonność do hołdowania zasadzie gloria victis. Zapewne rewolucyjne bojówki POUM i anarchistów skazane były na klęskę, ale na gruncie tej klęski miała wyrosnąć legenda, która odniosła ostatecznie zwycięstwo – zwycięstwo w walce o pamięć historyczną Katalonii i Europy. Zaskakujące zakończenie dla opowieści o gównie i wszach łonowych.

Te sto piętnaście dni na aragońskim froncie miały dla Orwella znaczenie obrzędu przejścia, który wtajemniczył go w misterium realnego – naprawdę realnego – socjalizmu. Już kiedy spisywał swoje wspomnienia, miał wrażenie, że patrzy wstecz na magiczny okres z zamierzchłych czasów, okres całkowicie oddzielony od smutnych i całkiem pozbawionych magii zdarzeń, które miały miejsce w późniejszych tygodniach i miesiącach. W tym baśniowym świecie prostodusznych bojowników panowała niemal doskonała równość. Nikt nie żył w strachu przed swoimi przełożonymi. Nikt nie musiał wykonywać rozkazów, jeśli sądził, że nie miały sensu. Nikt w tym świecie nie był panem i władcą drugiego człowieka. Przez sto piętnaście dni na aragońskim froncie Orwell należał – czy też wydawało mu się, że należał – do społeczeństwa bezklasowego, w którym nadzieja na lepszy dzień przeważała nad apatią i cynizmem. Kiedy 26 kwietna 1937 roku wrócił do Barcelony, uważał już siebie za wyznawcę. „W końcu naprawdę wierzę w socjalizm, czego wcześniej nie mogłem o sobie powiedzieć”, pisał w liście do przyjaciela. Wcześniej socjalizm był dla niego przede wszystkim kwestią zasad teoretycznych – wierzył w niego, ale nie wierzył naprawdę. Teraz ujrzał go na własne oczy, włożył swój palec w jego pulsujące wolnością ciało i zrozumiał, że jest on drogą i prawdą, i życiem. Teraz bez strachu mógł stawić czoła partyjnym i uniwersyteckim filistynom, którzy dowodzili, że socjalizm nie miał nic wspólnego z ideą równości, a oznaczał jedynie scentralizowaną formę kapitalizmu. W obłych twarzach hiszpańskich robotników, w zimowym mrozie wyżyn Aragonii, w postrzępionych mundurach bojowników, w zapachu moczu i gnijącego chleba znalazł ideał, za który gotów był poświęcić życie.

Jak wiele mitów, także ten nie powstał ze spontanicznej potrzeby uświęcenia umiłowanych osób i ważkiego dziedzictwa, lecz był wynikiem walki sprzecznych narracji w obrębie różnych obozów ideologicznych. Orwell przyznawał otwarcie, że gdy wreszcie poszedł na przepustkę, nie miał zamiaru wracać do tej samej formacji, w której walczył dotychczas. Chciał jechać do Madrytu, gdzie toczyła się prawdziwa wojna między prawdziwymi armiami, a to oznaczało, że musiał wstąpić do utworzonych przez Związek Sowiecki Brygad Międzynarodowych, nad którymi roztaczało swą łaskawą opiekę NKWD. W dodatku sympatyzował w owym czasie z komunistyczną oceną sytuacji politycznej w Republice, reprezentowaną przez PSUC (Partido Socialista Unificado de Cataluña), zgodnie z którą rewolucja społeczna, w której prym wiodły anarchistyczne bojówki i związki zawodowe, musiała ustąpić miejsca działaniom na rzecz wojny z faszystami, w których główną rolę mógł odegrać wyłącznie zjednoczony rząd zdominowany przez komunistów ściśle sprzymierzonych z Moskwą. Było dla niego oczywiste, że gdyby Franco odniósł zwycięstwo, wszystkie zdobycze wywalczone przez klasę robotniczą od lipca 1936 roku zostałyby zaprzepaszczone. Dlatego należało położyć kres rewolucyjnemu chaosowi. Należało stworzyć profesjonalną armię, niezależną od woli jednej (jakiejkolwiek) partii politycznej, z wyraźnie ustaloną hierarchią i nowoczesnym sprzętem wojskowym. Przynajmniej do czasu zwycięstwa z faszystami należało przywrócić rządowi kontrolę nad gałęziami przemysłu, które znajdowały się wówczas w rękach nieudolnych i nieskorych do współpracy anarchistów. Należało uzyskać poparcie zamożniejszych rolników, którzy niechętni byli próbom natychmiastowej kolektywizacji ich ziem, a także przedstawicieli drobnomieszczaństwa, którzy obawiali się utraty swojego drobnego mienia. Aby stłumić rebelię generała Franco, należało wyzyskać pełnię sił drzemiących w hiszpańskim ludzie, a to wymagało centralnej władzy, która zdolna byłaby tymi rozbieżnymi siłami pokierować.

Orwell odrzucił ostatecznie tę analizę, ponieważ miał niezwykle długie stopy. Można wręcz powiedzieć, że długie stopy Orwella odegrały w jego życiu podobną rolę, co długi nos Kleopatry w historii Rzymu: bez nich nigdy prawdopodobnie nie wypełniłby swojego przeznaczenia. Gdyby stopy Orwella były krótsze, nie powstałby nigdy ani Folwark zwierzęcy, ani Rok 1984.

A było to tak: Mając w zapasie jeszcze tydzień wolnego czasu w Barcelonie, Orwell udał się do Hugh O’Donnella, swojego znajomego z brytyjskiej partii komunistycznej odpowiedzialnego za nadzór członków POUM, z prośbą, żeby ten pomógł mu dołączyć do Brygady Międzynarodowej. O’Donnell odniósł się do jego prośby z wielkim entuzjazmem, tak że gotów był natychmiast przedsięwziąć odpowiednie kroki w tym kierunku. Lecz Orwell zmuszony był wstrzymać się na kilka dni od wcielenia w życie swojego planu, gdyż wciąż był nieco schorowany i chciał odzyskać krzepę przed opuszczeniem łagodnej Barcelony, a w dodatku musiał jeszcze poczekać na nową parę butów wojskowych, którą przygotowywali dla niego lokalni szewcy – albowiem nikt w hiszpańskiej armii nie był w stanie znaleźć dla niego obuwia, które pasowałoby do jego olbrzymich stóp. Tak oto został świadkiem najbardziej kontrowersyjnego epizodu całej hiszpańskiej wojny domowej, tak zwanej „wojny domowej wewnątrz wojny domowej”, która miała miejsce w Barcelonie w pierwszych dniach maja 1937 roku.

[…]

[Ciąg dalszy w numerze.]

George Orwell:Homage to Catalonia
Secker and Warburg
London 1938, p. 368 (paperback).

W hołdzie Katalonii
przeł. Marcin Barski
Vis-a-Vis Etiuda, 2021, s. 304.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.