1/2026

Małgorzata Sikora‑Tarnowska

Nikt tego nie sprawdza

Emilia Konwerska to poetka o wyrazistej dykcji, której dwa zbiory wierszy – 112 (2021) oraz Ostatni i pierwszy kajman (2023), oba nominowane do Nagrody Literackiej Gdynia – konsekwentnie podejmowały temat emocjonalności i relacji międzyludzkich, z naciskiem na te kształtowane przez hierarchię płci w późnym kapitalizmie. W „Dwutygodniku” Julia Fiedorczuk zestawiała tę twórczość z poezją Marty Podgórnik i Justyny Kulikowskiej, wskazując na wspólny im cel: eksperymentowanie i komplikowanie sytuacji lirycznej podmiotek (notabene diagnozę tę można by z powodzeniem rozciągnąć na kilka innych współczesnych poetek, ale tym razem nie o nich). „Mam wrażenie, że Konwerska mówi z jakiegoś zupełnie nowego miejsca – pisała Fiedorczuk o drugim zbiorze – dzięki czemu czytelniczka wchodzi do tych wierszy z nowej strony i pod dziwnym kątem”. Wpisawszy swoją lekturę w ramy socjologicznych teorii uczuciowości w (późnym) kapitalizmie, krytyczka podsumowywała jej efekty następująco: „Wracamy w to samo miejsce, jednak po drodze coś się wydarzyło”. Tym „czymś” są pęknięcia w „dominującej sytuacji komunikacyjnej” – to, co umyka w codziennych, przygodnych manifestacjach komunikacyjnych reżimów, w których żyjemy, za to odsłania się, kiedy zaakceptujemy je wraz z ich regułami, ale pod jednym warunkiem: że zajmiemy niewygodną pozycję „pod dziwnym kątem”.

Poświęcam tyle miejsca poezji Konwerskiej i jej interpretacji w kategoriach mierzenia się z XXI-wiecznym impasem komunikacyjnym – kształtującym i kształtowanym przez emocjonalność w systemie (późno)kapitalistycznym – nie bez powodu. Podsunięty przez Fiedorczuk trop komunikacyjny znakomicie bowiem sprawdza się jako roboczy punkt wyjścia lektury Rzeczy robionych specjalnie. Debiutancki zbiór krótkich form prozatorskich, złożony z 39 niewielkich tekstów opisujących luźno powiązane sytuacje, służy Konwerskiej do ponownego sformułowania pytań i postawienia problemów znanych z poezji. Dwu-, trzystronicowe teksty ze zbioru realizują jeden schemat: to opisy krótkich, trywialnych sytuacji z życia codziennego, towarzyskiego i romantycznego singielki z pokolenia Y, z dużego polskiego miasta, przedstawione z perspektywy dość roztargnionej kobiety (lub kobiet – narratorka to zarazem ta sama i różne osoby, o czym trochę dalej) usiłującej się pozbierać po zakończeniu heteroseksualnego związku (rozwodzie czy też rozstaniu). Przedstawiają migawkowe zetknięcia z różnymi formami społecznych konwenansów i oczekiwań ze strony bliższego i dalszego otoczenia, najczęściej mężczyzn: oprócz przyjaciółek i koleżanek mamy tutaj byłego męża, byłych partnerów, mężczyzn, z którymi teraz się spotyka, przypadkowych przechodniów na ulicy, klientów, których zdarza jej się obsługiwać przy kasie popularnego sklepu.

Jeśliby szukać bliskiego porównania dla tej formy, to jej zwięzły charakter i sposób podania, z akapitami (czy nawet zdaniami) połączonymi rwaną logiką i specyficznym nastrojem krzepkiego osuwania się w obłęd, chyba najbardziej przywodzą na myśl wydane niedawno w polskojęzycznym przekładzie Doroty Stroińskiej surrealistyczne miniatury prozatorskie Adelheid Duvanel Ostatni akt łaski. W jednym z opowiadań Szwajcarki bohaterka na naszych oczach celowo wpada (zauważmy oksymoron) pod koła furgonetki. Już po wypadku, który przeżyła, na pytanie o to, czy chciała odebrać sobie życie, odpowiada: „To nie była depresja, ale euforia”. Podobną dwubiegunowość odnajduję w opowiadaniach Konwerskiej – tyleż w wymiarze afektywnym, co w strukturze tekstu. U polskiej pisarki opiera się ona dodatkowo na tworzeniu arbitralnych, spolaryzowanych układów (w relacjach między ludźmi, w sytuacjach komunikacyjnych) i wytrącaniu ich z równowagi, a przez to ich demontażu. To zresztą metoda praktykowana przez autorkę zarówno w poezji („tak znaczy nie / czego nie rozumiecie?” – pisała w wierszu Za dużo instrumentów o co najmniej jeden instrument), jak i podnoszona w wypowiedziach pozaliterackich („Bawiłeś się tak kiedyś sam ze sobą w sytuacjach towarzyskich?” – pytała kiedyś Mateusza Górniaka w rozmowie dla Wydawnictwa J. „Że mówisz rzeczy, których w ogóle nie myślisz i w ogóle nic nie myślisz. Pozwalasz sobie na to. Możesz na chwilę zaprzyjaźnić się z kimś okrutnym i głupim, bo powiedział jedno ciekawe zdanie”). Cała sztuka – wydaje się mówić pisarka – polega na chwilowym odwróceniu uwagi od prawidłowości rządzących rzeczywistością i zastąpieniu ich własnymi, umownymi. Wszystko po to, żeby wydarzyło się coś, co nie ma prawa się zdarzyć, ale co objawia jakąś prawdę o mechanizmach świata, w którym żyjemy – nawet jeśli tą prawdą jest, tylko i aż, ich umowność.

„Postanowiłam zostać osobą, o której nikt nie będzie mógł powiedzieć nic konkretnego. Zdałam sobie sprawę, że nie muszę nawet nic robić, wystarczy, że każdemu będę mówiła coś innego. Nikt tego nie sprawdza” – deklaruje z właściwą sobie wystudiowaną zuchwałością narratorka. Plan ten jest konsekwentnie realizowany we wszystkich historiach zbioru. Wobec prozaicznych sytuacji dnia codziennego kobieta zamiast myśleć, działa – raz w zgodzie z obowiązującymi regułami społecznymi i komunikacyjnymi, innym razem wbrew nim. Przede wszystkim wymyśla (albo generuje – jest w tym działaniu coś maszynowego) i często kompulsywnie wdraża do działania reguły nowe, prowizoryczne, błędne, biorące pod włos te obowiązujące. Przykładowo jednego dnia postanawia, że będzie się wtrącała w przypadkowe rozmowy obcych ludzi na ulicy, innego – że będzie słyszała tylko wybrane dźwięki. Sama przed sobą udaje „człowieka pełnego spokoju”, chociaż nikt jej nie obserwuje i nikogo to nie obchodzi. Dzwoni do męża, wiedząc, że ten znowu potraktuje ją z wyższością; wystawia się na zawstydzające spojrzenia, niezręczność, upokorzenie. Przykłady doraźnych strategii, balansujących na granicy uległości i buntu (czyli „robienia specjalnie”), można by mnożyć bez końca. Chodzi tu tyleż o pojedyncze zdarzenia – zatrzymujemy się na każdym niuansie, geście, odruchu, upatrując w nich szansy na jakieś chwilowe ocalenie – co o ich sumę. Bo każda kolejna sytuacja nie jest niczym więcej niż kolejną odsłoną i powtórzeniem poprzedniej.

Materią tych zmagań jest również język: narratorka relacjonuje przebieg sytuacji na ogół z obojętną precyzją, co rusz zakłócaną przez wykolejony bieg myśli i kompulsywne dygresje. Wszystkie te przypadki, co warto podkreślić, nie wykraczają jednak ponad wylosowany przez autorkę układ. Nie ma tu ciągów przyczynowo‑skutkowych, suma przeżyć i eksperymentów nie kumuluje się w przyrost samowiedzy ani sensów. Pisarkę interesują nie tyle źródła, konteksty i dalekosiężne konsekwencje współczesnego komunikacyjnego status quo – warunki społeczno‑ekonomiczne tworzą tu rozmazany daleki plan – ile, obecne w poezji, a w prozie uobecnione z całą mocą, momenty jednostkowej niezgody i praktyki jej wyrażania w ograniczonych warunkach, jakimi dysponuje kobieta w drugiej ćwierci XXI wieku. Zajmuje ją to, co dzieje się z jednostkową podmiotowością (a raczej: podmiotkowością, chodzi bowiem o funkcjonowanie wobec strukturalnej dominacji mężczyzn), kiedy podporządkowuje się ona narzuconym, często sprzecznym, wymogom bez zadawania pytań o warunki i konsekwencje. Kategoryczne decyzje – wielokrotnie wyrażane niby to performatywami, ale o bardzo ograniczonej mocy: „postanowiłam”, „stwierdziłam” – są dostępne dla dorosłej kobiety tylko w trybie tytułowego „robienia specjalnie”. Robienia na złość, na przekór, ze świadomością, że i tak nie będzie się potraktowaną poważnie. Clou prozy Konwerskiej polega na tym, że te wymyślone reguły, wygenerowane mniej lub bardziej en passant i z założenia błędne, za to łudząco podobne do reguł rzeczywistych, w tym świecie działają. Do sprawnego funkcjonowania maszyny komunikacyjnej wystarczy pozór prawdziwości jej wytworów. Żaden z użytkowników nie zauważa błędów, tak jak łatwo przeoczyć halucynacje sztucznej inteligencji, kiedy większość obrazka się zgadza. Zresztą nikt takich nieprawidłowości nie szuka. Naprawdę: „Nikt tego nie sprawdza”.

Ważnym elementem świata wykreowanego w Rzeczach… jest zwielokrotniona tożsamość narratorki. Wyczytuję tu przemyślany zabieg zwłaszcza w kontekście wspomnianego już nieustannego wystawiania się bohaterki na łaskę i niełaskę innych, a co za tym idzie, wywłaszczania się z (kobiecego) „ja”. Czytane tym kluczem, Rzeczy… stają się literacką symulacją zatarcia własnej podmiotowości. Chodzi nie tylko o to, żeby przetestować granice i wykazać niesprawność systemu komunikacyjnego jako pewnego rodzaju urządzenia, lecz także o to, żeby móc pozwolić sobie na chwilę ulgi, jaką przynosi kontemplacja rozpadu owego „ja”, zrzeczenie się odpowiedzialności za utrzymanie integralności w świecie, który tę integralność nieustannie podważa, kwestionuje i narusza.

Tę dwoistość aktywnej niezgody (wyrażanej w komunikatach i gestach) i pasywnej ulgi sygnalizuje tytuł tomu: podmiotowość („ja”) ustępuje miejsca uprzedmiotowieniu („rzeczom”), sprawczość wyrażona czasownikiem – infantylnym „robieniem specjalnie”, zaczerpniętym prosto z przedszkolnego słownika. „Robić specjalnie” to po pierwsze być dzieckiem, a po drugie działać świadomie, ale z intencją wyrządzenia bliżej nieokreślonej krzywdy, wzięcia odwetu albo po prostu prowokacji. Bo przecież nie może to być nic ważnego, jak w świecie dorosłych – podobnie jak zabiegi narratorki i wchodzenie w rolę people pleaserki nigdy nie przyniosą jej społecznego uznania. Dadzą jej za to być może coś innego, namacalnie wyczuwalnego w lekturze: pewną przyjemność z przyjęcia pozycji wprawdzie niewygodnej, ale umożliwiającej obserwację spektaklu wywłaszczenia z własnej podmiotowości. „Dziwny kąt” to w istocie kąt perwersyjny, a my świadkujemy pewnej fantazji opartej na uprzedmiotowieniu obiektu – obserwowanej przez nas podmiotki – i przewrotnym potraktowaniu performatywnej strony aktów komunikacji. Konwerska osłabia sprawczy charakter komunikatów i pozwala im rozbłysnąć w momencie, gdy najbardziej odsłania się ich absurd, w rezultacie czego słowa i zdania również zamieniają się w dziwne, do niczego nieprzystające obiekty. W ten sposób – to kolejna stawka całego zbioru – autorka wytrąca język z jego utylitarnej, a przez to opresyjnej, funkcji i umieszcza w innym układzie, a stąd – zataczamy koło – już tylko krok do poezji.

Na zakończenie tych rozważań warto umieścić książkę Konwerskiej w kontekście niedawnej dyskusji wokół polskiego przekładu włoskiej powieści Vincenza Latronico Do perfekcji, pokoleniowej prozy nawiązującej do Rzeczy Georges’a Pereca z połowy lat 60. ubiegłego wieku. Odnoszę wrażenie, że powinowactwo tych trzech tekstów sięga głębiej, niż sugeruje zwykła zbieżność tytułów (książka Konwerskiej zapewne mogłaby nosić tytuł Do perfekcji, choć nie na odwrót). W książce Latronico jednak dystans do milenialsów, pokolenia zastępującego tożsamościową próżnię odziedziczoną po XX wieku estetyzującymi trendami i kulturą materialną, bardziej przeszkadzał, niż pozwalał zrozumieć złożoność położenia tych osób. Znacznie większy potencjał widzę w ujęciu Konwerskiej – podobnie panoramicznym i zdystansowanym, wbrew obecnym tendencjom w prozie skupionym na szczególe i rozkładaniu naszej codzienności na czynniki pierwsze, ale silniej wyczulonym na ograniczenia wynikające z języka i podszytym jakąś fundamentalną niezgodą na ich przyjęcie. Ujęciu, które pokazuje, że jednak czasem potrzebujemy, żeby ktoś nas sprawdził. Zapytał nas, czy aby na pewno chcemy to wszystko mówić i robić.

Emilia Konwerska Rzeczy robione specjalnie
Wydawnictwo ArtRage,
Warszawa 2025, 202 s.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.