Poświęcam tyle miejsca poezji Konwerskiej i jej interpretacji w kategoriach mierzenia się z
Jeśliby szukać bliskiego porównania dla tej formy, to jej zwięzły charakter i sposób podania, z akapitami (czy nawet zdaniami) połączonymi rwaną logiką i specyficznym nastrojem krzepkiego osuwania się w obłęd, chyba najbardziej przywodzą na myśl wydane niedawno w polskojęzycznym przekładzie Doroty Stroińskiej surrealistyczne miniatury prozatorskie Adelheid Duvanel Ostatni akt łaski. W jednym z opowiadań Szwajcarki bohaterka na naszych oczach celowo wpada (zauważmy oksymoron) pod koła furgonetki. Już po wypadku, który przeżyła, na pytanie o to, czy chciała odebrać sobie życie, odpowiada: „To nie była depresja, ale euforia”. Podobną dwubiegunowość odnajduję w opowiadaniach Konwerskiej – tyleż w wymiarze afektywnym, co w strukturze tekstu. U polskiej pisarki opiera się ona dodatkowo na tworzeniu arbitralnych, spolaryzowanych układów (w relacjach między ludźmi, w sytuacjach komunikacyjnych) i wytrącaniu ich z równowagi, a przez to ich demontażu. To zresztą metoda praktykowana przez autorkę zarówno w poezji („tak znaczy nie / czego nie rozumiecie?” – pisała w wierszu Za dużo instrumentów o co najmniej jeden instrument), jak i podnoszona w wypowiedziach pozaliterackich („Bawiłeś się tak kiedyś sam ze sobą w sytuacjach towarzyskich?” – pytała kiedyś Mateusza Górniaka w rozmowie dla Wydawnictwa J. „Że mówisz rzeczy, których w ogóle nie myślisz i w ogóle nic nie myślisz. Pozwalasz sobie na to. Możesz na chwilę zaprzyjaźnić się z kimś okrutnym i głupim, bo powiedział jedno ciekawe zdanie”). Cała sztuka – wydaje się mówić pisarka – polega na chwilowym odwróceniu uwagi od prawidłowości rządzących rzeczywistością i zastąpieniu ich własnymi, umownymi. Wszystko po to, żeby wydarzyło się coś, co nie ma prawa się zdarzyć, ale co objawia jakąś prawdę o mechanizmach świata, w którym żyjemy – nawet jeśli tą prawdą jest, tylko i aż, ich umowność.
„Postanowiłam zostać osobą, o której nikt nie będzie mógł powiedzieć nic konkretnego. Zdałam sobie sprawę, że nie muszę nawet nic robić, wystarczy, że każdemu będę mówiła coś innego. Nikt tego nie sprawdza” – deklaruje z właściwą sobie wystudiowaną zuchwałością narratorka. Plan ten jest konsekwentnie realizowany we wszystkich historiach zbioru. Wobec prozaicznych sytuacji dnia codziennego kobieta zamiast myśleć, działa – raz w zgodzie z obowiązującymi regułami społecznymi i komunikacyjnymi, innym razem wbrew nim. Przede wszystkim wymyśla (albo generuje – jest w tym działaniu coś maszynowego) i często kompulsywnie wdraża do działania reguły nowe, prowizoryczne, błędne, biorące pod włos te obowiązujące. Przykładowo jednego dnia postanawia, że będzie się wtrącała w przypadkowe rozmowy obcych ludzi na ulicy, innego – że będzie słyszała tylko wybrane dźwięki. Sama przed sobą udaje „człowieka pełnego spokoju”, chociaż nikt jej nie obserwuje i nikogo to nie obchodzi. Dzwoni do męża, wiedząc, że ten znowu potraktuje ją z wyższością; wystawia się na zawstydzające spojrzenia, niezręczność, upokorzenie. Przykłady doraźnych strategii, balansujących na granicy uległości i buntu (czyli „robienia specjalnie”), można by mnożyć bez końca. Chodzi tu tyleż o pojedyncze zdarzenia – zatrzymujemy się na każdym niuansie, geście, odruchu, upatrując w nich szansy na jakieś chwilowe ocalenie – co o ich sumę. Bo każda kolejna sytuacja nie jest niczym więcej niż kolejną odsłoną i powtórzeniem poprzedniej.
Materią tych zmagań jest również język: narratorka relacjonuje przebieg sytuacji na ogół z obojętną precyzją, co rusz zakłócaną przez wykolejony bieg myśli i kompulsywne dygresje. Wszystkie te przypadki, co warto podkreślić, nie wykraczają jednak ponad wylosowany przez autorkę układ. Nie ma tu ciągów przyczynowo‑skutkowych, suma przeżyć i eksperymentów nie kumuluje się w przyrost samowiedzy ani sensów. Pisarkę interesują nie tyle źródła, konteksty i dalekosiężne konsekwencje współczesnego komunikacyjnego status quo – warunki społeczno‑ekonomiczne tworzą tu rozmazany daleki plan – ile, obecne w poezji, a w prozie uobecnione z całą mocą, momenty jednostkowej niezgody i praktyki jej wyrażania w ograniczonych warunkach, jakimi dysponuje kobieta w drugiej ćwierci
Ważnym elementem świata wykreowanego w Rzeczach… jest zwielokrotniona tożsamość narratorki. Wyczytuję tu przemyślany zabieg zwłaszcza w kontekście wspomnianego już nieustannego wystawiania się bohaterki na łaskę i niełaskę innych, a co za tym idzie, wywłaszczania się z (kobiecego) „ja”. Czytane tym kluczem, Rzeczy… stają się literacką symulacją zatarcia własnej podmiotowości. Chodzi nie tylko o to, żeby przetestować granice i wykazać niesprawność systemu komunikacyjnego jako pewnego rodzaju urządzenia, lecz także o to, żeby móc pozwolić sobie na chwilę ulgi, jaką przynosi kontemplacja rozpadu owego „ja”, zrzeczenie się odpowiedzialności za utrzymanie integralności w świecie, który tę integralność nieustannie podważa, kwestionuje i narusza.
Tę dwoistość aktywnej niezgody (wyrażanej w komunikatach i gestach) i pasywnej ulgi sygnalizuje tytuł tomu: podmiotowość („ja”) ustępuje miejsca uprzedmiotowieniu („rzeczom”), sprawczość wyrażona czasownikiem – infantylnym „robieniem specjalnie”, zaczerpniętym prosto z przedszkolnego słownika. „Robić specjalnie” to po pierwsze być dzieckiem, a po drugie działać świadomie, ale z intencją wyrządzenia bliżej nieokreślonej krzywdy, wzięcia odwetu albo po prostu prowokacji. Bo przecież nie może to być nic ważnego, jak w świecie dorosłych – podobnie jak zabiegi narratorki i wchodzenie w rolę people pleaserki nigdy nie przyniosą jej społecznego uznania. Dadzą jej za to być może coś innego, namacalnie wyczuwalnego w lekturze: pewną przyjemność z przyjęcia pozycji wprawdzie niewygodnej, ale umożliwiającej obserwację spektaklu wywłaszczenia z własnej podmiotowości. „Dziwny kąt” to w istocie kąt perwersyjny, a my świadkujemy pewnej fantazji opartej na uprzedmiotowieniu obiektu – obserwowanej przez nas podmiotki – i przewrotnym potraktowaniu performatywnej strony aktów komunikacji. Konwerska osłabia sprawczy charakter komunikatów i pozwala im rozbłysnąć w momencie, gdy najbardziej odsłania się ich absurd, w rezultacie czego słowa i zdania również zamieniają się w dziwne, do niczego nieprzystające obiekty. W ten sposób – to kolejna stawka całego zbioru – autorka wytrąca język z jego utylitarnej, a przez to opresyjnej, funkcji i umieszcza w innym układzie, a stąd – zataczamy koło – już tylko krok do poezji.
Na zakończenie tych rozważań warto umieścić książkę Konwerskiej w kontekście niedawnej dyskusji wokół polskiego przekładu włoskiej powieści Vincenza Latronico Do perfekcji, pokoleniowej prozy nawiązującej do Rzeczy Georges’a Pereca z połowy lat 60. ubiegłego wieku. Odnoszę wrażenie, że powinowactwo tych trzech tekstów sięga głębiej, niż sugeruje zwykła zbieżność tytułów (książka Konwerskiej zapewne mogłaby nosić tytuł Do perfekcji, choć nie na odwrót). W książce Latronico jednak dystans do milenialsów, pokolenia zastępującego tożsamościową próżnię odziedziczoną po
