09/2021

Tadeusz Zielichowski

Norwid i Nowy Jork

Autor arcydzielnego wiersza Italiam! Italiam! lutowego poranka w 1853 roku, stojąc na pokładzie brytyjskiego żaglowca, przepływa przez cieśninę dzielącą dwa lądy. Po prawej stronie w porannej mgle majaczy dolny Brooklyn, u brzegu stał wtedy fort Hamilton, z którego do dziś pozostały resztki fundamentów; po lewej stronie wyłonią się brzegi wyspy Staten Island, u dołu stromizny stoi do dziś Fort Wadswort, niemal w całości zachowany. Pierwszym żeglarzem, który cieśninę przepłynął w 1524 roku, był Giovanni da Verrazzano. Ten florentyńczyk z urodzenia, odkrywca i pirat, poddany króla Francji, to bystry umysł, biegły w piśmie, dobry w stylu, czemu dał wyraz w liście do swego pracodawcy, zdając sprawę z tego, co wraz z załogą dojrzał. Wrażenia okazały się pozytywne; przezornie zacumował u brzegu Staten Island, obawiając się, że po wpłynięciu do akwenu mogą zmienić się wiatry i żaglowiec utknie w ciszy w oczekiwaniu na podmuchy, które wyprowadzą go na otwarty Atlantyk. Pojawili się Indianie ciekawi pływającej zjawy pełnej skrzydeł, czyli żagli. Było to pierwsze spotkanie Bladych Twarzy z Czerwonoskórymi. Później tę cieśninę nazwano Verrazzano Narrow, akwen zaś – Zatoką Nowojorską.


Witamy w Battery Park
Upłynął mierzony stuleciami czas, Nowy Amsterdam stał się Nowym Jorkiem, indiańską nazwę wyspy Manahatta zanglizowano na Manhattan; w imię postępu cywilizacyjnego wytrzebiono lasy, pozabijano zwierzęta, zasypano stawy, oczka wodne i strumyki, nabudowano mniej lub bardziej łatwopalnych domów. Wytyczono ulice i aleje, większość ponumerowano, zaprowadzono tzw. grid, czyli siatkę. Manhattan kształtem wpasował się w oś północ–południe. Tego z perspektywy miejsca, na którym stanął na amerykańskiej ziemi Cyprian Norwid, widać nie było. Być może tym miejscem był Battery Park, bo właśnie tam przybijały żaglowce z Europy. W Castle Clinton, ciężkiej, przysadzistej i bezstylowej, istniejącej do dziś budowli o przeznaczeniu militarnym utworzono ośrodek kontroli i dokumentacji przybyszów aspirujących do statusu imigrantów. Tam urzędnicy weryfikowali listy pasażerów wcześniej sporządzane przez kapitanów statków. Moja supozycja nie ma w pełni wiarygodnej ewidencji, gdyż ośrodek ów w sensie formalnym istniał dopiero od roku 1855 (do 1890), niemniej wysepka „imigracyjna” funkcjonowała już wcześniej. Norwid został zarejestrowany na liście przybyłych z Anglii pasażerów.

Z perspektywy nowojorskiej autor Zwolona był imigrantem rodem z Europy. Gdyby cofnąć się i rzucić okiem na jego status, zobaczymy różne konfiguracje kondycji wędrowca, który pozwolenie na wyjazd otrzymał od „Moskali”, motywując swą prośbę potrzebą podjęcia studiów artystycznych we Włoszech. Ostatecznie tam dojechał, ale „po drodze” zachowywał się jak turysta fundujący sobie zygzaki po Europie i bywanie z Marią Kalergis. Z funduszami nie liczył się zbytnio, co skutkowało zaprzepaszczeniem planów studiowania rzeźby oraz malarstwa i w przyszłości uprawiania tych rodzajów sztuk pięknych. Na tamten czas można by mu przypisać status ex-patriaty. Gdy lekkomyślność skłoniła Norwida do „dopisania” do swego paszportu pewnego „indywiduum” – popada w tarapaty; powrót do Warszawy staje się ryzykowny. Tym samym staje się on „displaced person”. Dzięki wsparciu berlińskich możnych wykaraskał się z kłopotów, ale od tamtego czasu nie jest jasne, do jakiej państwowej przynależności można by go przypisać. Ta sprawa, niejasności co do statusu, jest sygnałem ogólniejszej sytuacji psychicznej, zawodowej i egzystencjalnej pisarza. Jest „osobowością hybrydową”. Jego status jest wielowarstwowy i skomplikowany, niemniej dla nowojorskiego urzędnika sprawdzającego listy pasażerów Polak jest takim samym jak miliony już przybyłych, biednym Europejczykiem; jeśli nie zamierza realizować idei „od pucybuta do milionera”, niech przynajmniej nie stwarza kłopotów jak upiorne typy, pokazane w filmie Martina Scorsese Gangi Nowego Jorku.

Norwid na początek ma sporo szczęścia; nie wpada w łapska oszustów kłębiących się w Battery Park, oferujących złodziejskie usługi adaptacyjne, natomiast zostaje przygarnięty przez poznaną na żaglowcu irlandzką rodzinę, która oferuje mu dach nad głową. Bezcenna to oferta; będzie miał opiekę w czas choroby, lecz niestety nie doświadczy przy sobie opiekuńczego anioła, pięknej rudowłosej Irlandki pomarłej na okręcie i spoczywającej w głębinach Atlantyku. W połowie XIX wieku Battery Park miał sławę miejsca fashionable, czyli eleganckiego, co widać na rycinach, akwarelach i obrazach tamtego czasu. Przechadzali się tam piękni i smukli panowie z paniami do pary, dzieci dobrze ułożone, psy rasowe; szczegóły rozmaite uwzględnione przez artystów dają temu stanowi rzeczy świadectwo. Nowy Jork ma wspaniałą dokumentację niemal od samego początku istnienia; liczne opracowania ikonograficzne i narracyjne w edycjach książkowych i albumowych, źródła muzyczne pozwalają na „ekstrakcję” stosownych informacji, nierzadko spełniających paradoks podług zasady „jak to jest, gdy kłamiąc prawdę mówią poeci”… i artyści. Później Cyprian będzie do owego niedużego, lecz wspaniale położonego parku przychodził częściej, zwłaszcza w letnią porę wysokich temperatur i duchoty, bo od Zatoki Nowojorskiej wieją tonizujące wiatry, a nadto pełna ona statków; wiele z nich zawinie do Liverpoolu, do Londynu, do Genui, Hawru lecz na żadnym z nich nie będzie miejsca dla tego, co u brzega stoi.

Świeżo przybyły Europejczyk wraz rodziną imigrantów nie pragnących powrotu do spustoszonej głodem Irlandii opuszczają to miejsce udając się w górę indiańskiej wyspy Manahatta do miejsca docelowego, którym będzie East Village/Kleine Deutschland. Współcześnie Battery Park to areał pełen pomników i rzeźb. Niemal wszystkie mają związek z oceanicznymi żywiołami i wojnami na ich akwenach toczonymi. Jest tam piękny pomnik Giovanniego da Verrazzano z towarzyszącym mu aniołem. Przy Castle Clinton stoi paskudne dzieło The Immigrants emanujące nachalną ekspresją – witaj kraino wolności! Na ścianach pobliskiej stacji metra 4 i 5 (Bowling Green) zreprodukowano w skali super-makro dawne grafiki obrazujące przybywających imigrantów – zabiedzone twarze, zmięte ubiory, toboły, skrzynie toporne, wymęczone dzieci przytulone do swoich mam. Pokaż się i tu europejska biedo! W parku są też pomniki ku czci amerykańskich marynarzy, którzy stracili życie od torped U-Bootów na Atlantyku, marynarzy norweskich w konwojach do Murmańska, szwedzkiego konstruktora metalowych kadłubów statków Ericssona… Jest też w mosiężnej tablicy odciśnięty wiersz New Colossus Emmy Lazarus sławiący Statuę Wolności, dar Francji. A Norwid z Irlandczykami już opuszczają park. Jak dalej? – myślę, że pieszo. Kierunek obierają na północ w górę Broadwayem biegnącym poprzez cały Manhattan, Bronx, przechodzi przez kilka miejscowości w Up-State New York i kończy się przy urokliwym i zabytkowym cmentarzu Sleepy Hollow, dołem zaś płynie dostojna Hudson River. Tym szlakiem wędrowali Indianie, zajadle walcząc z Holendrami i ostatecznie przyczyniając się do ich klęski; Nieuw Amsterdam został stracony na rzecz New Yorku. Zwarta, miejska zabudowa Broadwayu w tamten czas poczynała rzednąć w okolicach East 34th Street, niemniej jednak tam, gdzie Norwid (ewentualnie) szedł do celu, teren wyglądał (wielko)miejsko. Ale kudy im tam do wspaniałych budowli cudownych miast włoskich, także i Paryża będącego już wtedy kulturalną stolicą świata, co w setkach akuratnie dobranych cytatów opisał Walter Benjamin w Pasażach. A także – nieco inaczej – nasz Karol Frankowski.

Szeroka Droga, czyli Broadway
Idą, idą Broadwayem… Jakie budowle mogli po drodze zauważyć? Rozmaite, jak to w mieście chaotycznie prącym do przodu, a takim był wtedy Nowy Jork. W czasach dawniejszych podróżnych żegnano sakramentalnym „Z Bogiem!”. A gdyś dotarł do celu, mogłeś odetchnąć i powiedzieć „Chwała Bogu, jużeśmy na miejscu”. Wieść niesie, iż Cyprian za Atlantyk zabrał modlitewnik podarowany mu przez Marię Kalergis. W Nowym Jorku mógł zetknąć się z reprezentacjami wielu religii i wyznań, spośród których katolicyzm był tylko jedną z odmian chrześcijaństwa, w czas jego pobytu tępioną za „papizm”. Gdy Norwid wraz z irlandzką rodziną idzie Broadwayem, wiatr mroźny dmuchnie, śniegiem zawieje, spostrzeże kilka kościołów, do których być może zajrzy. U wylotu Wall Street oddano do użytku kilka lat przed jego przyjazdem Trinity Church, który wraz otaczającym go cmentarzykiem Ad Gloriam Dei w niezmienionej postaci strzela w niebo smukłą konstrukcją do dziś, lecz otoczenie uległo ogromnym przeobrażeniom. Bardzo lubię to miejsce. Dalej po tej samej stronie stoi, tak samo niezmieniona i też otoczona cmentarzykiem, budowla Saint Paul Chapel; w pobliżu wedle projektu francuskiego architekta wzniesiono City Hall, czyli ratusz miejski, też niemal niezmieniony w kubaturze, acz intensywnie modernizowany pod względem wyposażenia. Gdyby w tym miejscu nasi imigranci zdecydowali się na zmianę kierunku w marszu do celu, mogliby skręcić w prawo, dojść do East Broadway, dalej do Grand Street i prosto na północ w okolice pomiędzy Avenue C i D i tam sięgnąć tzw. Alphabetical City będącego częścią East Village, w tamtym czasie zwanej Kleine Deutschland z racji intensywnego zasiedlania owego areału przez Niemców z różnych landów. Czy byłaby to droga krótsza? Trzymajmy się Broadwayu. Gdy piechurzy przekroczą skrzyżowanie z Houston Street, wejdą w SoHo, dzielnicę która stała się sławna w wiek później z powodu wysypu galerii sztuki i bytujących tam artystów. Na odcinku między Canal Street i Houston Street stały już solidne gmaszyska w stylu Cast Iron, a jego reprezentacje Norwid powinien widzieć już w Europie. Wiele z nich ostało się do dziś, także i na sąsiednich ulicach. Jeszcze trochę dreptania, jeszcze trochę wysiłku, kilka poprzecznic i można skręcić w Astor Place, gdzie rozsiadł się potężny budynek Biblie House; wyburzono go na początku lat sześćdziesiątych XX wieku; biblioteka gwoli „życia inteligencyjnego” stanęła nieopodal. Pieniądze dał futrzany magnat rodem z Niemiec – Astor; stamtąd w prawo w Saint Mark’s Place, na której być może serce Cypriana zabiło radośniej z racji onomastycznej korespondencji z Wenecją, ale to raptem kawałek ulicy wykrojonej z East 8th Street. Wiedzie ona do Tompkins Square Park, jedynej większej w tym rejonie oazy zieleni i miejsca wszelkich wydarzeń, nie wyłączając bijatyk biedoty z siłami porządkowymi miasta. Janusz Głowacki ów park przysposobił dramaturgicznie jako miejsce akcji Antygony w Nowym Jorku.

W odległości dwóch przecznic po lewej i prawej od Houston Street znajdziemy dwa inne katolickie przybytki wiary – Saint Anthony Church i Old Saint Patrick Cathedral. Pierwszy słynie ze wspaniałej bożonarodzeniowej szopki pod chmurką i świadczy duchowe posługi na rzecz imigrantów; drugi sam w sobie jest jakością sakralną, cmentarna cisza wokół budowli się ściele, stary ceglany mur pochylony, tajemnicze drzwi z żelaza od dawna nie otwierane, okolica tchnie atmosferą wąskich uliczek i kameralnych domów. A wszystkie te kościelne i cmentarne moje uwagi zmierzają do postawienia pytania – jeśli z Norwida człek wierzący, oddany katolik, czy w jego peregrynacjach po opisanych tu areałach Manhattanu znajdował czas i motywacje, by wstąpić i powiedzieć: „do Ciebie z głębokości wołam, Panie”. Nie musiał to być czas niedzielny i świąteczny, może za dnia roboczego na chwilę… gdy posyłał go pracodawca do drukarni na Ann Street dopatrzyć czegoś à propos edycji księgi na wystawę światową.

Do jakiego zaś Nowego Jorku Norwid przybył? Już wtedy dzisiejszy moloch składał się z pięciu dzielnic – Manhattanu, Brooklynu, Bronxu, Staten Island i Queensu. Z urbanistycznego i administracyjnego punktu widzenia w dużej mierze była to wtedy fikcja. Bronx był rzadko zasiedlony, pełen lasów, farmy tu i ówdzie; podobnie Queens i Staten Island. Jedynie Brooklyn od strony East River i Zatoki Nowojorskiej był miastem w sensie ulic i zwartej zabudowy. Manhattan zaś powyżej 34th Street poczynał architektonicznie rzednąć; tam, gdzie postawiono Crystal Palace, budynki stały już gęściej, lecz szybko wyrastały nowe. Niemniej jednak Norwid przyjechał do miasta w sensie urbanistycznym, widzi je i jakoś konfrontuje ze znanymi organizmami miejskimi Europy, których widział niemało; oto ich lista: Warszawa, Kraków, Wrocław, Drezno, Marienbad, Norymberga, Monachium, Wenecja, Florencja, Rzym, Neapol, Pompeja, Herkulanum, Adriatyk, Dalmacja, Florencja, Triest, Wiedeń, Berlin, Ostenda, Bruksela, Paryż, Leszno, Palermo, Morze Śródziemne i Egejskie, Kreta. A także Mikołów, miejsce urodzenia poety przeklętego Rafała Wojaczka. A także wioska podpoznańska Pudliszki dwa razy wizytowana, także mieścina niewielka Polkowice między Lubinem i Głogowem.

Moje pytanie brzmi: czy to są intencjonalne podróże Orła Norwida opuszczającego Warszawę i wiedzącego, dokąd i po co jedzie? Do Włoch przecież ruszył po nauki, do kraju wspaniałej kultury, cywilizacji, sztuk pięknych i literatury z Dantem na czele. A tu widzimy, że funduje sobie rozjazdy to tu, to tam, siam i jeszcze gdzieś, cel zaś prymarny, jasny i wyraźny postawiony sobie w Warszawie rozmywa się. Co z owych podróży, z rozjazdów gnanego niepokojem już nie Orła, lecz ściganego przez sforę psów zająca, z tych rajdów po Włoszech i po Europie nic nie ma. A co miałoby być? Ano – zapis narracyjny, taki jak pozostawili Goethe, Stendhal, Cooper i Dickens, by sięgnąć po „literatów” Norwidowi chronologicznie najbliższych. Przecież jego co rusz z Włoch jakaś siła wyrzuca, całkiem daleko. Ostatecznie nie znalazł tam dla siebie stałego miejsca dla pracy twórczej, bardziej sanatorium dla chorego. A może to początki psychicznych perturbacji, poszukiwanie źródeł zapomnienia jak z obrazu Bocklina?

Europejskie fantomy wprawdzie w Norwidowej głowie nadal kołaczą, ale jest na East Village, w tamtych dekadach areale intensywnie zasiedlonym przez imigrantów z Niemiec, w nowym miejscu nadal mówiących po niemiecku w lokalnych tego języka odmianach, jako że jednolite Niemcy żelaznego kanclerza Bismarcka, kiepsko nam się kojarzącego z hakatą, jeszcze nie istniały; były landy i księstwa. Ten obszar Manhattanu nieformalnie nazywa się Kleine Deutschland, co i dziś przyuważysz w reliktach tkwiących na fasadach solidnie pobudowanych domów, np. przy St. Mark’s Place, przy 2nd Avenue pomiędzy ową ulicą i East 10th Street, w Tompkins Square Park, na nagrobkach Marble Cemetery, w kościele przy East 3rd Street i kilku innych miejscach, w piwiarni na Avenue C przy East 9th Street. Sama zaś dzielnica rozłożyła się pomiędzy East River i Broadwayem na osi wschód–zachód oraz pomiędzy East 14th Street i East Houston Street na osi północ–południe. Jakie tam były reprezentowane zawody? – ano cały wachlarz godziwie notowanych rzemiosł wszelkich, czasem wysokiego lotu, na przykład produkcji fortepianów Steinwaya. Piwowarstwo też kwitło, wydajność w produkcji i konsumpcji podziwu godna była do tego stopnia, iż w Tompkins Square z czasem stanęła konstrukcja „Temperance Fountain” nawołująca do opamiętania – redukcji „procentów” na rzecz wody. Ogródki piwne sprzyjały weekendowym śpiewom, wyrażaniu tęsknoty za heimatem. Kościół katolicki redemptorystów na East 3rd Street z bogatym wystrojem zachęcał do rachunku sumienia i obietnicy picia piwa mniej, skoro już nie można zaprzestać.

[…]

[Ciąg dalszy w numerze.]

Norwid jedzie metrem
fot. autor
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.