02/2022

Aneta Wiatr

Notatki na marginesie życia

Jeśli położymy na szali z jednej strony sześćset pięćdziesiąt stron „biografii wewnętrznej” Wisławy Szymborskiej, skrupulatnie przez parę lat wyławianej i destylowanej z setek większych i mniejszych prac poświęconych Noblistce oraz tysięcy przejrzanych i przeczytanych listów, z drugiej zaś przepisową liczbę znaków tzw. omówienia lektury – prędko opadną szala i ręce. Cóż bowiem innego da się i można zrobić poza wzmianką, napomknieniem, sygnałem… W sferze ocen zaś, coraz częściej zresztą unikanych, redukowanych, obchodzonych bokiem – poza laurką. By mieć te wymuszone recenzencką koniecznością ogólniki za sobą i przejść spokojnie do paru frapujących szczegółów, a raczej indywidualnych ustawień i akcentów w często-gęsto znanym już skądinąd materiale, powiem bez ogródek: Joanna Gromek-Illg po kilku latach uczciwych lektur, kwerend, badań podarowała nam książę do czytania, do myślenia i do wzruszenia. Książkę skrupulatną, solidną, gęstą od faktów, a zarazem, by tak rzec, miękką w lekturze, dobrze napisaną i czującą słowo wcale nie gorzej od prawdziwego mistrza na tym polu, Michała Rusinka, Pierwszego Sekretarza, autora najbardziej finezyjnej książki o Wisławie Szymborskiej (Nic zwyczajnego, Znak, Kraków 2016).


*
Przyznaję, nigdy nie rozumiałam zadziwiającej i dość niepojętej skłonności i słabości Wisławy Szymborskiej do Adama Włodka. I jako dziewczyny wstępującej w „związkowy” etap życia, i jako młodej poetki szukającej wzorów i odniesień, i jako żony, przez sześć lat małżeństwa koczującej i gnieżdżącej się w kołchozowej klitce przy Krupniczej 22, i jako dozgonnej – i pozgonnej – wiernej przyjaciółki Mistrza Adama. Odrzucały mnie „fizjonomicznie” (jak powiada Bolo Prus) wszystkie znane mi jego konterfekty fotograficzne, bo nieodmiennie natychmiast kojarzyła mi się jego proletariacka twarz i baryłkowata sylwetka z restauratorem Słomką z Popiołu i diamentu Wajdy, granym nadzwyczaj sugestywnie przez Zbigniewa Skowrońskiego. Zwłaszcza scena, gdy napalony Słomka kupuje nylonami przychylność zapłakanej Stefki (brawurowa Barbara Kraftówna), która dopiero co straciła narzeczonego, nie mogła mi się w tym palimpseście skojarzeń odkleić od Adama Włodka, „pomagającego” licznym krakowskim panienkom wstąpić na poetycki Parnas…

Wszystkie zdjęcia tego nauczyciela poezji, jakie oglądałam, budziły, jak się rzekło, moją głęboką niechęć i rzucały pewien niepojęty cień na krystalicznie czystą (od 1956–1957 roku) i nieodmiennie fascynującą twórczość Wisławy Szymborskiej. Jej zadziwiający akces do komunizmu, jej sztywność i pryncypialność (nawet jako redaktorki działu poezji w „Życiu Literackim”), jej psute ideologią niezłe warsztatowo wiersze i pierwsze tomiki – miały w moich oczach swojego Złego Ducha – potwora Włodka! Było w tym coś z zaprzedania duszy, coś z masochizmu Pięknej i Bestii…

Myślę, że autorkę Znaków szczególnych męczyć musiały podobne odczucia (na które podobno nie ma rady), tyle że zamiast trwać w łatwym uprzedzeniu, wolała pokopać, pozestawiać, poodnosić i pokojarzyć to i owo ze sobą. Poszukać i znaleźć całkiem racjonalne wyjaśnienia tego, co zdawało się niepojęte. Musiała być to długa, żmudna i niezwykle konsekwentna praca na, bagatelka, dwustu stronicach swego studium, prawdziwa praca od podstaw. I oto Adam Włodek ożył, przekręcił się o co najmniej sto pięćdziesiąt stopni i z Ropucha zaczęła prześwitywać ludzka, bardzo ludzka twarz Xięcia. Nie tylko twarz dobrego, lojalnego przyjaciela i wrażliwego człowieka, który obarczonemu rodziną znajomemu oddaje swoje dwupokojowe mieszkanie z „wygodami” w Nowej Hucie, a sam wraca „do klitki na Daszyńskiego 7”, gdzie spędza resztę życia, lecz także Kogoś-Kto-Myśli, kto rozważa, kto stawia się i już w 1957 roku oddaje legitymację partyjną, gdy jego rzekoma ofiara czekała na to aż do roku 1966, słusznie przewidując represje zawodowe, a konkretnie utratę zasiedziałego etatu w Machejkowym „Życiu Literackim”. W każdym razie, co warto pamiętać, autorka Wołania do Yeti, Soli, a już niebawem Stu pociech (1967), w wieku czterdziestu trzech lat kończy jakąkolwiek służbę, rozstaje się z tym czy innym „etatyzmem” i konsekwentnie staje się wolnym ptakiem, osobą prywatną.

A jednak wszystkich piszących o Szymborskiej – mam na myśli ludzi ważących argumenty, a nie poszukiwaczy „haków” – męczy łatwość akcesu powojennej inteligencji polskiej, w tym twórców, do zbrodniczej bądź co bądź ideologii. Poświęcono temu tomy, a zagadki tej nie można pominąć zwłaszcza przy Miłoszu i Szymborskiej, którzy wybili się najwyżej i zostali, jak powiada Sandauer o Gombrowiczu, „chlubą narodu”. I tu na scenę raz jeszcze musi wyjść Adam Włodek: dwuznaczny nauczyciel poezji, drugorzędny poeta (za to pierwszorzędny Casanova, co mu chyba pozostało; podrywał „na wierszyki”) i chyba nie najgorszy znawca i tłumacz Władimira Majakowskiego. W przeciwieństwie do wymuskanego Rilkego i nigdy „nie chodzących” u nas poetów czeskich, których przyswajał polszczyźnie, Majakowski to był jego znak rozpoznawczy, jego cheval de bataille i sposób na kobiety. Rosyjski futurysta, grający wysoko, tubalny i zuchwały, zawadiacki a hardy, liryczny olbrzym i atleta, sobiepan i witeź, wymierzający „policzek upodobaniom ogółu”, cudownie szorstki i brutalny w swym dosadnym słownictwie, co najmniej od Obłoku w spodniach wywoływał wszystkie krańcowe odczucia i reakcje słuchaczy, z niehamowaną ekstazą miłosną pań włącznie…

Włodek dobrze o tym wiedział i tym chętniej stawiał na Majakowskiego i akolitów jak Kirsanow, Asiejew oraz inni wielbiciele „schodków” do skandowania w wypełnionej tłumem sali czy hali fabrycznej. Tłumaczył ich hurtem, a w olbrzymim tekście pod znamiennym tytułem Majakowski żyje, drukowanym w kwietniowo-majowej „Twórczości” z 1950 roku, szukał na gwałt polskich Majakowskich. Wgryzając się jako tłumacz w samą istotę słowa, frazy, rytmu, melosu, metafory rosyjskiego geniusza i obserwując, jak narkotycznie działa ta diablo perwersyjna liryka, choćby na kobiety, próbował ugrać coś dla siebie i pogrzać się samemu w jego słońcu. Majakowski prowadził masy, Włodkowi wystarczało poprowadzić parę kobiet w swoją stronę, a przy okazji w stronę Kolektywu. To nie Słomka przychodził z nylonami do Szymborskiej, ale z wizją Powszechnej Sprawiedliwości i Szczęśliwej Przyszłości naładowany poezją „piękny dwudziestoletni”. I mówił, nawet wtedy, gdy wszystko zaczynało się sypać, ekstatyczne wiersze…

Dochodzi druga.

Pewno

śpisz w najlepsze.

Droga Mleczna

noc

srebrną Oką poi.

Nie spieszno mi.

Błyskawicami depesz

po cóż cię budzić mam

i niepokoić.

Jak to się mówi:

zawalona sprawa.

Miłosna łódka

rozbiła się o byt.

Wszystko już jasne.

Po cóż więc zestawiać

listę

wzajemnych

przykrości i krzywd.

Popatrz,

jaka cisza w całym świecie.

Tylko niebo

nocy

z gwiazd daninę składa.

O takiej porze

chce się powiedzieć

słowo

do wieków,

historii,

wszechświata.


*
W ledwo zaczętym poemacie Na cały głos, odnalezionym wiosną 1930 roku w szufladzie biurka Najsłynniejszego Samobójcy, odnajdziemy z łatwością niezwykle nośny fragment, będący przewrotną (choćby z uwagi na buńczuczny tytuł), jeśli nie masochistyczną pochwałą żelaznej autodyscypliny na pograniczu harakiri, autodyscypliny w Imię… W imię Czegoś Najwyższego i Najważniejszego, do czego się wpisujemy i chcemy należeć. To nic innego niż dobrze nam znana, zeświecczona wersja religijnej Ascezy i Ofiary, poskromienia wybujałego Indywiduum i przyjęcia Służby za całkowicie naturalny warunek wszelkiego duchowego Rozwoju. Myślę, że ów, co tu dużo mówić, wspaniały i niebezpieczny fragment paradował nie raz i nie dwa razem z Adamem Włodkiem po klitce nowożeńców przy Krupniczej, utwierdzając Szymborską w słuszności antymieszczańskich i rewolucyjnych wyborów…


Mnie też

gniótł usta

propagandy ciężar,

ja też

omance bym na pudy

pieścił –

zawszeć to milej

i przecież pocześniej.

Lecz ja –

żem ostro

sam się

uśmierzał,

przydeptywałem

gardziel swojej pieśni.


(Pośród wielu bardzo dobrych i trochę różnych przekładów Pierwszego wstępu do poematu Na cały głos zdecydowałam się po długim namyśle oddać głos Adamowi Ważykowi).

„Nie ten najlepiej służy, kto rozumie” – pisał równie przewrotnie również ostro wplątany w historię Czesław Miłosz. Można tak jeszcze długo konfrontować racje i dobierać odpowiednie cytaty; te znajdziemy na każdą okazję…

Jedno nie ulega wątpliwości: nareszcie prawdziwa i wielka Szymborska narodzi się dopiero wtedy, gdy przestanie służyć.

[…]

[Ciąg dalszy w numerze.]

Joanna Gromek‑Illg: Szymborska. Znaki szczególne. Biografia wewnętrzna.
Wydawnictwo Znak,
Kraków 2020, s. 654.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.