01/2022

Maciej Melecki

Nowy zaciąg piołunowego dna

Grzęzawisko rozjuszonych racji, dookolny porost zwapniałych kapitulacji,

Oznak niedawnego życia w brzegowych warunkach względnego odpływania

Z coraz większym bagażem utuczonych mniemaniami realnych zdobyczy,

Miałkich wiorst pokonanych na stałych odcinkach przebywania. Ludzie mający

Zamiast głowy widły są rozsypani po planszy tego kraju jak potrącone pionki.

Każdy z nich uważa, że jest jedyny w swym obmierzłym rodzaju. Każdy taranuje

Drugiego, bo tylko jemu należy się miejsce na tej palecie bieżącego poboru

Doznań, kiedy innego autoramentu wieści są dla nich tylko żmudnym totemem

Nieistniejącego świata. Mieć to być. Być to tylko namacalnie odbierać. Spłonki

Takich tropów są porozsiewane gęściej niż osty, mary gonią sobie podobne widma,

Zacisk na nadgarstkach mierzy niektórym pozostałą do zejścia drogę, której

Meandrycznie zanikowe fale podmywają stopnie coraz większej nieuwagi, tak,

By wszystko, po czym się poruszają, było samonapędzającą się bieżnią,

Doprowadzającą do tartanowego celu, pochwytnego migotu ślepiącego bardziej

Niż zerwana kłódka na zamknięciu dwu chromych bram. Dochodzi do mnie kolejny

Limes, w przekaźniku nie ma kitu, kikuty skrzyżowanych domów są zwrotnym

Miejscem naszego stałego gdzieniegdzie, bo zawsze jest się o centymetr za krótko,

W wodnej żyle na dłoni wyboru, kiedy z pożenienia octu ze swądem otrzymujesz tylko

Palpitacje pustki, rwące obłupania cegłą braku. Zwodnicze przemieszczenia i tak

Przyszpilają cię w obrębie komory smugi chwilowego cienia, niewyczuwalnego knebla

Tamującego wszelką wyrazistość dostrzegalnej mazi, gdyż brodzimy w suchym

Pokoście bezładnego chybiania, które jest mechanicznym odruchem w rosnącym

Przeciążeniu, zapewniającym jeno skośne opadanie na piołunowy zaciąg

Wyrzynającego się dna. Szklisty szron potnego strachu drąży szorstkie bruzdy na

Litej dykcie poziomego leju, który zasysa każdy rozwibrowany ton twojego

Poprzecznego trwania, rozdrabniając źrenice przypadku na rybną mączkę codziennej

Porcji odczuć wyżymanego świata poszczególnych utknięć. Nie ma mnie w biegnącym

Donikąd echu tunelu, gdzie trwa tylko jednostronny przejazd pospiesznych

Ładunków pod nowe wykopy łykowatych ścięgien pospolitych ujarzmień, wydanych

Łupów na ociemniałą pastwę odrętwienia, kiedy są jeszcze przy tobie bliscy

Ludzie, dawne przyborniki emocji, huśtający się na nitce twego serca, choć relacje

Są tylko oddalaniem się od niewidzialnie czyhających wnyków, gdyż tarasuje to siepiący

Pniak losu, który stawia cię pod widną ścianą i podrzuca niczym ochłap parunastu

Momentom, byś wrósł w te korę niczym łyko, temperowany wskazującymi

Palcami, groźbą stanowczych próśb ostrzycieli tego zaniku. Rozpadliwość jako jedyny

Miernik. Przerób jako niekończący się biernik. Ułomne ciągi uderzeń zamieniają się w

Włóknisty szum. Przeskalowany wądół. Mierzwione zbełtanie. Przenoszenie stoczeń.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.