ograniczenie
do istnienia: przez dwa lata wmawiałem ludziom, że Je kończę, kiedy to One
kończyły mnie. A teraz
to łgarstwo przechodzi do porządku i ja o nim zapomnę: niech on, ten tekst,
któremu już nie pomogę,
najbardziej z wszystkiego podobny do rośliny łamiącej się od swoich owoców, kobieta i dziewczyna
w jednym, zapomni o mnie, proszę. Potrzebny mu odbiorca, nie czytelnik.
Z jednej strony Góra jak nigdy dotąd boi się o swój „tekst”: o to, jak/czy zostanie odebrany, jak będzie funkcjonował („funkcjonowanie bez gramatyki i formatu”), oraz o to, że może być tylko i wyłącznie skończonym tekstem („ograniczenie / do istnienia”, „przechodzi do porządku”), chociaż sytuacja, z której wyrasta, lub problem, którego dotyczy, wykracza poza jego obszar. O ile ta druga obawa wydaje się napędzać poezję Góry już od jego debiutu, czyli Requiem dla Saddama Husajna i innych wierszy dla ubogich duchem (2008), aż po najnowsze W Chinach żeby ogłosić wiersz. Drugie echo wściekłych lat: wiersze, próby i tytuły utracone prozą, eksperymentem i zaniechaniem 2021–2024 (recenzja w tym numerze na s. 117), o tyle ta pierwsza wydaje się specyficzna dla Nich. Jeśli bowiem przyznać chociaż częściową rację Romanowi Honetowi, który w 2010 roku w antologii Poeci na nowy wiek stwierdzał, że Górze, w odróżnieniu od hipotetycznego „poety‑ideologa”, zupełnie obojętne jest to, „czy komunikat został należycie odczytany, czy nastąpiła oczekiwana reakcja”3, to w przypadku Nich faktycznie mielibyśmy do czynienia z wyjątkową sytuacją. Intuicję tę potwierdza fragment towarzyszącej premierze książki rozmowy przeprowadzonej przez Dawida Mateusza, w którym Góra niemalże parafrazuje początek Nigdy dotąd:
W uwadze Skurtysa dostrzegam pewną sprzeczność, obecną również w samej książce Góry. Jeśli bowiem faktycznie dopiszemy swoje, ułożymy dystychy wedle uznania, użyjemy Nich do tego, do czego chcemy, to w jakim sensie wciąż może na nas oddziaływać zawarta w tekście Góry „niewyczerpanie głodna siła negacji”, skoro znika ona w momencie, w którym to my stajemy się autorami nowego tekstu, posiadającego tym samym nowe znaczenie i nową formę (zamiast 1160 dystychów, z czego jednego niedokończonego, mamy po prostu 1160 dystychów7)? Oczywiście możemy próbować napisać linijkę, która przypominałaby połamany rytm Nich lub korespondowałaby z pierwszą linijką ostatniego dystychu: „Jesteś jutro i kto z tobą?” [N 137]. Problem w tym, że, po pierwsze, i tak będzie to tekst naszego – a nie Góry – autorstwa. Nie jesteśmy przecież współautorami tej książki: nie pracowaliśmy nad nią wspólnie z poetą, nie konsultowaliśmy razem z nim jej kształtu itd., po prostu dopisujemy coś do napisanych przez niego dystychów. A po drugie: wcale nie musimy dopisywać linijki pasującej do jakkolwiek przez nas interpretowanej całości tekstu. Dopisując linijkę i dosłownie stając się autorem nowego tekstu, możemy też, jak chciałby Paweł Kozioł, włączyć się w proces żałoby, której sama lektura Nich nie wywoła8, ale nic nie stoi na przeszkodzie, abyśmy dopisali optymistyczny wers i szybko tę żałobę zakończyli. Możemy też dokończyć ostatni dystych, w ogóle nie czytając książki, nie wiedząc, o co w niej chodzi i dlaczego powstała. Każde z tych potencjalnych zachowań jest przecież realizacją instrukcji Góry.
Bardziej istotne od tego, co pojawi się w ostatniej linijce i czy w ogóle jakkolwiek ją uzupełnimy, jest to, co pusta linijka przeznaczona dla odbiorcy mówi o statusie Nich jako jednocześnie autonomicznego dzieła i fait social, faktu społecznego. Wszystkie artykułowane przez Górę w wywiadach obawy i lęki o Nie w jednoznaczny sposób krążą wokół implikowanej przez fakt wypuszczenia książki w świat konfrontacji z publicznością. Tekst opuszczający Górę to przecież tekst, który może przeczytać ktoś inny niż Góra: opublikowana książka funkcjonująca na rynku. W cytowanym już wywiadzie autor Siły niższej stwierdzał to wprost:
A każda z potencjalnych realizacji instrukcji z Próby wyjaśnienia podkreśla status książki jako materialnego obiektu, przedmiotu, na którym jakiś odbiorca zostawia swój ślad, dopisując linijkę wedle uznania. Mimochodem zwracał na to uwagę Skurtys, gdy w zakończeniu swojego drugiego tekstu o Nich pisał, jak sam zaznaczał, „obrazoburczo”:
Odzyskanie z przemielonych egzemplarzy celulozy byłoby jedynie dobitnym podkreśleniem towarowego statusu Nich, książki jako materialnego obiektu, z którym po zakupie odbiorca – konsument – może zrobić to, co mu się podoba, co Góra zaznaczył w tekście, zostawiając pustą linijkę „do napisania przez odbiorcę”. Jak postaram się pokazać, na „paradoksalną poetykę” Nich składałoby się jednak nie tyle eksplorowanie, ile równoczesne podkreślanie i kasowanie przedmiotowego, towarowego charakteru książki, równoczesne koncentrowanie uwagi na „czytelniku”/„odbiorcy” i podejmowanie wielu prób jego unieważnienia w tekście. W wywiadzie z Anną Adamowicz, towarzyszącym premierze Kalendarza majów (2019), Góra spytany o to, co myśli o odbiorze Nich wśród krytyków i czytelników, odpowiedział „Nic nie myślę”, a w zakończeniu wypowiedzi stwierdzał: „Ona [książka – ŁŻ] nie prosi o czytelnika, tylko go wyprasza ze strefy zgniotu”11. To interesująca wypowiedź: trzy lata po premierze Nich zamiast zastępować czytelnika odbiorcą, Góra mówi o tym, czego jego książka nie robi („nie prosi”) i co robi („wyprasza”) z czytelnikiem. Być może zatem przeciwstawienie „czytelnika” i „odbiorcy” od początku służyło tak naprawdę wytworzeniu nowej relacji z czytelnikiem.
Wypadałoby jednak w końcu powiedzieć, o jaką właściwie strefę zgniotu chodzi, czego ta książka dotyczy, o czym jest i co to znaczy, że czytelnika się z niej wyprasza. Mój początkowy komentarz mógł błędnie zasugerować, że będę abstrahował od najbardziej oczywistej, centralnej dla Nich kwestii. Tymczasem wszystkie problemy, o których pisałem, całe nerwowe krążenie wokół czytelnika, wyobcowywanie go i czynienie współodpowiedzialnym za tekst, podkreślenie jednoczesnej niezależności utworu i jego słabości, dziwnej zależności od nas, wynika z tego, iż Góra napisał „popsuty poemat o zawalonej fabryce”12.
[…]
[Dalszy ciąg można przeczytać w numerze.]
