Igorowi Biełowowi
Ojciec Marka Rothki był aptekarzem w Dyneburgu. Czytywał Marksa i nie chodził do bożnicy. Ale wojna już szła, szła od rewolucji piątego roku, może nawet dreptała w miejscu już wcześniej, najmłodszego syna, Markusa Rothkowitza, pan Jankiel posłał do chederu, może i sam wrócił na łono judaizmu. A w trzynastym roku stulecia wojen cała rodzina popłynęła do Stanów. Chociaż w kilku rzutach. Na miejscu ojciec Marka umarł, niemal od razu, na raka jelita grubego. Może choroba już wcześniej zwróciła go ku religii? A może coś zupełnie innego? Jak mało wiemy o żydowskich aptekarzach z Inflant, którzy niewielki majątek i wielkie serce oddali dzieciom, ich edukacji, ich przeżyciu, jak mało rozumiemy z tego, że ruble zarabiane na tajemniczych fiolkach na Łotwie, w ówczesnym Dźwińsku na rogu ulic Szosowej i Pskowskiej zakwitnąć mogą siedemdziesiąt lat później, osiem tysięcy kilometrów dalej, malarstwem i muzyką, wobec których jesteśmy bezbronni.
Ojciec Mortona Feldmana szył dziecięce płaszcze. W Perejasławiu, w Kijowie, tanimi nićmi. Potem, jak jego krajan z urodzenia Szalom Alejchem, popłynął do New Yorku. Tam nici były lepsze, mniej czarnej sotni, dolar zieleńszy. Ojciec Mortona Feldmana urodził się dwa lata po tym, jak w Warszawie przy ulicy Zgoda numer cztery urodził się Osip Mandelsztam. Rousseau pisze w Wyznaniach: „przyniosłem na świat zaród dolegliwości”. Mandelsztam przyniósł sobie i Warszawie zarazem zaród nieszczęścia, zgodnej zagłady.
Ojciec Rousseau był zegarmistrzem w seraju. W Stambule naprawiał czas mącony buntami ulemów. To było w początkach osiemnastego wieku, w tak zwanej Erze Tulipanów. Ponoć pijał kawę z Ibrahimem Muteferriką, konwertytą węgierskim, tłumaczem i pierwszym stambulskim drukarzem. Matka Rousseau umarła w połogu. Już w Genewie, w pracowni ojca, mały Jan Jakub czyta Metamorfozy Owidiusza. Czyta na głos, bo i dla rodzica, który pracuje. W mechanizmy zegarków wkradają się dziwactwa i poezja, świece płoną, tykanie wyznacza rytm lektury.
Ojciec Osipa to był rękawicznik, kupiec pierwszej gildii, więc musiał mieć pięćdziesiąt tysięcy rubli kapitału. Nic te rękawiczki nie dały, Mandelsztam od dzieciństwa świat czuł trochę za bardzo.
Metrykę Osipa Emiljewicza przypadkiem odnalazł Anatolij Usanow z Kuwandyka, szukając informacji o swojej żydowskiej prababci. I wiemy teraz, że poeta urodził się czternastego (a nie piętnastego) stycznia (nowego stylu) 1891 roku w kamienicy przy ulicy Zgoda 4.
Dziś mówi się na tę okolicę Plac Pięciu Rogów. Czyli plac dwóch i pół Złego albo dwóch i pół Minotaura, to by się mogło akmeiście spodobać. Kamienica przy Zgody 4 przetrwała. Wojnę, Powstanie, urzędników. Przebudowywano ją jeszcze za cara, a po wojnie właściwie okaleczono, skuto wszystko, co „niepotrzebne”, gładka fasada nie różni się od leżącego pod nią udeptanego śniegu. Przyjechałem tu kilka dni po sto trzydziestej piątej rocznicy urodzin poety. Zajrzałem przez bramę, w przejeździe bramnym wszystko wyglądało tak, jak mogło wyglądać w końcu dziewiętnastego wieku. Na wysokości łokci ktoś namalował śmiesznego, schematycznego ludzika, zadziwiająco Mrożkową kreską. Parę metrów za odbojnikami stały dwa dziecięce wózki. Jeden dla bliźniąt. Kamienica była gotowa na trzech nowych Mandelsztamów, gdyby się pojawili.
Potem podjechałem na Nowolipki, na spotkanie o książce Antoniego Zająca o Lipskim, o Niespokojnych. Było tłumnie i duszno. Głównie młodzież, co mnie zaskoczyło. Jednak obok mnie, prawie wciskając się pod schody wiodące na parter z piwnicy, usiadł wiekowy pan. Brakowało mu może dwudziestu lat do stulecia. Słuchał uważnie z pochyloną głową, w tej pozie starych mężczyzn, która może być powiązana z uwagą, snem albo zgonem. Mężczyzna rozplatał i splatał dłonie, patrząc w podłogę. Wyraźnie chciał ułożyć z ich cienia Polskę. W kształcie po 1945 roku. Ale co chwila nachodziły mu na nią z boku Białoruś albo Niemcy, a z góry Bałtyk. Gdy się przed tym bronił, kurczyła mu się ta cieniowa Polska do Mazowsza z Galicją albo chudziny obejmującej ledwie Kujawy i Pomorze. Wyglądał przy tym, jakby miał imię wyprute ze starego munduru, jakby co rano na młodość nakładał zmarszczki, jakby w istocie był dwudziestolatkiem udającym mężczyznę w średnim wieku. Dla smutnej hecy.
Wyszliśmy na autobusy i tramwaje, na mróz i Warszawę. Na przystanku przy Jana Pawła stał bardzo wysoki niewidomy mężczyzna z bardzo długą białą laską. Mógłby nią tłuc latarnie. Szczupły, od góry zaczynał się nagle szpicem narciarskiej czapki. Gdyby postawić przy nim Mandelsztama, mógłby go schować pod pachę, ogrzać, może nawet ukoić. Niscy mają gorzej, mało kto wierzy w ich siłę, hart, hardość, w ich nieugiętość. Mały to zawsze spryciarz, przemknie przez świat jak szczeliną, mignie w lufciku, mało kto widzi prawdziwą długość cienia, który rzucił. Dajcie konusowi gotować, wrzuci wszystkie grzyby do barszczu: sromotniki, lisiczki, purchawki. Mały to zawsze spryciarz, może na przykład wymyślić, że zamiast przecinków powinno być zawsze i wszędzie „i”. Bo przecinki tną zdania nożem, a „i” lepi jak glina. Wtedy łatwiej ulepić człowieka z liter ze śliną. Kropki to małe koła, będzie jeszcze z nich jazda, ale to „i” krzesa życie na pohybel korekcie. I co z takim świrem uczynić, małym, plującym na interpunkcję? Ślepemu go dajmy pod pachę, niech już się tak nie wygłupia. Choć „i” jest jak Zgoda, ulica, co łączy oddzielne. Pięć rogów, zmarłego z żywymi, Żyda – rosyjskiego poetę z warszawskim podwórkiem jak studnia.
Umarł we Wtoroj Rieczkie. Czyli że w rzeczce drugiej, jakby na zapas, za grzechy. Mówią, że przy pierwszym areszcie Stalin dzwonił do Pasternaka: „Ten Osip Emiljewicz to mistrz czy taki sobie poeta?” Mówią, że Pasternak bał się rozmawiać, bo wiedział, co jest w tych wierszach, tych antystalinowskich, i krakał: to akt samobójstwa, nie wiersze. Ale Stalina wtedy zwodził, umknął od odpowiedzi. Mówią: Osip oszalał w ostatnim etapie do łagru. Był już kimś innym w tej drodze, nie nam sądzić te strachy.
Jak wiemy, Mandelsztam zmartwychwstał ze zbiorowej mogiły. Na razie w słowach pieśni, ale kto wie, co będzie dalej? Warszawiak był z niego żaden, ale i jego przyjmiemy. Ośkę z ulicy Zgoda.
Niech sobie będzie na zawsze obok Or‑Ota i Swena. Obok E.T.A. Hoffmanna, mimo Mirona i jego mowy pozornie znaleźnej. Wszyscy jak klej kostny w perełkach. Tak stało na opakowaniu: do apretury tkanin, gatunek ekstra. Klej z ludzkich kości bezdźwięczny: bez jidisz, bez polszczyzny, ruszczyzny, niemczyzny. Opakowanie było z tektury, brzydkie jak gruz po wyburzeniach. W kolorze zasklepiającej się rany.
Jaki kolor miała krew Rothki w zgięciach przedramion i dalej, w niskich rejestrach podłogi, w co wsiąkała jak w płótno? Nie miała koloru obrazów z kaplicy jego imienia. Chyba że dużo później, gdy się zdążyła utlenić. Brąz, bordo i czerń zmieniały się w straże trupa. Z początku inaczyła czerwienie, jak w tej sali w Tate, niemożliwej. Byłem w niej dziesięć lat temu i trochę jestem do dzisiaj. Gdy zniknę stąd szlakiem Rothki, mój cień będzie tam chwilę. Nikt go nie zauważy.
